Oto członek rządu podaje definicję (!), z której wynika, że kilka milionów Polaków jest złych.
A przecież to nie jedyni źli. Są jeszcze źli komuniści, źli liberałowie, źli widzowie TVN, źli i wyprani z wartości europejczycy (nie mówiąc już o Niemcach).
Oczywiście nie ma powodu, żeby robić coś dla takich złych obywateli, więc nasz rząd nic dla nich nie robi. A źli obywatele też pewnie mają coraz mniej ochoty, żeby robić coś dla rządu.
Niech mi ktoś powie, co dobrego może wyniknąć z takiej sytuacji?