Notowania

wiadomości
10.11.2012 07:05

Kamerun: Prezydent Biya i afrykańskie dinozaury

Prezydent Kamerunu Paul Biya obchodził w tym tygodniu 30-lecie swojego panowania. Wszedł tym samym do klubu najdłużej panujących władców świata. Większość członków tego klubu stanowią Afrykanie.

Podziel się
Dodaj komentarz

Prezydent Kamerunu Paul Biya obchodził w tym tygodniu 30-lecie swojego panowania. Wszedł tym samym do klubu najdłużej panujących władców świata. Większość członków tego klubu stanowią Afrykanie.

Dobiegający osiemdziesiątki Biya objął władzę w Kamerunie w 1982 r. Zgodnie z konstytucją jako premier (sprawował tę funkcję od 1975 r.) przejął obowiązki szefa państwa z rąk schorowanego prezydenta Ahmadou Ahidjo, Ojca Niepodległości.

Dwudziestomilionowy Kamerun, jak ogromna większość afrykańskich państw w tamtych czasach, rządzony był przez dominującą partię rządzącą, która fałszowała kolejne wybory i zawłaszczała pieniądze z budżetu państwa. Obejmując władzę, Biya obiecywał to zmienić. Nie spełnił jednak żadnej z obietnic.

Do reform zniechęcił Biyę wymierzony przeciwko niemu zamach stanu, zorganizowany przez Ahidjo, który wydobrzał i zatęsknił za władzą. Do nieudanego przewrotu doszło w 1984 r. Spisek się nie powiódł, skazany na śmierć Ahidjo musiał uciekać z kraju, a Biya przestał zawracać sobie głowę reformami i skupił się wyłącznie na pilnowaniu władzy, którą traktował jak łup.

Za jego panowania Kamerun dwukrotnie został uznany przez organizację Transparency International za najbardziej skorumpowany kraj na świecie. Z kraju może nie bogatego, ale też i nie ubogiego w latach 70. stoczył się do grupy największych biedaków. Dwie trzecie jego mieszkańców wciąż nie ma dostępu do bieżącej wody ani prądu, jedna trzecia nie ma pracy, a połowa żyje w nędzy.

Obrońcy prezydenta Biyi przekonują, że jeśli nie może pochwalić się on sukcesami w gospodarce, to przynajmniej za jego panowania w kraju panował pokój i porządek. Dysydenci odpowiadają, że to dlatego, iż Biya panował jak tyran, nie zważając na prawa człowieka, nie tolerując jakichkolwiek sprzeciwów i brutalnie tłumiąc wszelkie antyrządowe demonstracje. Pozbawiona pieniędzy opozycja nigdy mu nie zagrażała, a rywali we własnej partii przekupywał posadami i nieograniczonym dostępem do państwowego skarbca. Potulni mogli korzystać z pełni życia, tych zaś, którym zamarzyła się władza, prezydent natychmiast kazał wtrącać do więzień jako złodziei i łapówkowiczów.

Blisko utraty władzy był tylko raz - pod koniec lat 80., gdy po zakończeniu zimnej wojny i upadku komunizmu przez cały świat przewaliła się fala demokratycznych przemian, a zwycięski Zachód, żegnając się z epoką zimnej wojny, wymuszał na Afryce, Azji i Ameryce Południowej wolne i uczciwe wybory.

Jak inni afrykańscy satrapowie, Biya też zgodził się na wolną elekcję i w 1992 r. prawie je przegrał. Sukces tak uderzył opozycji do głowy, że zażądała powtórki wyborów. Biya odmówił, a opozycja postanowiła zbojkotować następne wybory w 1997 r., licząc, że w ten sposób zmusi prezydenta do ustępstw.

Ale Biya nie ustąpił. Poczynając od 1997 r., wygrywał bezapelacyjnie wszystkie wybory. Choć za każdym razem oskarżano go o wyborcze machlojki, Zachód, któremu przeszła już euforia po triumfie nad komunizmem, przestał się przejmować krajami, które - jak Kamerun - nie miały strategicznego znaczenia ani nie zagrażały porządkowi i bezpieczeństwu świata.

Rozumiejąc to, Biya ani myślał już zmieniać stare przyzwyczajenia. Zachowując demokratyczną fasadę - w Kamerunie działa kilkaset partii i regularnie urządzane są wybory - rządził jak władca absolutny. Starał się jedynie unikać kontrowersji, by nie ściągać na siebie uwagi Zachodu. Ten zaś tolerował jego rządy, przedkładając stabilizację w Kamerunie nad demokrację.

W 1996 r. Biya poprawił konstytucję, przedłużając prezydencką kadencję z pięciu do siedmiu lat i ogłaszając, że po rewizji ustawy zasadniczej jego prezydenckie kadencje, ograniczone dotąd do dwóch, liczą się od nowa. Bez kłopotu wygrał wybory w 1997 r. i reelekcję w 2004 r. A kiedy i kolejne dwie prezydenckie kadencje dobiegły końca, wykreślił z konstytucji paragraf ograniczający długość panowania. W 2011 r. wygrał wybory po raz szósty i zapewnia, że jeśli zdrowie mu tylko pozwoli, wystartuje też w elekcji w 2018 r. Będzie miał wtedy 85 lat.

W listopadzie Biya znalazł się w gronie władców, panujących czwarte dziesięciolecie. Dłużej od niego panują tylko prezydenci Gwinei Równikowej, Teodoro Obiang Nguema, i Angoli, Jose Eduardo Dos Santos, sprawujący władzę już od 33 lat. Trzydzieści dwa lata rządzi w Zimbabwe Robert Mugabe. Zachód toleruje panowanie dwóch pierwszych, ponieważ są oni gwarantami zawieranych przez zachodnie koncerny kontraktów na wydobycie ropy naftowej. Mugabe nękany jest sankcjami i ostracyzmem, ale Zachód uznał, że kruszenie kopii, by usunąć go z urzędu, byłoby przedsięwzięciem strategicznie nieopłacalnym.

Blisko klubu władców panujących ponad 30 lat znajduje się prezydent sojuszniczki Zachodu, Ugandy, Yoweri Museveni (panuje od 1986 r.), a także francuscy faworyci Blaise Compaore (panuje od 1987 r.) z Burkiny Faso i Idriss Deby (od 1990 r.) z Czadu. Członkami klubu afrykańskich dinozaurów mają też szansę zostać wkrótce król Suazi Mswatii III (na tronie od 1986 r.) i prezydent Sudanu Omar el-Baszir, rządzący od 1989 r.

Rekordzistą pod względem stażu panowania w Afryce jest nieżyjący były cesarz Etiopii Hajle Sellasje, który rządził 44 lata, libijski przywódca Muammar Kadafi (42 lata rządów), były prezydent Gabonu Omar Bongo (41 lat), były prezydent Togo Gnassingbe Eyadema (38 lat rządów) i były król Maroka Hassan II (także 38 lat na tronie). Trzej ostatni pozostawili na tronach i prezydenckich fotelach synów, kontynuujących rodzinną dynastię.

Wojciech Jagielski (PAP)

wjg/ akl/ ro/

Tagi: wiadomości, pap
Źródło:
PAP
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz