Notowania

Dlaczego nie jesteśmy milionerami?

25 lat temu, za 100 tys. zł można było kupić nowego Malucha i zapas benzyny, który pozwalał na przejechanie nim 7 tys. kilometrów. Aby uzbierać taką kwotę przeciętny Polak musiał odkładać całą pensję przez 16,5 miesiąca. Dziś stare 100 tys. to tylko 10 zł. W 1995 roku przeprowadzono bowiem denominację. Niestety, galopująca w latach osiemdziesiątych inflacja sprawiła, że obowiązujący teraz dziesięciozłotowy banknot z biedą wystarczy tylko na trzy litry benzyny.

Podziel się
Dodaj komentarz

25 lat temu, za 100 tys. zł można było kupić nowego Malucha i zapas benzyny, który pozwalał na przejechanie nim 7 tys. kilometrów. Aby uzbierać taką kwotę przeciętny Polak musiał odkładać całą pensję przez 16,5 miesiąca. Dziś stare 100 tys. to tylko 10 zł. W 1995 roku przeprowadzono bowiem denominację. Niestety, galopująca w latach osiemdziesiątych inflacja sprawiła, że obowiązujący teraz dziesięciozłotowy banknot z biedą wystarczy tylko na trzy litry benzyny.

W najbardziej koszmarnych latach złotówka traciła na wartości po kilkadziesiąt procent miesięcznie. Przybywało zer w cenach i w pensjach. Pojawiały się nowe, coraz to wyższe nominały.Staliśmy się milionerami. To wszystko spowodowało, że denominacja złotego stała się konieczna.

Złotówka przed 1995 rokiem kojarzyła się z walutą, której nie można ufać. Wypłata nie wydana od ręki po kilku tygodniach była już niewiele warta. Złotówek nie warto było trzymać, stąd tak wielkie było zainteresowanie lokowaniem oszczędności w dolary, czy marki niemieckie.

ac">fot: fot: fot: [ ( http://static1.money.pl/i/glass.gif ) ] Zobacz wszystkie stare banknoty(http://www.money.pl/galeria/polskie;banknoty;przed;denominacja,galeria,745,0.html)Polskiej waluty już nikt nie lubił i nie miał do niej szacunku niezależnie od tego, czy na banknocie widniała sławna noblistka Skłodowska-Curie, czy nielubiany już Waryński - pamięć o hiperinflacji była bardzo świeża.

Czy denominacja była oszustwem?

W okresie powojennym monety pojawiły się dopiero w 1950 roku. W październiku nastąpiła wymiana pieniędzy, ale trudno ją określić mianem uczciwej operacji. Najwięcej straciły osoby, które miały zasoby w gotówce. Po wymianie pieniędzy straciły dwie trzecie ich wartości.

Pieniądz stopniowo tracił na wartości, najszybciej na przełomie lat 80. i 90. Grosze wypadły z obiegu, a najniższym nominałem stał się banknot pięćdziesięciozłotowy, za który praktycznie nic nie można było kupić. Po 45 latach nadszedł czas na kolejną denominację. Jednak w nowym ustroju przebiegła ona na jasnych i uczciwych zasadach.

- Bardzo zależało nam na tym, aby stworzyć atmosferę, iż denominacja będzie uczciwa. Wciąż wielu ludzi pamiętało wymianę pieniędzy 1950 roku. Stąd brały się ciągłe plotki, że będzie wymiana i na pewno rząd coś ugra na boku. Przygotowując projekt ustawy aż przesadnie w każdym możliwym punkcie akcentowaliśmy, że będzie to ekwiwalentna wymiana. Nie chcieliśmy, aby powstał choć cień wątpliwości - wspomina Zbigniew Marski, główny specjalista w Departamencie Emisyjno-Skarbcowym Narodowego Banku Polskiego.

Kto i dlaczego planował denominację w 1969 r.?

Trudno stwierdzić, kiedy zaczęły się przygotowania do denominacji. Ustawa regulująca tę operację jest z lipca 1994 roku. Jednak po raz pierwszy o konieczności denominacji prezes Narodowego Banku Polskiego wspomniał już w lipcu 1990 roku. Wtedy bankowi centralnemu szefował Władysław Baka.

Zbigniew Marski znalazł w archiwum NBP dokument związany z denominacją pochodzący z... 1969 roku. Było to opracowanie na temat ewentualności przeprowadzenia takiej operacji

- Ale to nie znaczy, że już wtedy poważnie myślano o wymianie pieniądza. Inflacja w tamtych latach była niska. Jednak bank centralny nie może być zaskakiwany i tworzy scenariusze na różne okoliczności. Na każdą ewentualność powinien mieć przygotowaną sekwencję działań - opowiada Zbigniew Marski, główny specjalista w Departamencie Emisyjno-Skarbcowym Narodowego Banku Polskiego. - Można by rzec, że w pewnym sensie nad denominacją pracowano od dziesięcioleci. Oczywiście z różnym natężeniem. Od połowy lat 80. zaczęliśmy się temu zagadnieniu uważniej przyglądać, a od 1990 roku zaczęliśmy intensywnie nad tym pracować.

Jak psuł się pieniądz?

Butelka wódki 5 lat temu kosztowała 24,5 zł. 15 lat temu (w przeliczeniu na nowe złote) 2,16 zł. A 25 lat temu 1,2 grosza!
Ceny schabu w tych samych latach: 13,5 zł, 3,23 zł i 0,9 grosza. Cztery kostki masła: 4 zł, 2,5 zł i 1 grosz.

To pokazuje, co przez ćwierć wieku może z pieniądza zrobić inflacja i jak mocno traci on na wartości. Tym bardziej, jeśli w pewnym momencie mamy doczynienia jeszcze z hiperinflacją, jak w 1989 roku i na początku lat 90.

Dlaczego dziś nie zarabiamy milionów?

Gdyby nie obcięcie czterech zer, wciąż bylibyśmy milionerami. Średnio Polak zarabiałby dziś 23 mln zł miesięcznie. Niestety, nawet na drobne zakupy wydawałby tyle, ile wynosi w nowych złotych wygrana w totolotka - kilkaset tysięcy. Byłoby tak, gdyby nie wydarzenie sprzed 10 lat - denominacja. 1 stycznia 1995 roku pojawiła się moneta o nominale 1 zł. Warta tyle, ile 10 tys. starych złotych. Powróciły od dawna zapomniane grosze.

- Olbrzymia liczba zer była bardzo niepraktyczna. Nie tylko utrudniała posługiwanie się pieniędzmi, ale także pamięci komputerów były bardzo obciążone, a wtedy już bardzo wiele instytucji było zinformatyzowanych - wyjaśnia Zbigniew Marski, główny specjalista w Departamencie Emisyjno-Skarbcowym Narodowego Banku Polskiego. W latach 90. był doradca prezesa i sekretarzem w zespole ds. denominacji pieniądza krajowego.

Zbigniew Marski posługiwanie się starymi pieniędzmi o wielkich nominałach porównuje do sytuacji, gdy w samochodzie mamy licznik, który przebytą drogę pokazuje w centymetrach, a nie kilometrach.
- Tak jak kierowcy nie potrzebują informacji, ile milionów centymetrów przejechali, tak wtedy było kłopotliwe mierzenie wartości towarów w tysiącach i setkach tysięcy złotych. Pensje były liczone w milionach. Naliczanie wynagrodzeń w firmach było bardzo kłopotliwe, rozliczanie się także. Budżet państwa liczony był w setkach bilionów złotych - opowiada Zbigniew Marski.

Kiedy i jak wycofywano stare pieniądze z obiegu?

Sam proces wprowadzania nowych pieniędzy bywał kłopotliwy. Mimo szeroko zakrojonej kampanii medialnej i tak pierwsze dni stycznia 1995 roku obfitowały w niespodzianki.

- Pamiętam, jak wracałem z Sylwestra. Pierwszego dnia 1995 roku przy kasie na dworcu PKP zdębiałem. Otrzymałem bilet za coś ponad 7 zł. Wiedziałem o denominacji, ale i tak zaskoczenie było duże. Co innego spot w telewizji, a co innego zobaczyć wydrukowaną na papierze kwotę wyrażoną w nowych pieniądzach. W portfelu miałem oczywiście tylko stare banknoty i dlatego sytuacja była tym bardziej dziwna. Po namyśle dałem pani 100 tys. zł, a ta wydała mi także w starych pieniądzach niecałe 30 tysięcy. Niby wszystko odbyło się po staremu, tylko ta śmieszna kwota na bilecie - wspomina Stefan Nadzienia, obecnie właściciel małej górnośląskiej firmy. 10 lat temu wracał ze studenckiej imprezy sylwestrowej.

Przez dwa lata można się było posługiwać równocześnie starymi i nowymi banknotami. Sklepy miały obowiązek wywieszania podwójnych cen. Początkowo było niewielkie zamieszanie, bo niekiedy sprzedawcy wydawali resztę częściowo w nowych i w starych złotych. To wprowadzało dezorientację szczególnie u osób starszych. Zresztą, tacy klienci często prosili, aby wydawać im w starych pieniądzach - mówili: "na nowych się nie znam".

Nie było jednak aż tak źle. OBOP robił badania po miesiącu od wprowadzenia nowych banknotów. 87 proc. respondentów nie miało kłopotów w posługiwaniu się jednocześnie starymi i nowymi banknotami. Osoby, które narzekały, to przede wszystkim emeryci i renciści. Najlepiej radziła sobie młodzież. Czterem piątym Polaków spodobały się nowe banknoty. A co najważniejsze, aż 72 proc. uznało, że denominacja była potrzebna.

Stopniowo ubywało w obiegu starych banknotów i nawet nieliczni zagorzali zwolennicy starych złotówek musieli się pogodzić z ich odejściem. Do końca 1997 roku stare pieniądze zostały definitywnie wycofane z obiegu.

Czy ludziom znikały pieniądze z kont?

Choć na kontach znikły nam cztery zera, to bankowcy nie przypominają sobie żadnych dramatycznych wydarzeń. Nikt się nie awanturował.

- Denominacja była poprzedzona bardzo dobrą akcją informacyjną. Nie przypominam sobie, aby były jakieś nieporozumienia z klientami. Wszyscy dobrze wiedzieli, co się wydarzyło i nikt nie był zaskoczony. Mam wrażenie, że wszyscy mieliśmy już dość tych zer i rozstaliśmy się z nimi bez większego sentymentu - mówi Andrzej Wolski, dyrektor generalny Związku Banków Polskich.

Zbigniew Marski z NBP także mówi, że do banku centralnego nie wpłynęła żadna poważna skarga. Jednak aby ludzie nie odczuli potencjalnych złych skutków denominacji, bankowcy musieli się napracować.

- Noc z 31 grudnia 1994 roku na 1 stycznia 1995 większość pracowników Pekao spędziła nie na salach balowych, ale w banku. Pracowali nad tym ogromnym przedsięwzięciem logistycznym, jakim była denominacja złotego - wspomina Barbara Nowak, zastępca dyrektora Skarbca Centralnego w Pekao SA. - To był olbrzymi wysiłek dla pracowników Pekao.
Jednak trud się opłacił, bo wszystko poszło dobrze. - Denominacja była jednym z poważniejszych wyzwań dla bankowców w ostatniej dekadzie. Chociaż wymagała wiele wysiłku i poświęcenia, należy ocenić ją jako udaną - dodaje Barbara Nowak.

Dla banków mniej zer to same korzyści. Łatwiej jest przeprowadzać operacje finansowe. - Teraz jest znacznie prościej i są gigantyczne oszczędności. Im mniej zer tym mniej hektarów wyciętych lasów i gigabajty wolnego miejsca na dyskach - mówi Andrzej Wolski ze ZBP.
Jak wspomina Barbara Nowak z Pekao SA, konieczne były szkolenia pracowników kas i skarbców w placówkach banku. Trzeba ich było zaznajomić z nowymi banknotami i monetami oraz zapoznać z nowymi urządzeniami wspomagającymi liczenie bilonu, który pojawił się wraz z denominacją. **

Czy zer na polskich banknotach mogło być jeszcze więcej?

Nowe pieniądze są też praktyczniejsze także z innego względu. Wcześniej banknoty o najniższych nominałach (50, 100, 200 zł) szybko się niszczyły. Po dwóch, trzech miesiącach trzeba je było wymieniać. Monety są tylko trochę droższe w produkcji, za to mają żywotność od 15 do 25 lat. Tak więc teraz bankowi centralnemu jest łatwiej obsługiwać obieg gotówkowy.

Zdaniem wielu specjalistów NBP dobrze utrafił z momentem denominacji, choć nie brakuje głosów, że powinna ona nastąpić wcześniej. Krócej bylibyśmy skazani na mnogość zer. Są też głosy, że bank powinien poczekać, aż inflacja spadnie do poziomu jednocyfrowego. Przypomnijmy, że jeszcze w 1995 roku inflacja była na poziomie prawie 28 proc. Jedna cyfra obrazująca wzrost cen pojawiła się dopiero w 1999 roku (7,3 proc.).

- Wydaje mi się, że dobrze trafiliśmy z czasem. Nie było sensu wcześniejszego przeprowadzania denominacji, gdyż przy wysokiej inflacji nowa złotówka nadal by się szybko dewaluowała. Musieliśmy poczekać na efekty podejmowanych reform gospodarczych - wyjaśnia Zbigniew Marski z NBP.

Dlaczego zatem nie poczekano, aż inflacja spadnie?
- NBP trochę zaryzykował, ale była to słuszna decyzja. Nie warto było dłużej czekać. Przede wszystkim jednak byliśmy przekonani, iż inflacja będzie stopniowo spadać. Taki był trend i on się utrzymał - mówi Zbigniew Marski.

Tagi: denominacja, wiadomości, raport, raporty gospodarcze, gospodarka, raporty, raporty bankowe
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz