Afganistan: Żołnierze buszujący w opium

Afganistan: Żołnierze buszujący w opium

Fot. PAP/EPA
Holenderscy żołnierze chcą racjonalnie zaprowadzić spokój na południu Afganistanu. Jednak wiedzą, że niszcząc uprawy narkotyków, odbierają tubylcom jedyne źródło dochodów. Czytaj reportaż korespondenta Die Zeit.

Maximus, haubica pancerna armii holenderskiej, której pociski trafiają w cel z odległości 40 kilometrów, stoi w Tarin Kowt, południowoafgańskiej stolicy prowincji Uruzgan. Jak dotąd Maximus nie wystrzelił jeszcze ani jednego pocisku. Odzywa się wyłącznie wtedy, gdy wróg jest jednoznacznie zidentyfikowany i można go zniszczyć kilkoma strzałami.

Problem w tym, że Uruzgan odbiega od wszelkich norm. Kto dziś jest twoim przyjacielem, jutro może być twoim wrogiem, a kto wczoraj cię zwalczał, dziś jest twoim największym sprzymierzeńcem.

Ludzie nie lubią tu nikogo z zewnątrz

Wśród piasków w odległości kilku kilometrów od Tarin Kowt stoi Camp Holland. Stacjonuje tam 1350 żołnierzy holenderski i 350 australijskich. Obóz wyposażony jest w najnowsze uzbrojenie: kontenery mieszkalne wytrzymałe na ataki bombowe, centrum fitness, pralnię i kantynę, która oferuje wszystko, czego wymaga europejskie podniebienie.

Camp Holland to przede wszystkim baza wiedzy o prowincji Uruzgan i jego plemionach. Żołnierze i oficerowie współpracują tu ręka w rękę z dyplomatami, pracownikami i znawcami miejscowych obyczajów . Wymieniają się pomysłami, informacjami, opracowują strategie, piszą sprawozdania, wydają rozkazy i opracowują analizy.

Hans van Griensven, dowódca natowskich Międzynarodowych Sił Wspierających Bezpieczeństwo (ISAF) w prowincji mówi bez ogródek: "Ludzie nas tu nie lubią, nie lubią także swego rządu. Oni nie lubią w ogóle nikogo z zewnątrz. Nikt nie twierdził, że będzie to łatwe zadanie".


Holenderski sposób - negocjacje

Uruzgan to teren górzysty, niedostępny i słabo zaludniony. Na terenie odpowiadającym dwóm trzecim Niderlandów żyje tu 330 tys. osób. Kto tu dotarł, zrobił to, by podbić kraj, jak Sowieci, lub wycisnąć z niego wszystko, jak poborcy podatkowi z Kabulu. Przybyli tu także ludzie, którzy chcieli wyciągnąć ten region z biedy. Ale im się nie udało.

Uruzgan pozostał biedną prowincją. 80 procent ludności nie potrafi czytać ani pisać. Od czasu upadku talibów region ten przez długi czas był zapomniany przez wspólnotę międzynarodową. O prowincji przypomniano sobie dopiero po tym, jak islamiści ponownie wzmocnili siły. Holendrzy przybyli tu w marcu 2006 roku. Kierują się jednak inną strategią od tej stosowanej przez Amerykanów lub Brytyjczyków.

Holendrzy wierzą mniej w siłę militarną a bardziej w siłę dobrych argumentów. "Nie pokonamy talibów. Musimy sprawić, by stali się nieistotni", mówi pułkownik van Griensven.

Oczywiście europejscy żołnierze walczą, kiedy jest to koniecznie. "Nie pertraktujemy z ludźmi, którzy chcą nas zabić. To nie ma sensu", mówi doradca dowódcy. Strzelanie jednak nie jest pierwszym odruchem. Holendrzy chcą zdobyć zaufanie i udowodnić, że istnieje alternatywa dla talibów.

"Okupanci, niewierni!", słychać krzyki na ulicach

Aby chcieć zmienić Uruzgan, trzeba być beznadziejnym idealistą i równocześnie twardym pragmatykiem. Być może Holendrzy nadają się szczególnie do tego zadania.

W poszukiwaniu tego co "funkcjonuje" trzeba wybrać się do Tarin Kowt, które szczyci się wprawdzie mianem stolicy prowincji, do miasta mu jednak daleko. Jedna ulica przebiega z południa na północ, druga ze wschodu na zachód. Obie oblepione są małymi, nędznymi sklepami. Przechodnie noszą czarne turbany i spoglądają posępnym wzrokiem.ZOBACZ TAKŻE:

Długie macki afgańskich talibów

Jeden z mężczyzn wychwala talibów wśród przytakiwania grupy ciekawskich, drugi opisuje holenderskich żołnierzy, jako kolejną armię niewierzących, która zostanie przepędzona z kraju. Trzeci żali się, że nic nie dzieje, nie powstają nowe ulice ani budynki. Nie mają pracy.

Albert Schonefeld, doradca w Camp Holland, mówi: "To jest kwadratura koła: Potrzebujemy długoterminowych rozwiązań i krótkoterminowych sukcesów". Do przybycia Holendrów Tarin Kowt był miastem, w którym tubylcy bali się samych siebie. Dziś jest już lepiej. W żargonie wojskowym miasto określane jest jako permissive environment, czyli strefa "w miarę pewna".

Holendrzy nie mają zasobów, aby zabezpieczyć cały region. Nawet gdyby mieli, nie zastosowaliby ich. "Jesteśmy tu, aby pomóc Afgańczykom dostrzec ich własną odpowiedzialność", mówi nieco zawile dowódca Griensven. Kredo oddziałów brzmi: "To co robią żołnierze powinno mieć afgański punkt widzenia" i niewiele więcej wyjaśnia.

Afgański punkt widzenia

Afgański punkt widzenia jest zagmatwany. Straż przed domem gubernatora prowincji można by uznać za rozbójników, którzy przywdziali źle skrojone mundury tylko po to, by móc dalej uprawiać swoje kryminalne rzemiosło. Wielu z nich nosi ubiór przypominający ten bojowników talibskich. Można odnieść wrażenie, że zmiana frontów jest zawsze możliwa.

Za murami, które go chronią, siedzi mężczyzna. Zmienność polityki afgańskiej jest mu doskonale znana. Za panowania talibów Gubernator Abdul Hakim Munib był wiceministrem. Po ich upadku pojednał się z nowym rządem. Prezydent Hamid Karsai mianował go w marcu 2006 nowym gubernatorem.

W tym samym czasie Holendrzy rozpoczęli swoją misję w Uruzgan. Popierali oni nominację, ponieważ jego poprzednik był znanym baronem narkotykowym. Poza tym Munib pasuje lepiej do "miękkiej" koncepcji Holendrów. O swoim udziale w rządach talibów gubernator Munib mówi krótko: "Służyłem wówczas Afganistanowi i służę dzisiaj Afganistanowi. Nie widzę różnicy".

Munib jest bardzo zajęty. Rząd w Kabulu wysłał oddział policji antynarkotykowej, aby zniszczyć uprawy opium. Gubernatora nakłoniono do wsparcia oddziału lokalnymi siłami policji.

Kto zwalcza opium, dotyka wiele interesów równocześnie. Zadziera z baronami narkotykowymi, których wpływy sięgają daleko w głąb rządu w Kabulu, z talibami, którzy finansują dochodami z uprawy opium swoją wojnę i wreszcie z samymi chłopami.

Tymczasem nacisk wywierany przez Kabul rośnie, przy czym "nacisk z Kabulu" jest tylko synonimem dla polityki Amerykanów. Domagają się zniszczenia upraw. Munib nie ukrywania, co tym sądzi. "Najpierw musimy dać chłopom inne możliwości dochodów". Holendrzy widzą to podobnie. "Oczywiście jesteśmy przeciw uprawie opium", mówi pułkownik Griensven. "Jednak nie chcemy, aby odbywało się to właśnie teraz. Chłopi potrzebują najpierw alternatywy".

Mimo, że Griensven jest komendantem Uruzgan, to niewiele może zdziałać, kiedy Kabul przysyła oddziały specjalne. Trzyma się więc od tego z daleka, by nie być identyfikowanym z twardą linią Amerykanów. Gubernator Munib nie może sobie na to pozwolić, musi być posłuszny wobec Kabulu, jeżeli nie chce ryzykować stanowiska.

Walka z opium

Oddział miejscowej policki, grupa uzbrojonych mężczyzn wyglądających jak bandyci, bierze udział w akcji Amerykanów. Kolumna dociera do pierwszego pola. Policjanci z Kabulu niszczą rośliny drewnianymi kijami. To małe pole. Dalej, na brzegu rzeki, mają znajdować się większe.

Tymczasem Amerykanie negocjują ze starszyzną wioski Jaklinga. Dostają ostrzeżenia, że chłopi z bronią w rękach będą bronić upraw. Amerykanie naradzają się przez telefon satelitarny z dowództwem.

Nadchodzi rozkaz kontynuowania akcji. Oddział przedziera się przez zaułki wioski. Wreszcie muszą pozostawić samochody, bo dalej nie prowadzi już żadna droga. Schodzą po skarpie nad brzegiem rzeki i znikają w zaroślach. Wkrótce wracają z niczym. Sfrustrowany Amerykanin mówi: "Miejscowi policjanci uciekli. Oznacza to, że niebezpieczeństwo jest zbyt duże. Przerywamy akcję". Policjanci zniknęli, ponieważ postępują zgodnie ze starą zasadą: Obcy wkrótce odejdą, my musimy ty pozostać - i przeżyć.

Oryginał artykułu opublikowano na stronach ZEIT online

Die Zeit
Czytaj także
Polecane galerie