Notowania

wiadomości
23.08.2013 11:40

Prezydent Kenii w Pekinie - Zachód traci wpływy w Afryce

Pierwsza poza Afryką prezydencka podróż przywódcy Kenii Uhuru Kenyatty do Chin, a także zaprzysiężenie Roberta Mugabego na prezydenta Zimbabwe mogą uchodzić za oznaki spadku znaczenia wpływów Zachodu w Afryce.

Podziel się
Dodaj komentarz

Pierwsza poza Afryką prezydencka podróż przywódcy Kenii Uhuru Kenyatty do Chin, a także zaprzysiężenie Roberta Mugabego na prezydenta Zimbabwe mogą uchodzić za oznaki spadku znaczenia wpływów Zachodu w Afryce.

Mimo oburzenia Zachodu z powodu fałszerstw, które ułatwiły wygraną Roberta Mugabe w wyborach prezydenckich w Zimbabwe, został on w tym tygodniu ogłoszonym prawowitym przywódcą tego kraju. USA, Wielka Brytania i Australia potępiły wybory, ale Unia Afrykańska (UA), a przede wszystkim zimbabweńscy sąsiedzi z Południowoafrykańskiej Wspólnoty Rozwoju (SADC) nie znaleźli powodu, by kwestionować przebieg ani wynik głosowania.

Prezydent Południowej Afryki Jacob Zuma jako pierwszy pospieszył z gratulacjami do Mugabego, a szef misji obserwatorów UA, b. prezydent Nigerii Olusegun Obasanjo zwrócił uwagę na usterki, ale podkreślił, że wybory doskonałe nie zdarzają się nigdzie.

Na falę krytyki z Zachodu afrykańscy politycy odpowiadali wytykaniem Zachodowi jego hipokryzji, która sprawia, że w nieprzyjaznym im Zimbabwe Waszyngton czy Londyn potępiają to samo, co nie budzi ich sprzeciwów w życzliwych im Etiopii, Rwandzie czy Ugandzie. Ten sam Zachód, który potępia tyranię Mugabego, przez długie lata wspierał i utrzymywał tyranię Hosniego Mubaraka w Egipcie, a szachrajstwa wyborcze w Iraku czy Afganistanie nie przeszkadzają mu, by tamtejsze elekcje ogłaszać triumfem demokracji.

Prawem patriarchy Mugabe odparł swoim krytykom, żeby "spadali na drzewo" jeśli nie podoba im się jego panowanie. Młodszy - 51-letni - i subtelniejszy prezydent Kenii Uhuru Kenyatta odpowiedział krytykom z Zachodu wybierając się z wizytą do Chin.

Podróż do Chin była pierwszą pozaafrykańską wyprawą Kenyatty odkąd wiosną został wybrany na prezydenta Kenii. Jego wygrana była Zachodowi równie niemiła jak niedawny triumf Mugabego. Brytyjscy i amerykańscy dyplomaci bezceremonialnie ostrzegali Kenijczyków, żeby nie wybierali na prezydenta Kenyatty, którego Międzynarodowy Trybunał Karny z Hagi zamierza sądzić za wojenne zbrodnie. Kenyatta miał się ich dopuścić podczas rozruchów, jakimi zakończyły się poprzednie wybory z grudnia 2007 r. Kenyatta zaprzecza, by dopuścił się zbrodni, a zamieszkom nie był bardziej winny niż wszyscy kenijscy politycy z tamtych czasów.

Zachodu nie przekonał i w listopadzie rozpocznie się w Hadze jego zaoczny proces. Jednak zachodnie krytyki przysporzyły tylko Kenyatcie wyborców i ułatwiły mu wygraną w marcowej elekcji, co do której uczciwości nikt nie zgłaszał pretensji. W ten sposób stał się drugim po Sudańczyku Omarze el-Baszirze urzędującym afrykańskim prezydentem oskarżanym przez haski trybunał o zbrodnie.

Kenia, będąca od początku swego istnienia wiernym sojusznikiem Zachodu, została nagle ogłoszona banitą i ukarana ostracyzmem. Kroplą, która przepełniła czarę kenijskiej goryczy, stała się lipcowa podróż prezydenta USA Baracka Obamy do Afryki, podczas której pominął Kenię, skąd przecież wywodził się jego ojciec.

Już podczas kampanii wyborczej Kenyatta zarzucał Zachodowi oburzającą ingerencję w sprawy wewnętrzne Kenii i zapowiadał, że jeśli jako prezydent nie będzie mile widzianym gościem w zachodnich stolicach, poszuka sobie przyjaciół na wschodzie. W tym tygodniu urzeczywistnił swoje zapowiedzi i pojechał w podróż do Pekinu, zatrzymując się po drodze w Moskwie. Ani Chiny, ani Rosja nie nazwały go nigdy zbrodniarzem.

Kenijczyk wrócił z Pekinu z kontraktami, opiewającymi na 5 mld dolarów i przewidującymi chińskie inwestycje w energetyce i transporcie. Chińczycy mają zbudować m.in. kolej między portem w Mombasie a Malabą na granicy z Ugandą, by ułatwić handel, w którym Chiny po Indiach są drugim, najważniejszym partnerem Kenii i najważniejszym inwestorem z zagranicy. Chińczycy budują drogi, szkoły, oferują kenijskim studentom stypendia na chińskich uczelniach, zainteresowani są rolnictwem (podobnie jak w Zimbabwe). Obiecują nawet pomóc w walce z kłusownictwem, które w Afryce napędzane jest głównie przez chińskich przemytników i producentów afrodyzjaków.

"Chiny to sprawdzona przyjaźń i rozwój" - stwierdził zadowolony Kenyatta, żegnając się w Pekinie z chińskimi gospodarzami.

Przejście Kenii w chińską orbitę wpływów oznaczałby, że z czterech afrykańskich mocarstw regionalnych Zachód stracił już trzecie. Poza Kenią, potęgą gospodarczą na wschodzie Afryki, za regionalne mocarstwa uważane były do niedawna Egipt na afrykańskiej północy, Nigeria na zachodzie i RPA na południu.

Zachodnie wsparcie dla Mubaraka zakończyło się uliczną rewolucją sprzed dwóch lat, która z każdym rokiem pogrąża Egipt w politycznym chaosie. Południowa Afryka już pod rządami Nelsona Mandeli i Thabo Mbekiego krytykowała wojenną awanturę Zachodu w Iraku, a pod rządami Zumy szuka przyjaciół w Brazylii, Indiach, Chinach i Rosji, z którymi wspólnie chce być alternatywą dla potęgi Zachodu. Nigeria zmaga się od lat z zarazą korupcji, a od niedawna także z rodzimymi dżihadystami. Kenię, bez której pomocy niemożliwa będzie choćby walka z dżihadystami czy piratami w Somalii, Zachód zraził do siebie sam.

Wojciech Jagielski (PAP)

wjg/ jhp/ kot/

Tagi: wiadomości, pap
Źródło:
PAP
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz