Zamieszki we Francji. Premier: Nie damy się zastraszyć

Robert Kędzierski
A man rides a bicycle past a fire in the street during a demonstration against rising living costs and cuts to public services in Paris, France, 17 October 2026. The nationwide mobilization brought together Yellow Vest (Gilets Jaunes) activists, high school and university students, trade unions and other groups protesting rising living costs, fuel prices and deteriorating public services, while demanding improvements in education and school conditions. EPA/MOHAMMED BADRA Dostawca: PAP/EPA.Niepokoje we Francji
Źródło zdjęć: © PAP | PAP/EPA/MOHAMMED BADRA

Francję zalała fala protestów przeciwko rosnącym kosztom życia. Pokojowe demonstracje przerodziły się w wielu miastach w akty wandalizmu i grabieże. Szef rządu zapowiada stanowczą reakcję wobec sprawców przemocy. Związkowcy szacują, że na ulice wyszło ponad pół miliona osób - donosi z Paryża Anna Wróbel, korespondentka PAP.

Szef francuskiego rządu Sébastien Lecornu skomentował falę weekendowych protestów, zaznaczając, że władze nie będą tolerować podpaleń i kradzieży. Premier podkreślił jednocześnie, że obywatele mają pełne prawo do organizowania pokojowych manifestacji.

Polityk zasugerował, że niektóre grupy traktują obecne zamieszki jako przygotowanie do kampanii przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi. Rząd zapowiada twardą postawę wobec osób łamiących prawo.

"Mówię jasno tym, którzy wyraźnie chcą uczynić z tej przemocy »rozgrzewkę« przed wyborami prezydenckimi: nie pozwolimy się zastraszyć. Nikt nie narzuci swej agendy politycznej poprzez przemoc" – napisał Lecornu w serwisie X.


DLA CIEBIE
Biznes od środka x Mbank

Sklepy na celowniku wandali

Sobotnie demonstracje objęły cały kraj, a w wielu miejscach doszło do zniszczeń mienia oraz plądrowania placówek handlowych. Akty wandalizmu odnotowano między innymi w Paryżu, Lyonie, Marsylii, Nicei oraz Rouen. Z kolei w Bordeaux demonstranci zaatakowali budynek prefektury departamentu Żyronda.

W stolicy kraju najbardziej ucierpiały okolice placu Republiki, gdzie rozpoczął się główny pochód. Zniszczono tam witryny i obrabowano kilka sklepów. Na obrzeżach placu doszło również do podpaleń samochodów osobowych. Dziennikarze stacji BFMTV oraz dziennika "Le Monde" relacjonują, że nie widzieli tak poważnych incydentów podczas wcześniejszych manifestacji.

Mer Paryża Emmanuel Grégoire skrytykował działania wandali. Samorządowiec oświadczył, że tego typu akty "odwracają uwagę od postulatów licealistów". To właśnie młodzież stanowiła znaczną część uczestników stołecznego marszu, który ostatecznie przeszedł na północ miasta, w rejon placu Clichy.

Paryska prokuratura poinformowała o zatrzymaniu w stolicy 195 osób biorących udział w zamieszkach. W tej grupie znalazło się 13 osób niepełnoletnich.

Rosnące koszty życia napędzają gniew

Obecne protesty to wynik kumulacji niezadowolenia różnych grup społecznych. Wezwania do demonstracji pojawiały się w mediach społecznościowych od kilku tygodni. Datę wyznaczono na 17 października, a same protesty połączono z trwającymi już wystąpieniami licealistów.

Głównym powodem wyjścia na ulice są kwestie ekonomiczne, w tym przede wszystkim rosnące koszty życia i ceny energii. Uczestnicy zwracają też uwagę na pogarszający się stan usług publicznych.

Uczestniczący w paryskim proteście 27-letni Hugo wskazał na narastające problemy strukturalne we Francji. – W wielu sprawach jest we Francji źle: oświata, usługi publiczne, które są dziś zaniedbane, (...) szkoły, szpitale nie mają już środków – powiedział w rozmowie z PAP. Mężczyzna zwrócił też uwagę na dysproporcję między zarobkami a kosztami utrzymania. – Cały naród jest wściekły – podsumował.

Demonstranci nawiązują do ruchu "żółtych kamizelek" z lat 2018–2019. Wówczas iskrą do wybuchu masowych protestów były ceny paliw na poziomie około 1,5 euro za litr. Jak zauważył cytowany uczestnik marszu, "a dziś cena benzyny wzrosła o około 1 euro za litr"

– Niestety, w czasach "żółtych kamizelek wiele osób zarzucało im, że są ruchem skrajnej prawicy i nie było tego poparcia, które dzisiaj łączy o wiele więcej ludzi we Francji – stwierdził Hugo. Wyraził przy tym przekonanie, że obecne protesty" to dopiero początek".

Napięta sytuacja w centrum stolicy

Sytuacja w Paryżu pozostawała trudna do późnych godzin wieczornych. Kilkaset osób zgromadziło się na Polach Elizejskich, ignorując wcześniejszy zakaz manifestacji wydany w tym miejscu przez prefekturę policji.

Zgromadzenia odbywały się również w innych punktach centrum miasta. Napięcia odnotowano w okolicach kościoła św. Magdaleny. Dotarła tam grupa protestujących, która nie zaliczała się do głównego, oficjalnie zgłoszonego pochodu.

Według oficjalnych danych przekazanych przez francuski związek zawodowy CGT, w sobotnich protestach na terenie całego kraju wzięło udział ponad 500 tysięcy osób.

Źródło: PAP.

Wybrane dla Ciebie