Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na

Komu? Demokracja za pośrednictwem komputera ma wyjątkowo gorących przeciwników. Ale argumenty, że do elektronicznych kart do głosowania dobraliby się dowcipnisie, do serwerów hakerzy, a poprawność liczenia głosów byłaby nie do skontrolowania przez mężów zaufania brzmią niepoważnie.

Dyskusja o możliwości e-wyborów zapewne nie byłaby tak gorąca, gdyby nie tempo liczenia głosów przez Państwową Komisję Wyborczą. A w zasadzie nie tyle samego liczenia, co archaicznego sposobu weryfikowania tego, co już policzone. Umyślni z protokołami, pędzący co koń wyskoczy z komisji obwodowych do rejonowych, stąd do okręgowych a potem do centrali w Warszawie to może i romantyczna, ale i archaiczna w XXI wieku procedura. Wystarczył korek na ulicy, złapana przez samochód guma, albo mgła na lotnisku, żeby jeden taki goniec położył do odwołania pracę całego systemu.

Nic dziwnego, że zwolennicy wybierania przez internet natychmiast rozwinęli sztandary, punktując tradycyjnie, że taniej, szybciej i jeszcze na dodatek mniej wstydu za niską frekwencję, bo więcej Polaków odda głos, jeśli nie będzie musiało wstawać sprzed monitora, albo wystarczy im aplikacja na smartfon czy tablet.

To oczywiście populistyczne hasła, bo przykłady e-demokracji w Estonii czy Norwegii pokazują, że eksplozja frekwencji wcale nie jest taka oczywista. Z kolei w przypadku kosztów i tempa - będzie tak dopiero, kiedy głosować będziemy tylko, lub chociaż przeważnie online. A na tak głęboką wodę nikt rozsądny skakać przecież od razu nie będzie.

Opór materii jest jednak zastanawiający. Tylko argumenty wyglądają na mocno naciągane. Bo straszenie hakerami, którzy włamią się na serwery wyborcze i sfałszują wyniki w czasach, kiedy przez internet rozliczamy PIT-y albo obracamy codziennie miliardami złotych na giełdzie i rynku walutowym przypominają obawy jaskiniowca przed ogniem. Podobnie jak zarzut, że mężowie zaufania nie będą w stanie skontrolować poprawności głosowania. Będą, jeśli partie zamiast trwonić pieniądze na nic nie wnoszące spoty w telewizji, wyślą ich na porządne studia informatyczne.

Tak samo niedorzeczny wydaje się zarzut, że dopuszczeni do głosowania internauci z aktu wyborczego uczynią sobie przedmiot żartów i niewybrednych zabaw na niewyobrażalną skalę. Zgoda, pewnie będą takie przypadki, bo uniknąć się ich nie da. Ale zakładanie z góry masowego wysypu wyborców-jajcarzy? To pachnie traktowaniem nas oficjalnie jak ciemnego ludu! Poza tym obecny, papierowy system też umożliwia kpiny z doniosłego aktu. Wystarczyłoby zapewne przejrzeć te 230 tysięcy nieważnych głosów z niedzieli, żeby się o tym przekonać. W takiej Szwecji, w wyborach do parlamentu wysoko uplasowali się ostatnio dopisywani przez wyborców Kaczor Donald, Pan Bóg czy Harry Potter. A to przecież znacznie dojrzalsza od naszej demokracja.

Zwolennicy wyborów przez internet stoją jednak na przegranej pozycji. Efekt debaty jest taki jak zawsze - _ nic z tego _, _ może kiedyś _. Można by nawet przez chwilę uwierzyć, że to faktycznie skuteczny lobbing za utrzymaniem ciepłych posad w komisjach obwodowych. W każdej z 27 tysięcy z nich zasiada wszak od 7 do 9 osób, którym przysługuje od 160 do 200 złotych zwolnionej z podatku diety. Plus zwrot kosztów podróży i noclegu oraz 5 dni płatnego urlopu ekstra. Z tej perspektywy otwarcie internetowej furtki - nawet jeśli miałaby to być na początku tylko jedna z możliwych form głosowania - faktycznie im się nie opłaca.

Ale jest promyk nadziei. Na ciekawy kompromis poszli w tym roku Grecy. W Atenach testowali połączenie wody z ogniem, czyli głosowania przez internet w lokalach wyborczych. Głos zamiast do urny, wrzucić trzeba było w tablet:

8/11

fot: PAP/EPA

To ciekawy eksperyment. Jeśli pomysł się przyjmie, pracownicy komisji zachowają posady i apanaże, a zwolennicy e-wyborów co prawda nadal będą musieli fatygować się do lokali wyborczych, ale zrealizowane będą choć dwa ich postulaty. Pierwszy o _ taniej _ - zniknie koszt druku i transportu kart do głosowania - i drugi o _ szybciej _ - bo kilka chwil po zamknięciu elektronicznych urn będziemy znali już oficjalne wyniki. No, chyba że i ten pomysł zostanie storpedowany. Przez sondażownie, organizujące badania exit-poll.

autor felietonu jest redaktorem Money.pl

Czytaj więcej w Money.pl

Tagi: wybory do europarlamentu, wybory, dziś w money, wiadomości, felieton
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz