Doskonałe wyniki produkcji przemysłowej, budownictwa i inne cieszą, ale wydaje się też, że nieco usypiają. I to nie tylko rządzących, kierujących się urzędowym optymizmem.
Być może pomaga w tym fakt, że inflacja jest ciągle niska. Tyle, że polska gospodarka znajduje się w piątym roku fazy ekspansji i pojawiać się zaczynają znajome symptomy.
Inflacja jest wprawdzie niska, ale rośnie dość szybko. Niektórzy pocieszają się, że jest to inflacja wynikająca z przyczyn podażowych: wysokie są ceny ropy i w ogóle paliw, także licznych półfabrykatów, co wynika z wysokiej dynamiki popytu także i na świecie (ta koniunktura daje ostrogę również i polskiej gospodarce). Ale to słaba pociecha. A nawet wręcz odwrotnie, bo oznacza, iż do inflacji wynikającej z przyczyn wewnętrznych (a ta wydaje się być tuż za rogiem) dochodzą jeszcze czynniki zewnętrzne.
Nasza gospodarka znajduje się w piątym roku fazy ożywienia, które zaczęło się w 2003 roku i jak to zwykle bywa pojawiają się dość powszechnie znane w literaturze symptomy „przegrzania". Wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw wyniósł w marcu 9,1% w skali rocznej i jest zapowiedzią nadchodzących przyrostów rzędu 10-15%, ze wszystkimi tego implikacjami dla spirali płac-kosztów i cen.
Nie bardzo rozumiem skąd biorą się prognozy NBP - i inne zresztą też - zakładające, że inflacja zacznie rosnąć ponownie dopiero w IV kw. b.r. Liczą zapewne na sezonowy spadek cen żywności od czerwca-lipca przez 3-4 miesiące, ale to moim zdaniem zdecydowanie za mało, by zrównoważyć wszystkie presje inflacyjne. A poza tym nawet ta jedyna antyinflacyjna deska ratunku może okazać się ułudą. Mieliśmy okres suszy, potem przymrozki „wykosiły" większość przyszłych plonów owoców; jeśli susza utrzyma się, to z sezonowych spadków cen żywności może pozostać bardzo niewiele.
Powróćmy jednak do relacji płace-koszty-ceny. Najlepiej widać to w budownictwie, gdzie deficyt siły roboczej jest uważany za najbardziej dotkliwy. Wzrost płac w tym sektorze sięgnął w ostatnim okresie nawet 30 proc. Nie mogło to nie spowodować znacznego wzrostu cen. Marcowe dane wskazują, że wzrost cen w budownictwie wyniósł w stosunku do marca ub.r. aż 6,5% (w ub.r. wyniósł odpowiednio tylko 2,2%). Narastają sygnały o szybko rosnących kosztach - a nawet dostępności - materiałów budowlanych.
I wreszcie sprawa najważniejsza, to jest stymulacja monetarna gospodarki. Z badań cykli koniunkturalnych w stabilnych gospodarkach wynika, iż od przyspieszenia podaży pieniądza do wzrostu produkcji wypada średnio 6-9 miesięcy, a do wzrostu inflacji - 12-18 miesięcy. Przyjmując tę monetarystyczną interpretację, od maja ub.r., gdy podaż pieniądza przyspieszyła po raz pierwszy, upłynął niemal rok i efekty produkcyjne są już widoczne. Natomiast efekty inflacyjne - według piszącego te słowa - są „tuż za rogiem", czyli nie do zatrzymania. Są bowiem następstwem tego, co już się stało i nie odstanie.
Uważam, że wzrost cen będzie postępować w całym roku 2007, a także i później. Gdyby RPP zareagowała ostro (powiedzmy dwa razy po 0,5% miesiąc po miesiącu) najpóźniej w listopadzie 2006 roku, gdy podaż pieniądza przyspieszyła po raz drugi, może udało by się inflację popytową zdławić w zarodku. A tak, z braku dostatecznie wczesnej reakcji Rady Polityki Pieniężnej, dżinn inflacji popytowej został wypuszczony z butelki. Aby go tam wepchnąć z powrotem, trzeba będzie zapłacić niepomiernie wyższą cenę. Trzeba się pogodzić, że będzie więcej inflacji i mniej wzrostu gospodarczego.
Jan Winiecki jest profesorem ekonomii. W latach 1994-2003 był profesorem i kierownikiem Katedry Ekonomii na Europejskim Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Wykładał na uczelniach m.in. w Danii, Holandii i Stanach Zjednoczonych.