Notowania

Polska gospodarka na szczycie cyklu koniunkturalnego

Minęliśmy właśnie górkę - szczyt cyklu koniunkturalnego. Przed nami spadek, spadek i jeszcze raz spadek – dół! Miejmy nadzieję, że niezbyt długi i głęboki, chociaż podstaw dla takiej nadziei trudno upatrywać.

Podziel się
Dodaj komentarz

Rada Polityki zdecydowała, że jednak podniesie stopy procentowe. I to znacząco – wszystkie cztery o 50 punktów bazowych. Z jednej strony to całkowicie zrozumiała decyzja, można tylko spytać dlaczego tak późno? Ale z drugiej, zważywszy z jaką RPP mamy obecnie do czynienia, to pewne zaskoczenie.

Najważniejsza ze stóp – stopa interwencyjna wzrosła z 5,25% do 5,75%. Jednak poszczególne miary inflacji rosną obecnie znacznie szybciej i jeśli jakimś cudem nie zatrzymają swojego pędu, to ta „znacząca” podwyżka będzie zaledwie preludium do całej serii podwyżek w latach 2004/05. Jestem przekonany, że reakcja RPP nie dość, że jest spóźniona o 2-3 miesiące, to jeszcze na pierwsze inflacyjne skutki decyzji też trzeba czekać następne 2-3 miesiące. Podręczniki ekonomii mówią, iż pełne efekty decyzji o zmianie stóp odbijają się w gospodarce po 6 miesiącach. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w ciągu ok. roku stopy zawędrowały do poziomu 7,5-8%.

Cóż takiego się stało, że raptem trzeba zmieniać front i po serii obniżek stóp, po okresie dyskusji i obaw o deflację, przychodzi czas nagłego podnoszenia ceny pieniądza? I to teraz, kiedy ledwo co gospodarka rozkręciła się do pożądanego tempa wzrostu. Jeszcze dwa lata temu tempo wzrostu oscylowało wokół 1%, rok temu było 3%, a dopiero pod koniec 2003 i na początku 2004 roku wkroczyliśmy do krainy ponad 5% wzrostu PKB rocznie. I jeszcze nie zdążyliśmy się nacieszyć, a tu już RPP funduje nam schładzanie gospodarki - ulubiony termin populistów.

Zaryzykuję nawet mocniejszą tezę. Minęliśmy właśnie górkę, szczyt obecnego cyklu koniunkturalnego. Przed nami spadek, spadek, spadek – miejmy nadzieję iż niezbyt długi i głęboki, chociaż podstaw dla takiej nadziei nie widzę. Dołek koniunkturalny z lat 1999-2000 miał inny charakter, bardziej cykliczny niż strukturalny. Nie było zbytniego zadłużenia, nie było kłopotów z inflacją, były za to kłopoty z równowagą zewnętrzną i koniunkturą na świecie. Obecnie koniunktura na świecie ma się nadspodziewanie dobrze. Oczywiście, nie w zbiurokratyzowanej Europie, gdzie wpływ światowej koniunktury jest prawie całkowicie tłumiony przez nadmierny urzędniczy centralizm i fiskalizm. W Polsce, w poprzednim dołku gospodarki za rządów Jerzego Buzka, większości przyczyn należało szukać w otoczeniu zewnętrznym. Teraz, za Marka Belki, choroba rozwija się wewnątrz organizmu i bez reform jej nie zwalczymy. Inna spawa, że utajona infekcja w nieco złagodzonej formie od dawna osłabia kraje Europy Zachodniej.

Pierwszym objawem choroby jest wzrost inflacji. Niespodziewanie w maju przekroczyła ona 3,5% - jeśli wziąć pod uwagę miernik konsumencki czyli CPI. Na czerwiec zapowiadane jest przekroczenie 4%, aczkolwiek od dwóch miesięcy prognozy są jakby niedoważane i rozmiar wzrostu inflacji raczej zaskakuje, więc nie zdziwmy się jak będzie to 4,5%. Idąc dalej, prawdziwe schody czekają nas w wakacje. To miesiące tradycyjnie deflacyjne... a w tym roku, jakoś nie ma co tanieć, wręcz przeciwnie – jeszcze mamy sporo do „wyrównania” w zakresie cen żywności i usług. A tymczasem z sejmowej mównicy przedstawiciel ministerstwa finansów największe zagrożenia widzi we wzroście cen „kapusty, ryżu jabłek i gruszek” – ręce opadają...

A inne miary inflacji? One już dawno dawały się we znaki NBP i RPP, ale jakoś dziwnie je bagatelizowano, co więcej NBP mówiąc delikatnie, celowo mijało się z prawdą twierdząc, iż nie ma zagrożeń inflacyjnych w związku z akcesją do UE, oceniano całość efektu na 0,5-1%. Leszek Balcerowicz głosił publiczne tyrady na temat walki z „nieuczciwymi spekulantami”, którzy będą dybać na biednych konsumentów. Zachęcano do donosicielstwa obywatelskiego w zakresie „ponadprogramowych” wzrostów cen. Jednym słowem zamiast działać na rynku pieniądza, działano aktywnie na rynku medialnym w stylu wczesnych lat 80-tych. A przecież znano powszechnie oczekiwania inflacyjne, widziano kolejki i paniczne wykupywanie cukru. Przecież inflacja producencka PPI rosła już od dawna osiągając w maju 9,5%, a zapewne w czerwcu przekroczy magiczne 10%.

Podwyżka stóp o 50 punktów - lepiej późno niż wcale, ale za to opóźnienie przyjdzie nam zapłacić kolejnymi podwyżkami. To tak jak z pożarem, gdy się go w początkowej fazie zbagatelizuje. Współczuje szerokiej rzeszy Polaków, którzy ostatnio z impetem przystąpili do zakupów mieszkań, samochodów i dóbr wszelakich za pomocą kredytu bankowego. To wy zapłacicie za ich błędy. Współczuję eksporterom – czasy słabego złotego prawdopodobnie się kończą, coraz wyższe stopy procentowe skutecznie powstrzymają odpływ kapitału za granicę, waluta ulegnie okresowemu wzmocnieniu.

Seria wymuszonych podwyżek stóp procentowych owocować będzie spadkiem tempa wzrostu gospodarczego, dobrze będzie jak uda się na koniec roku uzyskać 4-4,5%. Nie doczekamy się trwałego spadku bezrobocia, bo raczej nikt z przedsiębiorców nie zdecyduje się na inwestycje rzeczowe, co najwyżej w papiery dłużne. Których oprocentowanie wzrośnie. Ale nie ma tego złego, może zaczniemy oszczędzać i mniej żyć na kredyt – co pozwoli w przyszłości na nieco bardziej trwały następny wzrost – w stosunku do kończącego się obecnego.

Na koniec uwaga dotycząca poziomu życia. W gąszczu tych, jakże obcych Kowalskiemu wskaźników, takich jak wzrost PKB, inflacja konsumpcyjna, stopa procentowa NBP interwencyjna przeciętny Polak ma swój własny niezawodny wskaźnik – portfel. To on pokazuje mu poziom życia, który gwałtownie się pogarsza. Podatki są bowiem coraz większe. To samo dotyczy cen żywności, rat kredytu. A w dodatku żona Kowalskiego jak była, tak jest dalej bezrobotna!

Tagi: wzrost, gospodarka, wiadomości, felieton
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz