Notowania

wiadomości
11.03.2014 12:23

RŚA: Pytanie za miliard - muzułmanie przegnani, wojna bez końca

Komisja śledcza ONZ przybyła do Republiki Środkowoafrykańskiej, by ustalić winnych religijnych pogromów i mordów, w jakich od roku pogrąża się ten jeden z najbiedniejszych krajów świata.

Podziel się
Dodaj komentarz

Komisja śledcza ONZ przybyła do Republiki Środkowoafrykańskiej, by ustalić winnych religijnych pogromów i mordów, w jakich od roku pogrąża się ten jeden z najbiedniejszych krajów świata.

Komisji ONZ szefuje kameruński sędzia Bernard Acho Muna, który pracował już w Międzynarodowym Trybunale Karnym dla Rwandy.

"Zawsze zaczyna się tak samo: od podjudzania do wojny, od wmawiania jednym, że to inni są powodem wszystkich ich nieszczęść i że aby temu zaradzić, wystarczy się ich pozbyć - powiedział Muna przed wyjazdem. - W Republice Środkowoafrykańskiej każdy kolejny dyktator obalał poprzedniego i w imię rzekomego pojednania ogłaszał amnestię. Nikt nie został za nic ukarany i w rezultacie we władzach państwa zasiadali ludzie z rękami po łokcie unurzanymi we krwi".

Po powrocie do Nowego Jorku śledczy ONZ mają przedstawić Radzie Bezpieczeństwa ONZ poufny raport, w którym wskażą winnych zbrodni i zasługujących na karę. Posyłając śledczych do RŚA, Rada Bezpieczeństwa liczyła, że już sama ich obecność skłoni do opamiętania tamtejszych watażków, których powstrzymać nie potrafią cudzoziemscy żołnierze z wojsk rozjemczych.

Wojna w RŚA wybuchła pod koniec 2012 r., gdy pod stolicę, Bangi, podeszli rebelianci z muzułmańskiej północy kraju. Republiką Środkowoafrykańską zawsze rządzili chrześcijanie z południa, stanowiący ponad połowę mieszkańców. Muzułmanie z północy, stanowiący ok. 10-15 proc. ludności, narzekali zaś, że traktowani są jak obywatele drugiej kategorii.

W marcu ubiegłego roku muzułmańscy rebelianci, wspierani przez ochotników-współwyznawców z Czadu i Sudanu, zdobyli Bangi i ogłosili swojego przywódcę Michela Djotodię pierwszym muzułmańskim prezydentem kraju. W stolicy i całej RŚA niemal natychmiast zaczęły się grabieże i pogromy chrześcijan.

Pod koniec ubiegłego roku chrześcijanie, dowodzeni przez żołnierzy z byłego rządowego wojska, zaczęli skrzykiwać się w oddziały samoobrony i kontratakować. W grudniu omal nie odbili stolicy. Odtąd wojna domowa zaczęła przeradzać się w religijne pogromy.

Aby je przerwać, Francja i Unia Afrykańska wysłały w końcu do RŚA swoje wojska i zmusiły Djotodię do dymisji, jednak spóźniona interwencja nie powstrzymała mordów ani odwetowych pogromów chrześcijan na muzułmanach.

Przedstawiciele ONZ obliczyli, że w milionowym Bangi, gdzie przed wojną mieszkało ponad 150 tys. muzułmanów, dziś zostało ich najwyżej tysiąc. Nikt nie policzył zabitych, ale mówi się o dziesiątkach tysięcy ofiar. Z pięciu milionów mieszkańców kraju jeden milion stał się uchodźcami. Do sąsiednich Czadu i Kamerunu wyjechało ponad 300 tys. muzułmanów (przed wojną żyło ich w kraju około pół miliona). Chrześcijańskie bojówki palą meczety, grabią domy i sklepy uciekinierów; tych, którzy nie zdążą uciec, mordują, a za wydanie ich ciał żądają po tysiąc dolarów okupu. Wycofujący się na północny zachód muzułmańscy partyzanci nie pozostają im dłużni i dokonują pogromów napotykanych po drodze chrześcijańskich wsi.

Wojna podzieliła kraj. Władzę w stolicy i znacznej większości kraju odzyskali watażkowie z chrześcijańskich milicji, zaś muzułmanie kontrolują powiaty na północnym zachodzie kraju przy granicy z Kamerunem i Czadem. Przedłużającym się konfliktem religijnym zainteresowali się już palestyńscy radykałowie ze Strefy Gazy, a nawet afgańscy talibowie. Znawcy Sahelu obawiają się, że do muzułmańskiej enklawy w Republice Środkowoafrykańskiej na świętą wojnę ściągną też w końcu dżihadyści z nigeryjskiego Boko Haram lub partyzanci z saharyjskiej filii Al-Kaidy, zaprawieni w bojach w Mali i uzbrojeni w broń z magazynów obalonego dyktatora Libii Muammara Kadafiego.

Wojnę mogłyby powstrzymać tylko zagraniczne wojska rozjemcze, ale okazało się, że 2 tys. Francuzów i 6 tys. żołnierzy Unii Afrykańskiej to za mało. Francja chce, by ONZ wystawiła w RŚA 12-tysięczną armię - trzecią co do liczebności misję pokojową ONZ, obok sił obecnych już po sąsiedzku w Demokratycznej Republice Konga i obu Sudanach (w ten sposób w sercu Afryki ONZ utrzymywałaby ponad 50-tysięczne wojsko). ONZ miałaby też wziąć na siebie zadanie budowy od podstaw upadłego państwa, jakim stała się RŚA.

Nawet zatwierdzona natychmiast ekspedycja do RŚA nie zacznie się przed końcem lata. Nikt przeciwko niej nie protestuje, ale chętnych na wojnę brak. Kłopot z zebraniem obiecanych Francuzom tysiąca żołnierzy wsparcia ma nawet Unia Europejska. Gruzja, zabiegając o względy Zachodu, obiecała przysłać 150 żołnierzy, Portugalczycy i Hiszpanie - policjantów. Reszta sojuszników, w tym Polska, ograniczyła się do wysłania samolotów transportowych z załogami. Amerykanie, Brytyjczycy i Niemcy nie za bardzo chcą ponosić koszty wyprawy wojennej.

"Nikogo to nie obchodzi" - wyznał dziennikarzowi AP anonimowy zachodni dyplomata z ONZ. - "Wysyłać wojska do kraju bez żadnego znaczenia i jeszcze płacić za to miliard dolarów?"

Wojciech Jagielski (PAP)

wjg/ akl/ ro/

Tagi: wiadomości, pap
Źródło:
PAP
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz