Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Reportaż money.pl: Warszawskie "kotłownie". Wyciągną ostatni grosz od inwalidy i wyśmieją straty klientów

Reportaż money.pl: Warszawskie "kotłownie". Wyciągną ostatni grosz od inwalidy i wyśmieją straty klientów

Fot. Daniel Aniszewski/Wirtualna Polska

Tu pracownik dla pieniędzy zrobi wszystko. Za 10 tys. zł rozbierze się i przejdzie nago przez biuro lub namówi inwalidę do sprzedania wózka. Tu klientem trzeba gardzić. Gdy straci cały majątek, najlepiej go wyśmiać. W money.pl ujawniamy, jak bawią się szefowie warszawskich firm finansowych. To tak zwane "kotłownie". Działają w centrum, w eleganckich biurowcach. Gotują się od emocji, byle wyciągnąć od naiwnych kasę. Przez lata rosły bez kontroli. Aż do patologii. Teraz służby mają problem z ich zamykaniem.


 

Okrzyk: Ja pier...ę człowieku, nie wierzę!

Okrzyk numer dwa: Dajesz, dajesz!

Do tego pisk, głośny. Ludzie aż się kotłują.

I jakaś dziewczyna przeciska się środkiem wąskiego korytarza. Bez ubrania. Na nosie ma ciemne okulary, na nogach czarne botki. Idzie dziarskim krokiem. Nawet wystawia środkowy palec do gapiów.

W ciasnym przejściu jest tłum. Zbiegła się cała firma. Może pięćdziesiąt, sześćdziesiąt osób. Ubrani w eleganckie garnitury, dopasowane garsonki. Wszyscy chcą mieć miejsce z przodu. Tam lepiej widać.

Nagrywają. 15-sekundowy film za chwilę jest hitem w biurze. Krąży po WhatsApp.

A naga dziewczyna? Mam wrażenie, że nawet ją to bawi. - Taki "czelendż", rozumiesz? - tłumaczy mi jeden ze świadków. Ponoć dostała za to 10 tysięcy złotych od jednego z menedżerów. Wyłożył pieniądze na stół i zapytał, kto to zrobi. Zgłosiła się. Później kupiła znajomym z firmy karton wódki.

To firma z branży finansowej. Z Polski. Z samego centrum Warszawy. Kilkanaście minut spacerem od Komisji Nadzoru Finansowego. Jeszcze szybciej można stąd trafić do Sądu Okręgowego.

To nie jest fragment kinowego "Wilka z Wall Street". Ta historia krąży po wszystkich tego typu miejscach w Polsce. To legenda. Inspiracja.

Zabawy menedżerów

- Po jednym bardzo dobrym miesiącu do firmy zostały zamówione dziewczyny. Takie na telefon. No i cały dzień chodziły w samych majtkach, przynosiły nam drinki. Wiesz, tak się świętuje dobre wyniki - śmieje się Łukasz.

Wspomina też historię sprzed świąt. - Szef wyciągnął kasę z portfela i rzucił banknoty w powietrze. Pieniądze fruwały, ludzie za nimi biegali. Ten, kto złapał, zabierał kasę do domu. Taki bon świąteczny - mówi. Mowa ciągle o firmie w centrum.

Impreza firmowa - idealna okazja, by pracownicy zabawiali szefów. Za pieniądze. Przykład: dwie dziewczyny biją się w basenie z błotem. Koledzy z pracy dopingują. Znów nagrywają. Za film jeden z obecnych na przyjęciu zażądał ode mnie 2 tys. zł. Odmówiłem. Zapowiedział, że sprzeda go komuś innemu.

* "Rano przemawia guru stada. Trzyma w ręku ulotkę z dyskontu i mówi, że jak nie będziemy tu pracowali i naciągali na inwestycje, to skończymy właśnie na sklepie. Będziemy zwykłymi śmieciami".

Tak bawią się w polskich "kotłowniach". To twórcze rozwinięcie typowego call-center. Nikt nie ma tam skrupułów, by wcisnąć klientowi inwestycję, której nie rozumie. I na której straci. Kłamstwo, manipulacja. To droga do ogolenia ludzi z pieniędzy. Wszystko dla prowizji.

- Jeden chłopak spowodował, że klient zastawił wózek inwalidzki, żeby tylko zainwestować. Nie ściemniam! Później był wskazywany jako wzór do naśladowania - opowiada jedna z byłych pracownic. Wytrzymała tam dwa tygodnie.

Kolejna historia. Impreza firmowa wymknęła się spod kontroli. Jeden z balujących wypadł przez okno. Spadł na balkon niżej. Z 17. na 16. piętro. Akcje ratunkową prowadziły trzy służby jednocześnie - policja, straż i pogotowie. Wydarzenie potwierdza jeden z sąsiadów w bloku, gdzie została zorganizowana zabawa. To właśnie z jego mieszkania strażacy przeskakiwali po leżącego chłopaka. Po policję dzwonił 20 razy w ciągu roku.

Pucybut i golenie głowy

Tym razem biurowiec na warszawskim Mokotowie. Elegancki budynek, ochrona przy wejściu, dostęp tylko z identyfikatorem.

Na korytarzu pucybut poleruje półbuty jednego z szefów. Czyści dokładnie. Widać, że zna się na rzeczy. A ludzie patrzą. Szef przy okazji wachluje się plikiem pieniędzy. Na oko kilka tysięcy złotych. Więcej niż niektórzy dostają tutaj przez miesiąc.

"Kolejny dzień w pracy" - brzmi dopisek do filmu, który umieścił na Instagramie. Zbiera serduszka. W zasadzie to zbierał. Jakiś czas temu zmienił dane konta, ukrył profil. Obok wideo było zdjęcie z uśmiechniętą żoną, zdjęcie córki. Zwróciłem na nie uwagę.

Inna historia to samo miejsce.

- Cisza! - krzyczy jeden z menedżerów.

- Szukam odważnego. Czeka premia za zgolenie całej głowy - zachęca. Niektórzy milczą. Inni się śmieją. Ale znajduje się chętny. Samotna matka, która wychowuje dwójkę dzieci. Zgadza się na ten układ. Godzinę później nie ma włosów. Ma za to pieniądze.

- Już nie pamiętam, ile to było. Dla szefa to przecież były jakieś grosze. A miał ubaw. Ona chyba była w zespole Aldony, a ta miała w dupie, co jej podwładni robią - dodaje mój rozmówca. Twierdzi, że on się nie śmiał.

- Opiszę to - mówię wprost każdemu z informatorów. I odstraszam kolejnych świadków. Wycofują się jeden po drugim. Anegdotkami i nazwiskami sypią do momentu, gdy mówię, że czas działać. Nie chcą. Nie chcą mieć problemów. Boją się. Podpisali klauzule poufności. Czasami tylko przy piwie ze znajomymi poopowiadają, że pracowali w tak popieprzonym miejscu.

A ta dziewczyna? Dalej pracowała. I miała szczęście. Jej akurat nikt nie nagrywał.

Jak zjeść kawior srebrną łyżeczką

Ewie wystarczą wspomnienia, by czuła się gorzej. To połączenie lęku z wściekłością. Ściska ją. Po jednej z naszych rozmów zadzwoniła z samego rana. Nie przespał ani minuty. Wszystko przeżywała na nowo. Ale nie muszę jej namawiać do zwierzeń. Chwile zawahania ma tylko, gdy pytam wprost, dlaczego powierzyła majątek obcym osobom.

Nie chciała się spotkać. Wstydziła się. Bała się, że spojrzę na nią tak, "jak patrzą policjanci". Tak, jakby to była jej wina. Tak, jakby powinna była to wszystko przewidzieć.

Ewa miała zarabiać na inwestycjach chwalonych przez ludzi od pucybuta, od golenia głowy. Straciła 100 tys. zł. Górę pieniędzy miały przynieść akcje Ferrari.

- Szybkie samochody, luksus, seks. Wie pani, o co chodzi. To kręci ludzi - usłyszała od doradcy. Kiwała twierdząco głową. Później miała zarobić na rosnącej wartości pszenicy. Nie zarobiła.

- Rynek się odwrócił. Wie pani, nikt tego nie mógł przewidzieć. Nooo, mi też przykro - usłyszała na do widzenia. A miało być na spłatę kredytu frankowego córki.

Łukasz stracił 30 tys. zł.

- Doradca mi powiedział, że raz - dwa i będę mógł jeść kawior srebrną łyżeczką - opisuje. On z kolei miał zarobić na SpaceX, firmie Elona Muska. Planuje wyprawy na Marsa. Łukasz coś tam nawet o tym słyszał. W telewizji tego Muska pokazywali.

Pieniędzy nie przybyło. A gdy wszystko się waliło, usłyszał, że zawsze może dopłacić. "Nie ma pan z czego? A karta kredytowa? Pewnie pan ma". Wtedy rzucił słuchawką. I zaczął sam siebie nazywać frajerem.

To właśnie po jednej z takich rozmów przeglądam firmowy WhatsApp. Tworzą go pseudodoradcy Ewy i Łukasza, ci z Mokotowa. Tam pojawiają się memy o klientach. Śmieszne obrazki o ludziach, którzy stracili majątek.

Próbka ich możliwości:

Telewizja i groźby

Ping! To komórka. Masz nową wiadomość: "Jesteś za medialny. Oddajesz rzeczy i delikatnie mówiąc spier...j. Masz czas do wieczora".

Krzysztofa wryło. Gapił się w telefon, nie wiedział, co odpisać. Pomyślał tylko o jednym: - To wszystko przez ten pieprzony program w Telewizji Polskiej. Zgodził się wystąpić. Miał tylko opowiedzieć, jak pracują zawodowi naciągacze. Miało być anonimowo.

Na montażu ktoś zapomniał zmodulować jego głos. I zaczęły się groźby. Wiadomości spływały przez kilka dni po emisji. Później ktoś zdemolował mu auto. Dłużej nie czekał. Spakował rodzinę i wyjechał na drugi koniec Polski. Ze sprawą nie chce mieć już nic wspólnego, jest nieuchwytny. "Przez was straciłem wszystko" - napisał tylko do Telewizji Polskiej. Nie odpowiedzieli.

Do nadawcy wpłynęło też żądanie zapłaty 250 tys. zł zadośćuczynienia. Telewizja nie wysłała ani grosza. Argumentowała, że wszystko odbyło się z zachowaniem standardów. Zapewniała, że w pierwszym programie głos był zmieniony. Ale nie był. Porównałem oba klipy.

Kilkanaście dni po emisji Telewizja podmieniła materiał. Tym razem na właściwy. Wisi do tej pory w serwisie. Obok wyświetlają się polecane klipy: "Byłem gangsterem" i "Agrobiznes". Telewizja Polska nie odpowiedziała na pytania w tej sprawie.

"Menedżerowie muszą sobie dorabiać, sprzedając narkotyki".

Tajemnicza śmierć

"Wzrost 203 cm, waga 115 kg, sylwetka wysportowana, włosy jasne, krótkie. Mężczyzna ubrany był w szarą bluzę sportową, ciemne spodnie dresowe, buty sportowe czarne z białą podeszwą".

To rysopis. Fragment policyjnego komunikatu o zaginięciu Jacka (imię zmienione). W maju szukała go spora część Warszawy. Wszystko organizowała rodzina i dziewczyna. W mediach społecznościowych prosili o pomoc. Tam też poinformowali o jego śmierci. Ciało znaleziono na jednej z budów w stolicy.

Miał jechać na siłownię i wracać do domu. Nie wrócił. Telefon przestał odpowiadać. Powiązanie odnalezionego ciała z zaginięciem zajęło policji tydzień. Co się stało? Prokuratura wciąż bada sprawę. Krążą coraz częściej plotki. - Za dużo wiedział - sugeruje ktoś na lokalnym portalu.

Rodzina nie chce komentować sprawy. Przebąkuje mimochodem, że jedno z ich podejrzeń padało na miejsce pracy. Miało się tam dziać "coś złego", "w zły sposób Jacek miał się rozstać z firmą". Dowodów jednak nie ma. Podobną opinię usłyszałem od jednego ze współpracowników chłopaka. Podkreślał, że to domysły. Asekurował się.

Nieumyślne spowodowanie śmierci - tyle podejrzewa prokuratura. Na ciele nie było śladów pobicia, udziału osób trzecich. Prokuratura zastrzega, że zawsze może zmienić klasyfikację czynu (wciąż trwa analiza opinii biegłych). Może, gdy na coś śledczy wpadną, ale sprawa ciągnie się już piąty miesiąc.

Równocześnie trwa też śledztwo w sprawie firmy, w której pracował chłopak. Prokuratura nie łączy tych wątków.

"Jeżeli ktoś za 1000 zł chce marnować swój czas, żebrać o pieniądze przez telefon, robić z siebie pajaca oraz być zwykłą ku...wą, to polecam tę pracę"

Wyroków brak, śledztwa w martwym punkcie

Historie mają jeden wspólny mianownik. Pochodzą z jednej branży. To polscy pseudopośrednicy finansowi, polscy pseudobrokerzy i polskie "kotłownie". Wszystkie najczęściej prowadzone przez ludzi z zagranicy. Czasami ze Wschodu, czasami z Izraela. Współpraca z nimi to pierwszy krok do "finansowej wolności" (tak się reklamują).

Przez prawie dekadę (odkąd pojawiła się w Polsce pierwsza taka firma) takie biznesy rosły bez kontroli. Aż dotarły do patologii, z którą służbom jest już ciężko walczyć.

Na liście ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego są 74 podmioty, które "wykonywały usługi maklerskie bez zezwolenia". To najczęstszy zarzut w tej branży.

Tylko w jednej sprawie można znaleźć informację o wyroku. Jest za to 17 umorzeń i odmów wszczęcia postępowania. Brakowało wątku syna polityka, by zyskały ogólnopolski wymiar?

Nieprawidłowości na rynku inwestycji nigdy nie stały się obiektem nadzwyczajnego zainteresowania Prokuratury Krajowej. Jej szefowie zapewniali, że będą obserwować m.in. kryptowaluty. Bo niosą ryzyko - tłumaczyli. Tymczasem pod nosem rosła inna branża. Można odnieść wrażenie, że nikt nie odrobił lekcji z Amber Gold. Wszyscy liczą, że najgorsze już za nami?

Prokuratura przegrywa z firmą z Dominiki

Teraz poznajcie Alpha Finex. To broker finansowy, zarejestrowany na Dominice. Małej, egzotycznej wyspie między Gwadelupą i Martyniką. To raj podatkowy, zakładasz biznes i nikt o nic nie pyta.

Główną działalność Alpha Finex prowadził jednak w Polsce. Tutaj miał biuro, serwery. W Polsce na rzecz tej jednej firmy usługi świadczyło kilka "kotłowni". Część z Warszawy, część z Wrocławia. Nowa tworzyła się w Łodzi. Biznes kręcił się wyjątkowo dobrze. Spółka miała też swoich sprzedawców.

Od półtora roku firma i całe jej polskie zaplecze objęte są prokuratorskim śledztwem. Po naszych materiałach wszystkie firmy trafiły na listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego. To od money.pl o śledztwie dowiedziała się KNF.

Kilka dni po materiale o firmie napisał do mnie Sebastian Kaleta, ówczesny rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości, a dziś jeden z głównych członków komisji weryfikacyjnej Patryka Jakiego. W materiale poszkodowani prosili o pomoc Zbigniewa Ziobrę, ministra sprawiedliwości. Resort poczuł się wywołany do tablicy.

Kaleta zapewniał, że sprawę nadzorować będzie osobiście Andrzej Szeliga, prokurator regionalny. Stało się tak na polecenie prokuratora krajowego, czyli Bogdana Święczkowskiego. To szef wszystkich prokuratorów w Polsce.

Przez rok śledczy nie odkryli nic. Nie mają pojęcia, dokąd trafiły pieniądze. Na przesłuchania nie zostali wezwani kluczowi pracownicy. Prokuratura zatrzymała tylko jedną osobę. Więcej podejrzanych nie ma.

Ogromnym śledztwem zajmuje się jedna prokurator i jeden policjant. A przecież skala nieprawidłowości na rynku była na tyle duża, że KNF w szybkim tempie przepchnęła ustawę, która miała wygonić z Polski naciągaczy. Wygoniła tylko część. Niektórzy działają nawet w tych samych biurach. Zmienili nazwy. I dalej naciągają. Sprawiedliwości się po prostu nie boją.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie znalazła zaledwie 261 poszkodowanych. Ich straty oszacowane są na 17 milionów złotych. To jednak tylko część osób. Udało nam się zdobyć pliki dotyczące działalności tylko jednego z pośredników. Przez cztery miesiące wpłat za namową dokonało tam prawie 300 osób. Ile osób wdepnęło w inwestycję u wszystkich pośredników? Tysiące.

Pozorny sukces

W lutym tego roku prokuratura ogłosiła sukces. Zatrzymała Eyala P., obywatela Izraela. To on miał stworzyć i kierować Alpha Finex.

Straż Graniczna ujęła go na przejściu z Białorusią. Już wtedy wiedział, że interesuje się nim prokuratura. Dlaczego pojawił się na najbardziej strzeżonej granicy w całej Unii Europejskiej? Jak miał zeznać - jechał na mecz piłkarski swojego syna. Ma być reprezentantem Izraela w kadrze młodzieżowej. I faktycznie: Dor P. jest młodym piłkarzem kadry. Ale żadnego oficjalnego i towarzyskiego spotkania Izraela z Białorusią w czasie przed i po zatrzymaniu nie było.

Niektórzy z byłych pracowników firmy śmieją się, że prokuratura z pewnością ma nie tego człowieka, co trzeba. Warszawska prokuratura wyjaśniała nam, że nie ma wątpliwości, co do jego tożsamości. Do sprawy nie został więc zaangażowany biegły antropolog. Śledczy mają zdjęcia z zatrzymania i z imprez, na których P. bywał. Nie chcą z nich skorzystać.

Już rok temu w money.pl wskazaliśmy nazwiska prowadzących działalność marketingową na rzecz Alpha Finex. To oni odpowiadali za call center, ściągali klientów. Nie zostali nawet przesłuchani. Ich nazwiska są w aktach sprawy. Bez problemu można ich znaleźć w mediach społecznościowych.

"W firmie jest menedżer, który pisze do wszystkich kobiet. Kierownictwo nic z tym nie robi".

Jeden z wyżej postawionych menedżerów pracuje teraz w Bukareszcie. Tam rozkręca identyczny biznes. Zna angielski, wie jak naciągać. Nadaje się. W Polsce przesłuchiwani są za to szeregowi pracownicy.

Prokuratura do dziś nie ustaliła, gdzie powędrowały pieniądze i jak wyparowały z kont (jednego dnia o 3:21 w nocy środki na koncie brokera zniknęły, dane dotyczące transakcji też). Czyszczenie pieniędzy miało miejsce, gdy prokuratura prowadziła już śledztwo. Śledczy szukają teraz majątku Eyala po całej Europie. Znaleźli milion złotych. I narkotyki w siedzibie firmy.

- W tym tempie to prokuratura do czegoś dojdzie za kilka lat - wzdycha jedna z naciągniętych.

O sprawę pytaliśmy byłego policjanta, zajmował się przestępstwami gospodarczymi. Współpracował w wieloma warszawskimi prokuratorami. - Pan się w ogóle dziwi, że nie ma chętnych na takie sprawy? - pyta wprost.

- Przecież to koszmarnie trudna robota. Setki, jak nie tysiące, przesłuchań, skomplikowane operacje finansowe do rozgryzienia. A do tego nie ma żadnej gwarancji, że w sądzie to wszystko się obroni. I zamiast spektakularnego sukcesu, będzie klapa. Teraz jest moda na mafie VAT-owskie, na mafie paliwowe. I można się pochwalić zatrzymaniem, jakieś zdjęcia gangsterów w majtkach wrzucić - mówi.

Polskie kotłownie

- Śmiałem się kiedyś, że zacznę mówić do klientów wprost, by przelali pieniądze na moje konto. Niech pan da sześć tysięcy złotych, to pozostałe 94 przynajmniej zaoszczędzi. Bo jak wpłaci pan 100 kawałków, to wszystko przepadnie. A ja i tak prowizję skasuję - opowiada jeden z pracowników.

Boiler room, po polsku kotłownia. Miejsce, z którego sprzedaje się ryzykowne inwestycje przez telefon. To podstawa biznesu firm takich jak Alpha Finex.

W Polsce działało takich miejsc kilkadziesiąt. Teraz jest ich mniej, lepiej się kryją. Sprzedawcy nie mają już służbowych komórek. Króluje technologia VoIP, czyli połączeń przez internet. Tak można podszyć się pod każde miejsce w Polsce. Dzwonić można niby ze Szczecina, czy Warszawy, a siedzieć w Zielonej Górze.

"Awans przez łóżko".

Zaczyna się od telefonu z ofertą szybkiego zarobku. Dzwoniący "z międzynarodowej instytucji finansowej" kusi debiutem zagranicznej spółki. Inwestycja na kilka dni, szybkie zyski. Do tego pomoc opiekuna. Mało kto słyszał jakieś szczegółowe wyjaśnienia. Spora część zachwalanych spółek na giełdę się nigdy nie wybierała. Tego jednak klient wiedzieć nie mógł.

Jak nakłonić nieznającego się na inwestowaniu człowieka? Technik jest wiele. A zaczyna się od... zmyślonego nazwiska. I tak na rzecz Alpha Finex naciągali m.in. na Aleksandra Kwaśniewskiego i Annę German. W opowieściach pojawiają się jeszcze Poniatowski, Mazowiecki, Linda. - Szansa przechodzi koło nosa! - przekonywała nawet dziewczyna o nazwisku... Marlej.

Pana Łukasza namawiał Kamil Bednarek. Pana Ryszarda spod Krakowa namówił do inwestycji człowiek podający się za rodzinę miliardera Jana Kulczyka. - To mój wujek - przekonywał. A o zaletach inwestycji miał mówić tego dnia w telewizji śniadaniowej. - Nie widział pan? Nic nie szkodzi, szybko panu to wyjaśnię - mamił.

Podstawa to czarowanie liczbami i potencjalnym zyskiem. Wynosi tyle, ile akurat wymyślił sprzedawca. Klient odpowiada, że nie ma pieniędzy? "Nie wierzę, że taki inwestor jak pan nie ma żadnych zaskórniaków". Klient nie jest zainteresowany? "Też mnie nie interesowało, dopóki sam nie zarobiłem. Niech mi pan da szansę".

Na każdą okazję jest wymyślona odpowiedź. "Mnie nie interesuje przeciętność. Interesują mnie tylko duże procenty. I pana też!". I do tego "nikt nie robi pieniędzy przez patrzenie". Nie ma scenariusza tylko na jedną możliwość. Gdy potencjalny klient po prostu się rozłączy.

 

Zachowujcie się tak, jakbyście byli już bogaci, wtedy na pewno dorobicie się fortuny. Niech bije z was niezachwiana pewność siebie, wtedy ludzie bez zastrzeżeń wam zaufają. Zachowujcie się tak, jakbyście mieli niezrównane doświadczenie, bo wtedy pójdą za waszą radą.

Jordan Belfort, Wilk z Wall Street

Z inwestowaniem jest jak z pierwszym stosunkiem. Każdy na początku się boi, a później nie wyobraża sobie bez tego życia. Wystarczy pokonać barierę strachu. Proszę mi dać 1 proc. swojego zaufania, a ja postaram się to przerobić w 100 proc. lojalności!

"Elementarz zawodowca", Wilk z Warszawy

 

* - To fragmenty opinii o firmie z branży pseudodoradców inwestycyjnych. Powstała w miejscu zakładu z gołą dziewczyną. Nazwa i właściciele są nowi. Praktyki nie.

forex, kontrakty cfd, boiler room, inwestowanie forex, pseudobrokerzy, pseudodoradcy
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
Robert
2017-11-13 02:07
To przecież Domaniewska itp. wydaje im się że to oni są rekinami a tak naprawdę na mieście wśród
prawdziwych cwaniaków są planktonem. Widuje to g
Siosienka
2017-11-13 01:09
Dopóty są cwaniacy, dopóki są frajerzy. A za darmo to można po mordzie zebrać, a nie kasę dostać!
Leo
2017-11-10 19:06
Nowobogackie bydło, Nie ma gorszego tyrana jak z chłopa zrobić pana. A prostytucja zawsze się opłacała
Pokaż wszystkie komentarze (482)