Notowania

piłka nożna
31-07-2018 (14:42)

Finanse polskich klubów postawione na głowie. Nie dziwmy się porażkom w Europie

Kluby piłkarskie w Polsce to biznes z pogranicza nonsensu. Właściwie można o każdym z czołówki Ekstraklasy mówić jako o potencjalnym bankrucie. Nie dziwmy się wynikom w europejskich pucharach. Wszystko w klubach robione jest na wyrost i bez pewności, że przetrwa dłużej niż jeden sezon.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Andrzej Iwanczuk/REPORTER)
Wyniki Legii w Europie to tylko czubek większego obrazu polskiej piłki

Słowackie kluby, z o wiele mniejszymi budżetami, sprawiły polskim niezłe lanie. Legia już odpadła, a Górnik Zabrze musi odrabiać straty. Czy należy się dziwić, że nasze kluby tak źle sobie radzą w europejskich pucharach, skoro zarządzane są na tak zdumiewających zasadach? Ich finanse to zwykle obraz ruiny, podtrzymywanej przy życiu często przez środki otrzymywane z miast.

Legia poległa na własnym stadionie w ubiegłym tygodniu z ubogim słowackim Spartakiem Trnawa. W sieci pojawiały się prześmiewcze komentarze, że Legia jest jak Sampdoria Genua - grało w niej aż trzech Polaków. Jak widać, zagraniczny zaciąg nijak nie przełożył się na wyniki.

W rewanżu warszawska drużyna co prawda wygrała, ale tylko 1:0 i znowu trzeba będzie łatać dziury w klubowych finansach. A dopiero co udało się zmienić się z potencjalnego bankruta w spółkę, której majątek jest większy niż długi, a nie odwrotnie jak jeszcze sezon wcześniej.

Zobacz też: Odpowiedź piłkarza Legii rozśmieszyła dziennikarzy. "A widziałeś mecz w Cork?"

Liga Mistrzów pomogła się Legii wydobyć w dużego minusa w sezonie 2016/2017. Dzięki wielkim środkom z praw telewizyjnych z meczów z Realem Madryt, Borussią Dortmund i Sportingiem Lizbona, a potem jeszcze dwumeczu z Ajaksem Amsterdam w Lidze Europejskiej, do kasy klubu wpłynęło 133 mln zł w porównaniu z 37 mln zł rok wcześniej.

Jeszcze 30 czerwca 2016 r. wartość długów przekraczała majątek klubu o 17 mln zł, co w normalnej sytuacji oznacza rychły upadek firmy. Ale dzięki ekstra przychodom kapitały własne wyszły na plus 29 mln zł. Jeśli obecny sezon będzie taki, jak w 2015/2016 (17 mln zł strat) to można oczekiwać, że Legia znowu znajdzie się na progu, który oddziela spółki bliskie bankructwa od poprawnie działających biznesów.

Wtedy znowu będzie trzeba szukać kogoś, kto da pożyczkę lub dofinansuje. Albo wyprzedawać karty zawodnicze powyżej wyceny wykazanej w klubowych księgach finansowych. A mówimy przecież o klubie z największym budżetem w polskiej Ekstraklasie.

Co wtedy z inwestycją w kompleks szkoleniowy w Urszulinie koło Grodziska Mazowieckiego? W ubiegłym roku dostała dofinansowanie 11 mln zł z Ministerstwa Sportu i 1,1 mln z Ministerstwa Rozwoju. Klub na inwestycje wyłożył 40 mln zł, czyli o 30 mln zł więcej niż w sezonie 2015/2016.

Legia nie przeszła Spartaka, trzeba więc będzie prawdopodobnie zacząć cięcia pensji zawodników. To oni najbardziej obciążają budżet. Legia zatrudniała na 30 czerwca 2017 r. 87 pracowników (w tym zawodnicy). Średnie wynagrodzenie każdego z nich to 103 tys. zł brutto miesięcznie. Co ciekawe, to o wiele więcej, niż zarabia zarząd spółki.

Trzech jego członków z Dariuszem Mioduskim na czele dostawało w sezonie 2016/2017 średnio 42 tys. zł brutto miesięcznie. Po dobrym sezonie w fazie grupowej Ligi Mistrzów dali sobie zresztą podwyżkę 124 proc. Rok wcześniej pobierali z kasy klubu co miesiąc 19 tys. zł.

Reszta klubów w jeszcze gorszym stanie

Jeśli spojrzy się na finanse pozostałych klubów z pierwszej piątki ubiegłego sezonu (z wyjątkiem Lecha Poznań, którego danymi nie dysponujemy), to widać, że wcale nie jest lepiej, ale nawet gorzej. Dodatni kapitał własny, czyli majątek większy od długów ma tylko Jagiellonia Białystok. Ale na koniec 2017 r. było to zaledwie 6,2 mln zł.

Na ile to starczy, gdyby klub nie dostał się do fazy grupowej Ligi Europy? Żeby tego dokonać, musi przejść portugalski Rio Ave (w meczu u siebie „Jaga” wygrała 1:0). Kolejnym warunkiem jest jeszcze pokonanie przeciwnika z trzeciej rundy.

Wicemistrz Polski z Białegostoku utrzymywał się ostatnio wcale nie ze sprzedaży biletów i karnetów - to dało w 2017 r. zaledwie 4,9 mln zł. Jego istnienie podtrzymują prawa telewizyjne (15,6 mln zł) i sprzedaż kart zawodników (10,7 mln zł). No i dotacja - 3,6 mln zł od miasta.

Długi czwartego w ubiegłym sezonie Górnika Zabrze są o 41 mln zł większe od jego aktywów. W ub. roku miał stratę 16 mln zł. Ze słowackim Trenczynem przegrał u siebie 0:1, więc przejście choćby do drugiej rundy kwalifikacyjnej będzie trudne, a więc i szansa na ratunek przed kolejnymi stratami jest nikła.

Wisła Płock jest dofinansowywana z obfitego portfela PKN Orlen, dlatego mogła sobie pozwolić na straty rzędu 6-7 mln zł w ostatnich dwóch latach. Kapitał własny jest ujemny. Klub jednak nie gra w europejskich rozgrywkach, więc sytuacja się zapewne powtórzy. Otwarte pozostaje więc pytanie, czy Orlenowi na pewno jest potrzebny klub, który kosztuje go kilka milionów rocznie?

W ekstraklasie piłkarskiej najwięcej od reklamodawców dostaje Legia Warszawa - 27,5 mln zł w sezonie 2016/2017. Wicemistrz Jagiellonia i Górnik Zabrze z reklam mają zaledwie po 3-4 mln zł.

Miliony z publicznego grosza

Wspomnieliśmy już o dotacji od miasta, którą Jagiellonia regularnie księguje na koncie rok po roku. Miasto wpłaca prawie tyle samo, ile klub pobiera z biletów. A to niejedyna forma wsparcia publicznego dla klubu.

Stadion miejski w Białymstoku, który w nowej odsłonie kosztował ponad 200 mln zł, przynosi rocznie regularnie 5 mln zł straty i miasto musi to finansować z podatków. Innymi słowy, miasto bierze od klubu tak małe pieniądze za wynajęcie stadionu, że musi potem do interesu dokładać. A bez miejskiego stadionu klub oczywiście nie miałby szans istnienia.

Nie inaczej jest w przypadku Legii, która płaci miastu za dzierżawę stadionu przy Łazienkowskiej zaledwie 4,5 mln zł i 1,5 mln zł podatku od nieruchomości. Zaledwie - bo koszt budowy wyniósł 460 mln zł. Te 6 mln zł rocznie to 1,3 proc. środków wydanych na budowę. Kilkukrotnie mniej niż koszt kredytu, który prawdopodobnie miasto musiało zaciągnąć.

PZPN chwali się, że nie pobiera pieniędzy z budżetu państwa. Państwa może nie, ale do klubów szerokim strumieniem płyną pieniądze z budżetów miast.

16 mln zł straty miał na przykład w ubiegłym roku stadion w Zabrzu, bez którego Górnik nie miałby gdzie grać. Ten stadion, podobnie jak w Białymstoku, kosztował 200 mln zł. Jego przychody to jednak zaledwie niecałe 7 mln zł rocznie. Dziurę rok w rok zalepia miasto z podatków wpłacanych przecież niekoniecznie przez kibiców piłkarskich.

Zarobki piłkarzy

Kiedyś jeden z polskich mistrzów świata w siatkówce wskazał, że jego zarobki są na poziomie zawodników drugiej ligi piłkarskiej.

Jak już pisaliśmy wyżej, w Legii przeciętny pracownik dostawał 103 tys. zł brutto miesięcznie. W Jagiellonii było to 28 tys. zł. W Górniku płacą 44 tys. zł na miesiąc i jest to trzykrotnie więcej niż dostaje przeciętnie trzech członków zarządu klubu. W Wiśle Płock średnie zarobki pracowników to 27 tys. zł miesięcznie.

Człowiekowi, który widzi te liczby, może się przypomnieć Birkir Saevarsson, reprezentant Islandii, która robi ostatnio furorę na arenie międzynarodowej. Pracuje 8 godzin przy taśmie, pakując sól do słoików w wytwórni soli. Piłka to dla niego zajęcie dodatkowe. Musiał wziąć urlop, żeby zagrać na mundialu w Rosji.

Naszych klubów nie stać na to, żeby płacić piłkarzom tyle, ile płacą. A i tak zbieramy cięgi w europejskich rozgrywkach. Czy więc naprawdę powinny zatrudniać samych zawodowców? Czy z kasy miejskiej trzeba wyciągać ogromne pieniądze, żeby to wszystko utrzymywać, zamiast zostawić tylko te organizacje, która przynajmniej same się utrzymują?

Może gdyby pozwolić zbankrutować tym, którzy na to zasługują, w końcu cała ta piłka nożna stanęła by naprawdę na nogach. Skończyła by się wtedy zabawa w potentatów bez pieniędzy, a zaczął poważny biznes.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Tagi: piłka nożna, ekstraklasa, wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
31-07-2018

DarekBardzo dobrze, może w końcu padnie ta liga śmiercią naturalną.

31-07-2018

mmNajgorsze jest to że my wszyscy składamy się na tych patałachów.

31-07-2018

zidanekto płaci tym pajacom taką kasę ? jesli klub chce prosze bardzo ale żadnych dotacji z naszych podatków niech bankrutują to może wtedy na ich miejsce … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (17)