Notowania

Jak starzy szpiedzy Moskwy pomagają polskiej gospodarce

Ałganow, Jakimiszyn, Gawriłow. Trwająca od kilku tygodni noc "żywych trupów" agentów rosyjskich służb specjalnych działających w latach 90. w Polsce zdaje się nie mieć końca. Dlatego polskie władze powinny zawczasu pomyśleć, jak z pożytkiem dla państwa i jego ekonomiki wykorzystać sytuację, w której z niebytu jeden po drugim wyłaniają się zapomniani niesłusznie "dyplomaci" czy "biznesmeni" z Rosji.

Podziel się
Dodaj komentarz

Dotąd bowiem wszyscy: prezydent, rząd, posłowie zachowują się, jakby najnowszy festiwal dawnych rosyjskich agentów był im nie na rękę. Jeszcze nie zdążyli dobrze ochłonąć z szoku wywołanego niespodziewanym powrotem do gry płk. Władimira Ałganowa, który tym razem jako ekspert od handlu energią i przekształceń własnościowych w sektorze paliwowym wywrócił do góry nogami ustalony wcześniej porządek prac komisji śledczej ds. Orlenu, gdy raptem okazało się, że w Moskwie żyje i ma się dobrze inny słynny niegdyś nad Wisłą szpieg rosyjski. Chodzi o Grigorija Jakimiszyna, który - jak się okazuje - udając niezależnego jurystę pomaga Federalnej Służbie Bezpieczeństwa i orzeka jako sędzia przysięgły w procesach o szpiegostwo, udowadniając, że rozdział władzy sądowniczej od wykonawczej to XVIII-wieczny wymysł zramolałego Monteskiusza.

Gdybyśmy wzięli przykład z braci Moskali, odrzucając zmurszałe wzorce znad Sekwany, o ileż sprawniej działałby wymiar sprawiedliwości i jak szybko oczyściłoby się z wszelkich patologii życie gospodarcze. Lud głodny igrzysk, za to rozdrażniony nieporadnością demokracji, z pewnością przyklasnąłby puszczeniu w skarpetkach któregoś z naszych piastowskich Chodorkowskich.

Na domiar złego parę dni temu wyszło na jaw, że po Polsce znów bezkarnie hasa sobie Siergiej Gawriłow, bankier i biznesmen z branży paliwowej, który z powodu podejrzeń o pranie brudnych pieniędzy i pracę dla rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU musiał opuścić nasz kraj 7 lat temu. Prasa odkryła, że Gawriłow odwiedza nadwiślański kraj pod zmienionym nazwiskiem jako Siergiej Kolpidi i chociaż nasze służby specjalne znają jego prawdziwą tożsamość, to nic nie mogą zrobić ze względu na stanowisko MSZ, który uważa, że w świetle ustawy o cudzoziemcach bankier-szpieg jest cacy. Według MSZ, nawet jeśli Gawriłowa kiedyś wydalono, to po pięciu latach zakaz wjazdu na terytorium Rzeczpospolitej traci ważność w świetle prawa.

Nie ma co się zżymać na naszych legalistów z resortu spraw zagranicznych. Ich postawę charakteryzuje po prostu dalekowzroczność; przecież niedługo Gawriłow może okazać się bardzo pomocny jako konsultant paru schodzącym ze sceny politycznej tuzom, które będą musiały jakoś zalegalizować swój majątek ze źródeł niewiadomego pochodzenia. Ponadto czy komisja ds. Orlenu nie mogłaby - po konsultacji z ekspertami, którzy znaleźliby odpowiedni kruczek prawny i dorobiliby do niego stosowną wykładnię - skorzystać z wizyt Gawriłowa, by zapytać go np., kto przed laty pomógł jego spółce paliwowej Bagbud uzyskać od naszego rządu koncesję na import ze Wschodu ropy naftowej. Najbardziej malowniczym akcentem w działalności Bagbudu było otwarcie 15 sierpnia 1996 r. w rocznicę bitwy nad Wisłą stacji paliw pod szyldem Łukoil. Stację, w której otwarciu uczestniczył ambasador Rosji, zlokalizowano ni mniej ni więcej tylko pod Radzyminem, gdzie w 1920 r. rozegrał się decydujący bój. Zostawmy jednak historyczne resentymenty i
przejdźmy do bardziej praktycznej sfery. Może Gawriłow w zamian za zgodę na wizyty w naszym kraju pod swym dawnym nazwiskiem lub jakiś inny ciepły gest pomógłby wyjaśnić, w jaki sposób podstawione przez Rosjan spółki wyeliminowały polski państwowy Petrobaltic z inwestycji w złoża nafty na Litwie. Zwłaszcza, że w interesy te zaangażowany był jego dawny wspólnik Siegfried Brucker, który nic już nie powie, bo niefortunnie zderzył się czołowo z ciężarówką jadąc na rozmowy do Rafinerii Gdańskiej.

Jeszcze lepszym ekspertem od spraw naftowych mógłby zostać założyciel Pierwszego Komercyjnego Banku w Lublinie David Bogatin, który po zatrzymaniu przez UOP w 1992 r. powędrował prosto do więzienia w Otisville w USA. Trafił tam za gigantyczne defraudacje w handlu paliwem, których dopuścił się wspólnie z mafią rosyjską i włoską w Nowym Jorku. Bogatin jest dla komisji atrakcyjny jeszcze z innego względu, bowiem zna dobrze byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka, który był dyrektorem stołecznego przedstawicielstwa jego banku. Pewnie Bogatin już zakończył odsiadkę i dałby się skusić na sentymentalną podróż śladami dawnych interesów.

Może więc naprawdę warto pomyśleć, jak w dzisiejszych trudnych czasach zagospodarować zakurzonych moskiewskich agentów, zamiast tylko narzekać, że daleko nam ciągle do sprawdzonych brytyjskich standardów postępowania z cudzoziemcami o podwójnej tożsamości. W takim Zjednoczonym Królestwie np., gdzie zakaz wjazdu na Wyspy wydany na wniosek kontrwywiadu MI5 ma znacznie poważniejsze konsekwencje dla wydalonego cudzoziemca niż u nas, klasa polityczna nie może sięgnąć do niekonwencjonalnych metod, nawet, gdyby specjalna komisja Izby Gmin podejrzewała, że jeden czy drugi rosyjski agent mógby wyjaśnić np., dlaczego premier Tony Blair w przeddzień ataku na Irak wolał wierzyć własnemu wywiadowi niż np. służbom Saddama Husajna.

Przy takim bezdusznym podejściu Anglików do penetracji ich kraju przez Rosjan, taki Jurij Kaszlew, obecnie wicerektor Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, raz wyrzucony za szpiegostwo w 1971 r., nie mógł sobie po odczekaniu paru lat najzwyczajniej wrócić do Londynu, żeby np. wybrać się na spacer po ogrodach Kensington czy na wycieczkę do British Museum. Nie przeszkodziło mu to natomiast zostać w 1991 r. ambasadorem Rosji w Warszawie, chociaż jego kłopoty na Wyspach nie były raczej tajemnicą dla naszych władz. Nic dziwnego więc, że płk KGB i współpracownik Służby Wywiadu Zagranicznego Nikołaj Zachmatow, który do 1994 r. był rosyjskim radcą handlowym w Polsce i lobbował intensywnie wśród naszych urzędników za budową tzw. korytarza suwalskiego (rodzaj eksterytorialnej autostrady z Gusiewa w Obwodzie Kaliningradzkim na Białoruś), w 1999 r. spokojnie wrócił do Warszawy, by znów radować się immunitetem dyplomatycznym, pozwalającym mu ostatnio prowadzić owocny intelektualnie dialog z dyrektorem biura ds. biopaliw w
Orlenie Robertem Gmyrkiem. Ciekawe, czy rozmawiali o tym, w jaki sposób za pośrednictwem skutecznie zaszczepić opinii publicznej przekonanie, że od biopaliw zacierają się silniki, chociaż w Europie Zachodniej kierowcy nie narzekają na skutki używania benzyny z domieszką pochodzenia roślinnego. Niestety Rosjanie ze swym wielkomocarstwowym rozmachem przefajnowali niwecząc nasze poczucie wyjątkowości wynikające pewnie z tego, że w czasach Dymitriady wojsko polskie zdobyło Moskwę, czego nie udało się potem dokonać ani Napoleonowi ani Hitlerowi.

Nie tylko do Warszawy Kreml posyła tzw. dyplomatów, których szpiegowska działalność jest tajemnicą poliszynela. Wydalony z Polski w 1994 r. rezydent GRU Władimir Łomakin parę lat później akredytował się w Sofii jako attache wojskowy ambasady Rosji. Ułatwił mu to miejscowy resort obrony doceniając niefrasobliwość Łomakina w stosunku do plotek rozsiewanych przez wąskie grono czytelników prasy polskiej. Niestety bułgarski kontrwywiad, chcąc przypodobać się NATO, zebrał nowe dowody szpiegostwa Łomakina i wysłał go pierwszym samolotem do Moskwy. Cóż, Bułgarzy - jak wiadomo - w sprawach wywiadowczych nie mają poczucia humoru, którym odznacza się natomiast duży odsetek polityków i urzędników w Polsce.
Pewnie ciągle czują się dotknięci tym, że gdy w latach 60. aktor George Lazenby wystąpił w głównej roli w jednym z odcinków przygód Jamesa Bonda, prasa angielska nie zostawiła na nim suchej nitki pisząc, iż odznacza się wdziękiem bułgarskiego tenisisty. Polska jednak nie leży w zapalnym regionie Bałkanów, a jej politycy już w czasach saskich udowodnili, że wiedzą, jak czerpać pożytki z naszego położenia geopolitycznego.

Autor jest dziennikarzem tygodnika "Wprost"

Tagi: jakimczyk, wiadomości, felieton
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz

Wybrane dla Ciebie