Podczas świątecznych zakupów nie daj się oszukać

Podczas świątecznych zakupów nie daj się oszukać

Fot. PAP/Remigiusz Sikora

W przypadku jednej trzeciej sprzedawanych produktów klienci wprowadzani są w błąd - wynika z kontroli Inspekcji Handlowej. Money.pl przedstawia nieuczciwe chwyty marketingowe i radzi, jak się ich wystrzegać.

Inspektorzy ostrzegają, że liczba nieuczciwych ofert rośnie. W czasie tegorocznej kontroli Inspekcja Handlowa wykryła ich o 6 procent więcej niż w 2008 roku. Specjaliści przestrzegają, że święta to okres, kiedy sprzedawcy pozbywają się tego, co nie zeszło z magazynów w normalnym okresie.

165 placówek skontrolowała Inspekcja Handlowa
29,8 proc. zbadanych towarów wzbudziło zastrzeżenie inspektorów.
6 proc. mniej zastrzeżeń mieli inspektorzy w zeszłorocznym badaniu.

- Dlatego zakupy trzeba robić rozważnie. Wystarczy znać zabiegi, które stosują sprzedawcy i stosować się do kilku podstawowych reguł, by nie dać się naciągnąć na duże wydatki - mówi Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który zlecił badanie Inspekcji Handlowej. - Po pierwsze, czytać etykiety produktów, bo tam powinny być rzetelne informacje; po drugie, porównywać oferty z różnych sklepów, a po trzecie, zachowywać i przeglądać paragony - dodaje.

Majchrzak przyznaje, że zwiększająca się liczba nieuczciwych ofert może być sygnałem, że ich stosowanie staje się coraz skuteczniejsze i opłacalne dla handlowców.  Dlatego Money.pl zebrał wszystkie chwyty marketingowe, które stosują sprzedawcy. Oto podstawowe zabiegi, których można spodziewać się ze strony nieuczciwych handlowców.

  • Wyprzedaż w związku z likwidacją. Ten zabieg polega na przyciągnięciu uwagi klienta ostatnia szansą. No bo skoro likwidacja - często nawet nie wiadomo czego: sklepu czy kolekcji - to już lada dzień nie będzie tu nic. Równie ważne jest, że ten, kto likwiduje, jest już pewnie tak zdesperowany i zobojętniały, że rozdaje wszystko za pół darmo. Niestety, często okazuje się, że ceny są nawet wyższe niż przed likwidacją.
  • Klienta przyciągają obniżki. Gdy widzi przed sobą okazję kupienia butów, które kiedyś kosztowały 300 złotych, za 150 złotych, to będzie skłonny wysupłać kwotę nawet wyższą niż w ogóle chciał przeznaczyć na zakup obuwia. Dlatego sprzedawcy w wielu sklepach otrzymują od swoich szefów polecenia, by nad zwykłymi, codziennymi cenami wieszać wyższe, ale przekreślone. Tak by klient myślał, że właśnie staje przed poważną przeceną.
  • Warto też zwracać uwagę na rozmiar pudełka czy słoja. Producenci tak manipulują rozmiarami opakowania, że niepostrzeżenie dostajemy mniej produktu za tę samą cenę. Np. wysokość i szerokość słoja zostają te same, więc i na półce opakowanie wygląda tak jak to, które znamy z przeszłości. Niespodzianka polega na tym, że na przykład butelka ma cieńszą szyjkę.
  • Sprzedawca nie podaje faktycznej ceny za jednostkę miary. Np. na opakowaniu produktu napisane jest, że płacimy 2,19 zł za litr płynu do mycia naczyń, ale gdy przeliczyć faktyczną cenę butelki w sklepie, okazuje się, że cena wynosi 3,19 za litr.
  • Gratisy dołączane do produktów nie są wcale darmowe. Często okazuje się, że np. pralka z czajnikiem gratis, kosztuje znacznie więcej niż ta bez bonusu. Różnica ceny bywa większa od wartości czajnika.
  • Sprzedawca oferuje produkty po bardzo niskiej cenie i kusi ofertą z billboardów. Zachęcony klient daje się zwabić do sklepu, bo nie wie, że artykułów w supercenach jest tylko kilka sztuk. Gdy więc będzie błądził w ich poszukiwaniu po sklepie, to kupi tuziny innych - już w normalnych cenach. To zabieg często stosowany przez hipermarkety.
  • Sprzedawcy w dużych sklepach często dopuszczają się też mini oszustw. Np. wtedy, gdy cena, którą sprzedawca nabija na kasie nie zgadza się z tą, którą odczytaliśmy na półce z produktem. Mechanizm jest prosty: klient albo nie zauważa wcale, że zapłacił więcej, albo dostrzega to w domu i już nie chce mu się wracać do sklepu.
  • Sprzedawcy wabią nas też kolorami. Często w sklepach dostrzegamy np. tabliczki z czerwonymi wyraźnymi cenami, które sugerują klientowi, że w tym miejscu dzieje się coś niezwykłego. Klientowi, który dostrzeże taki znak, wydaje się, że właśnie natknął się na jakąś niebywale atrakcyjną promocję - nawet mimo tego, że o żadnej promocji na tej tabliczce nie ma mowy. Tym sposobem sklepy pozbywają się towaru, który bez tego zabiegu po prostu zalega w magazynach.
  • Sklepy opatrują też promocje odnośnikami pisanymi drobnym drukiem. Z reguły ich nie zauważamy i dopiero przy kasie dowiadujemy się, że 70-procentowa obniżka obostrzona jest tyloma warunkami, że przychodzi nam płacić tylko 30 proc. mniej niż wynosiła początkowa cena. Część z nas podziękuje i uratuje swoje pieniądze, ale dużo jest i takich, którzy wstydzą się przyznawać, że coś jest dla nich za drogie i kupią przecenioną rzecz.
  • Z biegiem lat rosną też wózki na zakupy. Badania psychologów dowodzą, że ich rozmiar wpływa na nasz konsumpcyjny apetyt. Ciągle wydaje nam się, że nie mamy tyle produktów, ile potrzebujemy. Co na to poradzić? Chwytać za plastikowe koszyki  - wahania ich wielkości zauważymy szybciej.
  • Outletty coraz rzadziej oferują rzeczy gorszej jakości niż normalne sklepy. Coraz rzadziej też płacimy w nich niższe ceny. Dowodzą tego badania przeprowadzane na samych klientach. To właśnie oni właściwie zaobserwowali, że różnic już nie ma i jedyna korzyść polega na spokojnym sumieniu: taniej niż tu już nie może być nigdzie.
  • W sklepach nie patrzcie prosto przed siebie. To właśnie na wysokości wzroku umieszczane są najbardziej dochodowe dla sklepu produkty - czyli te najdroższe, z największą marżą. Chcesz znaleźć tańsze? Poszperaj niżej albo wyżej.
  • Produkty pułapki - to sidła stawiane przez sprzedawców po to, by sprzedać droższy towar. Gdy w sklepie sprzedawane są dwa rodzaje dajmy na to monitorów: jeden droższy i drugi tańszy, to zainteresowanie nimi rozkłada się po 50 proc. Ale gdy obok nich na półce wyląduje trzeci monitor - droższy od pozostałych, to największym powodzeniem będzie cieszył się ten o średniej cenie - czyli wcześniej najdroższy. Wystarczy więc mieć w sklepie kilka sztuk zbyt drogiego towaru, by sprzedać więcej tego tylko trochę tańszego.

Na czym najwięcej przepłacamy

Gdy kupujemy jedzenie lub picie poza domem, to godzimy się na wysokie marże. Tłumaczymy sobie, że płacimy za obsługę, wygodę i przyjemne otoczenie. Ale czy naprawdę relaks w restauracji wart jest tego, by za lampkę wina płacić od 300 do 400 procent więcej niż w domu? Największą przebitkę stosują jednak kina: za popcorn płacimy tam 13 razy drożej niż kosztuje nas ten przygotowywany w domowym zaciszu.

Jednak także stołując się w domu można poważnie przepłacić. Coraz modniejsze są przetworzone produkty - jak obrane i posiekane warzywa. Kosztują one jednak co najmniej dwa razy tyle, co te, które siekamy własnoręcznie.

Wiele z praktyk stosowanych przez sprzedawców jest zabronionych przez prawo. Np. od półtora roku nie wolno wabić ludzi do sklepów tanimi produktami, których na półkach są tylko śladowe ilość, czy też sprzedawać produktów w fałszywych promocjach (gdy ceny, które się obniża nigdy nie obowiązywały).

- Niestety, bardzo rzadko to prawo jest egzekwowane. Po pierwsze dlatego, że trudno jest wyśledzić takie działania, a po drugie ludzie rzadko zgłaszają takie nadużycia - wyjaśnia dr Krzysztof Zymonik z Zakładu Ekonomii i Prawa Gospodarczego Politechniki Wrocławskiej. - Jedynie w przypadku biletów lotniczych za złotówkę coś się zmieniło i teraz podawane są faktyczne ceny przelotów - dodaje.

Raport Money.pl
Kradniemy miliardy złotych rocznie
W 2007 roku skradziono prąd wart prawie 50 milionów złotych. Około 60 milionów rocznie kosztuje z kolei kradzież sygnału telewizyjnego. Około 6 miliardów złotych to z kolei stary poniesione przez polskie sklepy na skutek drobnych kradzieży.

Czytaj w Money.pl

Co zrobić, gdy wpadniemy w pułapkę?

Gdy już nabierzemy się na nieuczciwy chwyt marketingowy albo kupimy coś, co nie spełnia naszych oczekiwań, należy tę rzecz reklamować. Warto przy tym wiedzieć, że wszystkie produkty możemy reklamować przez dwa lata od zakupu. W 2002 weszło prawo, które umożliwia nam to, gdy stwierdzimy niezgodność towaru z umową - czyli np. po 14 miesiącach pęknie nam podeszwa w bucie. Niezgodność towaru z umową to nie jest gwarancja. Gwarancja jest dodatkowym zabezpieczenie, które sklep może, ale nie musi nam zaoferować.

Na podstawie prawa o niezgodności z umową możemy domagać się rozpatrzenia reklamacji, gdy w okresie do dwóch lat od zakupu coś nam się - nie z naszej winy - zepsuło. Potrzebny jest jednak paragon. Sprzedawca może uznać, że niewłaściwie je użytkowaliśmy, ale gdy nie zgadzamy się z jego decyzją, możemy wynająć swojego rzeczoznawcę. Lista biegłych znajduje się w każdej regionalnej Inspekcji Handlowej.

Ocena butów to od 20 do 30 zł, a samochodu to koszt nawet do tysiąca złotych. Jednak gdy uda nam się udowodnić rację przed sądem, możemy ubiegać się o zwrot tych pieniędzy. Bywa jednak tak, że sprzedawca traci rezon, gdy widzi taki dokument i idzie na ugodę.

Wszystkie gwarancje, które dostajemy w sklepie, nie wpływają na tę 2-letnią, ustawową niezgodność towaru z umową - są to po prostu dodatkowe zabezpieczenia. Oczywiście, gdy oferują lepsze warunki, bo w przeciwnym wypadku są bezużyteczne. Nie są też obowiązkowe, producent czy sprzedawca udziela je z własnej woli.

Reklamując towar na podstawie niezgodności z umową możemy iść tylko do sprzedawcy, a nie producenta. Według tego prawa sprzedawca po 14 dniach od reklamacji towaru musi przekazać nam, jakie jest jego stanowisko w sprawie. Niestety prawo nie reguluje już, jak szybko ma nam reklamowaną rzecz naprawić lub wymienić.

W razie, gdy nie chce on w ogóle przyjąć towaru do reklamacji, można poprosić go, by wydał pisemne oświadczenie o swoim stanowisku w sprawie, ponieważ chcemy odwołać się do Miejskiego Rzecznika Prawa Konsumentów, czy Federacji Konsumentów. Gdy to go nie przestraszy i dalej będzie odmawiał nam prawa reklamacji, to wtedy należy faktycznie udać się do tych instytucji. One pomogą rozstrzygnąć spór.

Warto też pamiętać, że 2-letnia reklamacja przysługuje nam także na rzeczy zakupione w promocji czy w ramach wyprzedaży.  Co więcej reklamować możemy także rzeczy kupione w przecenie - gdy pojawi się wada inna niż ta, z powodu której towar miał obniżoną cenę.

Niestety prawo nie przewiduje ewentualności oddania lub wymienienia zakupionej rzeczy jeśli jest ona zgodna z umową - czyli nie ma ukrytych wad.

Gdzie się odwołać, gdy wpadniemy w marketingową pułapkę

Jeśli już klient da się nabrać na fortele stosowane przez sprzedawcę, to czy może coś zrobić? Wszystko zależy od tego jak dalece posunął się ten drugi. Sprawę tę najlepiej jest wyjaśniać w kilku instytucjach.

Pierwszą z nich jest miejski lub powiatowy rzecznik praw konsumenta. Działa on przy urzędach miejskich lub starostwach powiatowych w całej Polsce. Wystarczy zadzwonić na informację magistratu lub do starostwa. Interwencja rzecznika często kończy się na ustnym upomnieniu sprzedawcy, który dużo poważniej traktuje uwagę z jego strony niż pretensje pojedynczego klienta.

Drugą pomocną instytucją jest Federacja Konsumentów. Ona również ma sieć swoich doradców terenowych i pomoże w załatwieniu sprawy. Wystarczy wyszukać kontaktów do nich na stronie www.federacja-konsumentow.org.pl.

Ci, którzy skorzystali z pomocy tych dwóch instytucji, i ciągle nie udało im się załatwić sprawy, mogą iść do sądu. Najszybciej sprawy w tych kwestiach rozstrzyga Polubowny Sąd Konsumencki, którego oddziały działają przy wojewódzkich inspektoratach Inspekcji Handlowej. By jednak doszło do rozprawy przed tym sądem obie strony muszą się zgodzić na rozstrzygnięcie w tej instancji. Jeśli nie ma zgody obu stron, pozostaje sąd powszechny.

Można też złożyć skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK, gdy dochodzą do niego sygnały o podejrzanych praktykach z kilku źródeł, wszczyna postępowanie wobec przedsiębiorcy.

Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
zygi181953
77.96.139.* 2009-04-11 03:06
Z zakupami nie jest aż tak źle, w całej Europie tylko Polak potrafi być największym chapolem.Wszędzie mogę reklamować niepełnowartościowy produkt tylko nie w tym podupionym kraju. Uważam że jest ważniejszy problem związany z Wielkim Piątkiem. Powinna w końcu nastać pora aby urzędnicy państwowi mieli uzależnione pobory od stawki godzinowej. Może w końcu wzięliby pod uwagę położenie finansowe 70% społeczeństwa.zbigniew
dddddd
79.188.93.* 2009-04-09 07:46
"...w dużych sklepach często dopuszczają się też mini oszustw....gdy cena, którą sprzedawca nabija na kasie nie zgadza się z tą, którą odczytaliśmy na półce..."
Bzdura. Akurat pracuję w hipermarkecie i jak czytam takie teksty to opadają mi ręce.
Różnica ceny pomiędzy półką a kasą spowodowana jest w 95% przypadków przez zaniedbanie pracowników. Za takie rzeczy pracownicy są karani. Jeśli codziennie zmienia się około 1000-2000 cen na artykułach to o przeoczenie nie trudno. I zawsze jeśli taka sytuacja zaistnieje to klientowi zwraca się różnicę w cenie w punkcie obsługi klienta, po czym cena na półce jest natychmiast poprawiana. Dlatego są to jednostkowe przypadki.
Poza tym hipermarkety są pod ciągłym obstrzałem kontroli, pih, pip, sanepid, uke i wszystkie inne instytucje upodobały sobie częste wizyty właśnie w sklepach wielkopowierzchniowych. Nie ma takiego miesiąca w roku aby jakaś kontrola nie zawitała do marketu.
Za to na małe nie ma czasu... i tego obawiałbym się bardziej.
Nie ma mowy i tym aby hipermarket pozwolił sobie na przekręt bo będzie go to kosztowało bardzo dużo.
Zanim nie znalazłem się z drugiej strony też byłem przekonany, że jestem okradany. A to, że się klientów wabi to chyba nic dziwnego. Dlaczego reklam w telewizji nie oskarża się o wabienie.
Przy takiej mnogości asortymentu trzeba krzyczeć głośno aby zwrócić uwagę na swój produkt.
lecher1
89.228.72.* 2009-04-07 17:02
Tak jest w Polsce, trudno marketom udowodnić okradanie klientów, bardzo łatwo zaś udowodnić kradzież 2 kostek masła 84 letniej babci.