Tym razem rzecz nie będzie o Polsce, lecz o niemieckich socjaldemokratach i Niemcach w ogólności.
Odpowiedź na postawione w tytule pytanie wydaje się być dość prosta: donikąd. Nie wiadomo, czy to strategia, czy po prostu dryfowanie, ale tak to wygląda z mojej perspektywy.
Emocje przysłaniają zazwyczaj wiedzę o przedmiocie sporu i zdrowy rozsądek. Jeszcze gorzej jest, gdy tej wiedzy brak. Ręce opadają, gdy słyszy się ministra Religę stwierdzającego, iż nie może być mowy o prywatyzacji ochrony zdrowia... bo przecież nie jesteśmy w jakimś Chicago, tylko w Unii Europejskiej.
Do takiej niewesołej refleksji zmusił mnie krótki wypad na Stadion Śląski w Chorzowie. Wprawdzie Górny Śląsk jest przewidziany jako miejsce rezerwowe, ale zauważone problemy są - obawiam są - wspólne dla całego kraju.
Prasa rozpisuje się ostatnio o pewnym mężczyźnie, który obudził się ze śpiączki po 19. latach. Media podały, że wśród różnych zaskoczeń, szokująca stała się dla niego wizyta w supermarkecie. Nie mógł się on nadziwić różnorodności i bogactwu towarów.
Rządzącym nami ekonomicznym ignorantom ewidentnie nie podoba się rynek. Kiedyś premier w udzielonym wywiadzie stwierdził jednoznacznie, iż nie wierzy, żeby cokolwiek mogło samo się regulować.
Rządzący rzucają pieniędzmi na lewo i prawo, jak pijani marynarze, którzy zeszli na ląd po długiej podróży.
Najtrudniej tłumaczyć sprawy proste. W sposób najoczywistszy dla wszystkich obecne władze nic sensownego nie są w stanie zrobić w kwestii tzw. bezpieczeństwa energetycznego. I co gorsze nawet tego nie wiedzą.
Doskonałe wyniki produkcji przemysłowej, budownictwa i inne cieszą, ale wydaje się też, że nieco usypiają. I to nie tylko rządzących, kierujących się urzędowym optymizmem.
Zamiast Doliny Krzemowej mamy w Unii Strategię Lizbońską, która jest niczym innym, jak poganianiem ostrogą do cwału zdechłego mustanga.
Mamy rząd w sprawach gospodarczych skrajnie niekompetentny (w innych zresztą także). Mamy rząd, który uważa polityczny PR za substytut rzeczywistej działalności. Mamy w dodatku rząd, którego poglądy ekonomiczne są spóźnione o jakieś 50-100 lat, a może i więcej.
Niespodziewane zwycięstwo w sprawie lokalizacji mistrzostw Europy pokazało, że nic w Polsce się nie zmienia i oczekiwać należy wszystkich możliwych komplikacji.
Wygląda na to, że jeśli nasi najwyżsi rządzący czują konieczność zabrania głosu w sprawach polityki zagranicznej, to prawdopodobieństwo kolejnej gafy gwałtownie rośnie. Tak było, niestety, i tym razem w sprawie mediacji w sporze politycznym na Ukrainie.
Podręcznik prawa karnego z okresu stalinowskiego zaczynał się od słów: prawo karne jest nauką partyjną. Szczerze mówiąc, zapomniałem o tym produkcie z nieprawego, bolszewickiego łoża na parę dziesięcioleci. I przypomniałem o nim sobie dopiero ostatnio. Niestety, nie mogę uczciwie napisać, że przypadkiem.
Niezależnie od hałasu wzniecanego co chwilę przez populistyczną koalicję, gospodarka idzie - bo musi iść - swoim normalnym torem.
Rząd ma fatalne notowania i coś z tym - uznał - trzeba było zrobić. Skoro wojna z układem, lustracja, i napinanie (wątłych) muskułów w stosunkach ze światem nie pomogło, postanowiono zająć się gospodarką.
Niemiłościwie nam panosząca się koalicja nie lubi przedsiębiorców, czemu wielokrotnie dała już wyraz. Prawda, że ciągle mówi o ułatwieniach dla małych i średnich przedsiębiorców, ale dlatego, że nie lubi dużych.
Za "pryla" - to poręczniejsza wymowa niż PRL! - kursował taki dowcip. Szef partii zaczyna swoje podsumowujące przemówienie: "Towarzysze! Rok temu nasza gospodarka stała na krawędzi przepaści. Dziś mogę natomiast z satysfakcją stwierdzić, iż zrobiliśmy od tego czasu znaczący krok naprzód."