Bezpłatna komunikacja miejska to postulat powtarzany w tegorocznej kampanii przed wyborami samorządowymi jak mantra. Bezpłatne autobusy i tramwaje obiecują wszystkie opcje polityczne. W gronie piewców bezpłatnego publicznego transportu są kandydaci na prezydentów Warszawy (Jacek Sasin), Katowic (Arkadiusz Godlewski), Krakowa (Łukasz Gibała), Łodzi (John Godson), Lublina (Michał Widomski), Wrocławia (Mirosława Stachowiak-Różycka) i Szczecina (Łukasz Tyszler).

Na pytanie, skąd wezmą pieniądze, kiedy znikną dotychczasowe wpływy z biletów, odpowiadają niemal jednogłośnie: komunikacja będzie bezpłatna tylko dla tych, którzy płacą podatki w naszym mieście. Możliwość jazdy bez biletu ma zachęcić mieszkańców, którzy nie są zameldowani w tych miastach, by to zrobili. A wpływy z ich podatków zasilą kasy miejskich przedsiębiorstw komunikacji. W ten sposób problem brakujących pieniędzy się rozwiąże.

- Przed wyborami takie plany pojawiają się z zadziwiającą częstotliwością. Chodzi oczywiście o zbicie politycznego kapitału - ocenia w Money.pl Łukasz Zaborowski, ekspert do spraw transportu w Instytucie Sobieskiego. - Takie rozwiązania są z założenia złe, bo kiedy ktoś z czegoś korzysta, powinien to odczuć w swoim portfelu - dodaje Zaborowski. Zgadza się z nim Jakub Madrjas, redaktor naczelny portalu transport-publiczny.pl: Bezpłatna komunikacja to utopia. Przynajmniej w wielkich miastach.

W niewielkich i średnich miastach już dziś można spotkać bezpłatny transport miejski. Na przykład w 2012 roku o wprowadzeniu bezpłatnych przejazdów zadecydował magistrat w 45-tysięcznej Nysie. Z udogodnienia mogą tam jednak korzystać tylko kierowcy z prawem jazdy i dowodem rejestracyjnym. - Podjęliśmy taką decyzję, bo chcieliśmy ograniczyć liczbę samochodów wjeżdżających do centrum. W ciągu półtora roku od wprowadzenia ulgi skorzystano z niej 188 tysięcy razy. Teraz codziennie przez miasto przejeżdża średnio 80 aut mniej - podsumowuje rzecznik magistratu Artur Pieczarka.

Gdyby za te 188 tysięcy ulgowych przejazdów kierowcy musieli zapłacić, do budżetu wpłynęłoby - jak szacuje Artur Pieczarka - około stu tysięcy złotych. Prawdopodobnie w takiej sytuacji w ogóle nie zdecydowaliby się oni na przesiadkę zza własnego kółka. Te niezarobione sto tysięcy złotych nie wydają się zbyt wielka kwotą, jeśli porówna się ją z budżetem całego Miejskiego Zakładu Komunikacji: magistrat co roku pompuje w MZK około cztery miliony złotych, a jedynie 2,1 miliona złotych to dochody ze sprzedaży biletów.

Na następnej stronie czytaj, ile miasta muszą dołożyć, jeśli chcą, by pasażerowie jeździli za darmo

Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
ewqgf
81.164.132.* 2014-11-11 11:16
Co to za bzdura ze kosztowalaby NAS - to niby kogo?
szymmoney
195.182.52.* 2014-11-10 10:52
"komunikacja będzie bezpłatna tylko dla tych, którzy płacą podatki w naszym mieście." - no co za schizofrenia! Ok, otwieram sklep z butami i ogłaszam, że buty będą darmowe tylko dla tych, którzy zapłacą w moim sklepie. No kompletny nonsens.
szymmoney
195.182.52.* 2014-11-10 10:49
"Bezpłatna komunikacja (...) kosztowałaby nas miliardy złotych" - już w samym tytule widać sprzeczność. Nie nazywajcie tego "bezpłatną". Obecnie nic nie jest bezpłatne, chyba że usługę wykonują wolontariusze. A jeśli chodzi o usługi oferowane przez organy państwowe, to często są to najdroższe usługi na rynku. Tylko płatność następuje raz do roku, albo raz na miesiąc (zależy jaki podatek). Przestańcie wmawiać ludziom, że państwowe oznacza bezpłatne, bo jak coś jest bezpłatne, to ciężej to uszanować i łatwiej to po prostu olać, wyrzucić do kosza, nie interesować się. Politykom tylko o to chodzi, żeby obywatele nie interesowali się tym, co się dzieje z publicznymi pieniędzmi, dlatego zależy im na tym żeby to co państwowe nazywać bezpłatnym. Tymczasem słono za to płacimy.
Zobacz więcej komentarzy (27)