Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na

Z walki o prezydenturę wycofał się polityk, który chciał być wzorcem przejrzystości w życiu publicznym, ale nie miał odwagi ujawnić swych transakcji giełdowych.

Podziel się
Dodaj komentarz

Środa 14 września 2005 r. przejdzie do najnowszej historii Polski jako dzień kapitulacji i braku elementarnej odwagi cywilnej przedstawicieli narodu, którzy powołani do stanowienia prawa i jego egzekwowania, sami się ponad to prawo wynosili, by ostatecznie czmychnąć jak niepyszni przed osądem opinii publicznej. Tę datę wyborcy powinni sobie dobrze zapamiętać. Tego dnia bowiem około południa niedawny faworyt wyborów prezydenckich, marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz miał – zgodnie ze składanymi przez własny sztab obietnicami – ujawnić wyciągi ze swego rachunku maklerskiego.

Zamiast tego kandydat do najwyższej godności w Rzeczypospolitej oświadczył, że rezygnuje z kandydowania w wyborach, bo nie może dłużej znieść brutalnych ataków na swą rodzinę. Te brutalne rzekomo ataki to pytania, których na miejscu Cimoszewicza żaden racjonalnie myślący polityk pretendujący do prezydenckiego urzędu nie pominąłby milczeniem. Były premier poszedł jednak w zaparte i wolał oddać pole walkowerem przeciwnikom politycznym niż ujawnić pełną historię budzących kontrowersje operacji giełdowych.

Próbując wyjść z twarzą z tej mało komfortowej sytuacji, w którą wpędził sam siebie i swą rodzinę przez poważne sprzeczności w składanych oświadczeniach i wypowiedziach publicznych, wybrał najgorsze wyjście. Składając rezygnację powszechnie odbieraną jako akt tchórzostwa dostarczył jedynie nowych argumentów przeciw sobie swym adwersarzom politycznym i większości mediów, które zraził do siebie arogancką postawą prezentowaną podczas kampanii. Wybór złego rozwiązania może już wkrótce obrócić się przeciwko Włodzimierzowi Cimoszewiczowi.

Nie zdziwiłbym się specjalnie, gdyby ta sama warszawska prokuratura, która ostatnio odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie zasadniczych nieścisłości w poselskich oświadczeniach majątkowych Cimoszewicza po wyborach, w przypadku łatwej do przewidzenia porażki wyborczej partii politycznej marszałka sejmu, nagle zmieniła front o 180 stopni. Uzasadnienie wszczęcia śledztwa czy wręcz postawienia zarzutów nie musi być aż tak kuriozalne jak wspomniana odmowa. Istotna będzie tu motywacja czyli ewentualna chęć przypodobania się nowej władzy przez spodziewających się najgorszego serwilistycznych prokuratorów. Winę za ten stan rzeczy w gmachu u zbiegu stołecznych ulic Krakowskie Przedmieści i Trębacka ponosi w znacznej mierze sam Włodzimierz Cimoszewicz, który będąc w latach 1993-95 ministrem sprawiedliwości nie usunął z prokuratury osób dyspozycyjnych wobec politycznych zwierzchników.

Swoją drogą, to żałosne, że polityk, który był prokuratorem generalnym i miał jedyną w swoim rodzaju okazję, by uzdrowić i usprawnić polski wymiar sprawiedliwości, sam w tę sprawiedliwość we własnej ojczyźnie nie wierzy i postanawia sądzić się w USA z gazetą podważającą jego prawdomówność. To tak, jakby Cimoszewicz powiedział, że nierychliwe i najogólniej mówiąc mało przyjazne dla obywatela sądy w Polsce są dla motłochu (czytaj wyborców), zaś dla elit politycznych i finansowych jest prawdziwa sprawiedliwość w Ameryce. Szkoda jedynie, że marszałek nie wytrwał do końca kampanii. Zobaczylibyśmy, jak oceniają meandry jego zachowań Polacy.

Autor jest dziennikarzem tygodnika "Wprost"

Tagi: cimoszewicz, wybory, jakimczyk, wiadomości, felieton
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz