Notowania

płaskoń
16.01.2009 07:24

Płaskoń: Biurokratyczna akcja ogniowa

Nieprawdą jest, że prezydent Lech Kaczyński wetuje wszystko, co uchwali koalicja. Nieprawdą też jest, że podczas głosowań opozycja nieustannie robi koalicji na złość.

Podziel się
Dodaj komentarz

21 listopada ubiegłego roku sejm znowelizował Kodeks pracy, wprowadzając w życie absurd równy słynnej dyrektywie unijnej o prostowaniu bananów. W głosowaniu wzięło udział 409 posłów. Przeciwny zmianom był tylko Włodzimierz Karpiński z PO. Pozostali jak jeden mąż podnieśli łapki w górę. Następnie senat w ekspresowym tempie zmiany zatwierdził, a pan prezydent, nie ociągając się, złożył pod nowelizacją swój autograf.

Dzięki zgodnej akcji wszystkich sił politycznych - nie wyłączając Janusza Palikota, który jeszcze wtedy w pełni sił witalnych kierował komisją powołaną do zwalczania nonsensów w państwie - od najbliższego poniedziałku każdy pracodawca musi mieć na staniu inspektora do spraw ochrony przeciwpożarowej. Zarówno dyrektor dużej firmy produkującej materiały łatwopalne, jak i adwokat, księgowa, fryzjerka czy krawcowa. Wszyscy, którzy zatrudniają choćby jednego pracownika.

Przygotowując nowelizację ustawy minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak powołała się na dyrektywę Komisji Europejskiej, która rzekomo wysunęła takie żądanie pod adresem Polski. Tymczasem Krajowa Izba Gospodarcza twierdzi, że tzw. implementacja przepisów unijnych jest przejawem wyjątkowej nadgorliwości i rząd powinien natychmiast wycofać się z hucpy, którą zafundował prawie 2 mln pracodawców.

W przodujących pod względem legalizmu Niemczech obowiązek posiadania inspektora dotyczy przedsiębiorstw o dużym zagrożeniu pożarowym, jeśli zatrudniają minimum 100 pracowników. Natomiast w przypadku firm o małym zagrożeniu wymóg obowiązuje dopiero przy zatrudnieniu 250 osób. W kraju, który tworzył podwaliny zjednoczonej Europy nikt dotąd nie wpadł na pomysł, żeby szewc musiał przyjąć na etat strażaka.

Analiza Money.pl
*Nowe przepisy BHP będą kosztowały firmy do 4,37 mld zł * Pracodawca ma obowiązek zatrudniać osobę odpowiedzialną za ochronę przeciwpożarową. Niewywiązanie się z obowiązku grozi karą 30 tys. zł. zobacz analizę Money.pl

Chcąc ograniczyć niespodziewane koszty nasi pracodawcy mogą za jedyne 1250 zł przeszkolić się sami i otrzymać na pięć lat świadectwo homologacji. Jest to jednak wyjście czysto teoretyczne, ponieważ prowadzące kursy ośrodki Państwowej Straży Pożarnej wyczerpały już limit zapisów do końca roku. Jeśli zatem pracodawca nie chce narazić się Państwowej Inspekcji Pracy, powinien czym prędzej zatrudnić na kawałek etatu fachowca przeciwpożarowego. PIP zapewnia, że do końca stycznia przymknie oko na ustawowy obowiązek, ale później z całą mocą będzie czynił swoją powinność. I tu zdaje się jest pies pogrzebany.

Większość małych firm działa w niewielkich miasteczkach oraz na wsiach, gdzie uprawnienia inspektorów przeciwpożarowych posiadają przeważnie członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej. Nadchodzi dla nich czas wielkich żniw. Organizacji tej prezesuje wicepremier Waldemar Pawlak, natomiast minister pracy, która przygotowała nowelizację, wywodzi się akurat z PSL. Taki zbieg okoliczności. Czy nie powinien zainteresować się nim premier? Wszak Donald Tusk obiecywał odkretynienie państwa. Zamiast tego mamy ewidentny przejaw głupoty, za którą stoją olbrzymie pieniądze. Policzono, że biurokratyczna operacja przeciwpożarowa wyssie z kieszeni pracodawców minimum 3 mld zł.

Przy tak przy przyjaznym państwie należałoby na pracodawców nałożyć jeszcze obowiązek zatrudnienia kardiologów. Na wypadek, gdyby któregoś krew zalała.

Autor jest wiceprezesem Krajowego Klubu Reportażu i redaktorem naczelnym _ Panoramy Opolskiej _.

Tagi: płaskoń, wiadomości, felieton
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz