Notowania

Europarlamentarzyści przeciw cenzurze w sieci. Bitwa o unijną dyrektywę

Czy to koniec wolności słowa w Internecie, a zarazem początek ograniczania dostępu do treści, z których do tej pory można było dowolnie korzystać? Polski rząd zapowiada, że będzie głosował przeciwko Dyrektywie o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym grożącej wprowadzeniem cenzury.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Pixabay.com)
Dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym podzieliła społeczeństwo.

Dyrektywa a wolności obywatelskie

Większość polskich internautów podchodzi nieufnie do zapisów nowej Dyrektywy. Z sondażu przeprowadzonego w marcu przez ośrodek ARC Rynek i Opinia dla Związku Cyfrowa Polska oraz Fundacji Centrum Cyfrowe wynika, że użytkownicy sieci obawiają się o ograniczenie swoich praw i swobód.

Aż 86 proc. badanych jest zdania, że Parlament Europejski powinien uwzględnić ochronę praw osób korzystających z Internetu. Trzy czwarte respondentów uważa, że nowe przepisy – jak ten dotyczący obowiązku filtrowania treści – może zagrażać wolności słowa w sieci. A 79 proc. uczestników ankiety obawia się ograniczenia swobodnego dostępu do treści publikowanych w sieci.

– Ponad 70 proc. pytanych uważa, że Dyrektywa nie była dostatecznie konsultowana społecznie. Prace trwały nad nią trzy lata i dużo o tej Dyrektywie dyskutowano, ale ludzie czują, że ich głos nie został uwzględniony. Prawie taki sam odsetek Polaków jest zdania, że serwisy internetowe powinny płacić twórcom, ale jeszcze większa cześć respondentów twierdzi, że wspomniane serwisy powinny uwzględniać prawa użytkowników sieci wolność słowa w Internecie – mówi Alek Tarkowski z Centrum Cyfrowego.

– Polacy faktycznie mają poczucie, że przepisy, które będą w praktyce wpływały na ich aktywność i działalność w internecie, nie zostały w sposób należyty z nimi skonsultowane. Regulacje prawa autorskiego w świecie cyfrowym są konieczne i wszyscy się z tym zgadzają. Ale nie w sposób, który jest na stole w Parlamencie Europejskim – komentuje prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

Groźba "podatku od linków"

Dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym podzieliła społeczeństwo. Twórcy domagają się restrykcyjnego poszanowania ich własności intelektualnej. Użytkownicy nie chcą mieć ograniczonego dostępu do filmów czy muzyki, które są obwarowane prawami autorskimi.

A pośrednicy w kontakcie użytkownika internetu z twórcą boją się regulacji prawnych, które nałożą na korzystanie z zasobów publikowanych w sieci surowe obostrzenia.

Kontrowersję budzą zwłaszcza dwa artykuły procedowanej Dyrektywy. Artykuł 11, zwany potocznie „podatkiem od linków” mówi, że aby udostępniać treści na popularnych serwisach w internecie – takie jak filmy wideo, utwory muzyczne, dzieła sztuki czy informacje prasowe – trzeba najpierw uzyskać zgodę właściciela takiego serwisu, a przede wszystkim – twórców.

Artykuł 13 idzie jeszcze dalej, bo zakłada konieczność filtrowania treści przez właścicieli portali – np. przez Facebooka – pod kątem prawa autorskiego i usuwania ich, jeśli naruszają prawa autorskie.

W lutym kraje członkowskie UE Niemcy i Francja miały wypracować rozsądny kompromis ograniczający zakres stosowania art. 13. Z obowiązku filtrowania zostałyby jednak zwolnione jedynie te platformy, które działają krócej niż 3 lata, o ile ich obroty są niższe niż 10 mln euro, a miesięczna liczba użytkowników nie przekracza 5 mln. Po 3 latach każda usługa, bez względu na rozmiar, podlegałaby wszystkim obowiązkom.

Jeśli te przepisy wejdą w życie, uderzą z jednej strony w interesy takich potentatów jak YouTube, Facebook, Google czy Amazon, a z drugiej w dostępność usług dla użytkowników.

Co to w praktyce może oznaczać? Zablokowanie przez wspomniane serwisy dostępu do filmów, teledysków, coverów, memów, mash-upów i wielu innych materiałów, które dziś można bez przeszkód rozpowszechniać w internecie.

– Chodzi o to, aby doprecyzować pewne kwestie. Mówienie o tym, że płacilibyśmy jakiś podatek od linków, to nie jest prawda, ale to musi być doprecyzowane. Trzeba doprecyzować, za co będzie się płacić, o jakie prawa autorskie i prawa pochodne chodzi. Najwięcej kontrowersji budzi filtrowanie treści w Internecie. Nie może ono stać na przeszkodzie publikacji naszych własnych treści – uważa europoseł PiS Kosma Złotowski.

Zagrożona demokracja

Zdaniem wiceministra kultury i dziedzictwa narodowego Pawła Lewandowskiego, niektóre zapisy w Dyrektywie powinny ulec zmianie. Ale poprawki wcale nie oznaczają, że prawo konsumentów będzie ponad prawem twórców.

– Ministerstwo stoi na stanowisku, że prawa twórców powinny być chronione, bo prawo autorskie jest jedynym gwarantem, że twórca może tworzyć i za swoją pracę otrzymywać wynagrodzenie. Rząd polski popiera wszelkie działania, które zmierzają do tego, żeby to prawo zagwarantować – zapewnia wiceminister Lewandowski.

Dodaje jednak, że zgoda na wprowadzenie art. 11 mogłaby zagrozić rozwojowi demokracji liberalnej, dla której najważniejszą zasadą jest wolność słowa i gwarancja zachowania tej wolności.

– Dlatego rząd polski nie może w żadnym wypadku poprzeć jakichkolwiek rozwiązań, które – pod przykrywką ochrony praw autorskich – mogłyby wprowadzić mechanizmy ograniczające wolność słowa. Ludzie porozumiewają się w internecie bezpośrednio, więc wprowadzając filtry czy dodatkowe regulacje prawne, swoboda przepływu informacji mogłyby zostać zakłócona – podsumowuje Lewandowski.

Nie ma zgody na cenzurę

W podobnym duchu wypowiadał się eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki. Pomysły filtrowania Internetu określa próbą wprowadzenia cenzury.

– Uważam, że regulacje tworzące rynek cyfrowy są potrzebne i idą z duchem czasu. Nie podoba mi się natomiast próba wzmocnienia kontroli aktywności internautów w sieci. To wstęp do cenzury, a ja walczyłem z cenzurą jako działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Rozumiem młodych ludzi, którzy demonstrowali na ulicach polskich miast przeciwko wprowadzeniu ACTA 2. Jesteśmy za tym, żeby internet był dla wszystkich, a nie dla wybranych. Wolność słowa, wolność informacji oraz prawo do prywatności to są rzeczy dla obywateli kluczowe – uważa europoseł Czarnecki

Kwestia wątpliwości do zapisów Dyrektywy łączy różne frakcje Parlamentu Europejskiego. przeciwko zapisom art. 13 jest eurodeupowany z listy Platformy Obywatelskiej Michał Boni.

– Ten artykuł wprowadziłby zasadę prewencyjnego sprawdzania i filtrowania wszystkich treści, które ukazują się w Internecie. A mówimy o milionach przekazów dziennie. Ludzie publikują w sieci własne audycje, komentarze, dzieła artystyczne. Jak w szybkim tempie, dostosowanym do dynamicznego świata internetu, sprawdzać, czy posiadają na to licencję? To oznaczałoby wstrzymywanie publikowania w internecie różnych treści – podkreśla Michał Boni.

W dodatku sparaliżowałoby sieć. Bo wstrzymanie publikacji, skutkowałoby wystąpieniem autorów treści na drogę odwoławczą, a jej kryteria nie są precyzyjnie sformułowane. Poza tym rozstrzygnięcie spornych treści wydłużałoby się w czasie, w efekcie czego twórcy byliby narażeni na straty ekonomiczne.

– To może zaszkodzić twórcom działających na małych platformach opensource’owych, ale też takim, którzy przygotowują swoje materiały wideo, nagrywają muzykę, robią reklamy. Jaki algorytm to sprawdzi, że ich działania są zgodne z wymaganymi licencjami? Dyrektywa jest potrzeba, dlatego jestem za tym, żebyśmy jako parlament raz jeszcze podjęli próbę głosowania nad przyjęciem poprawek i wyrzucenie art. 13 – kontynuuje Boni.

Chronić twórców, ale nie ograniczać dostępu do ich treści

Przeciwko rozwiązaniom ACTA 2 protestują też środowiska pozarządowe, konsumenckie, biznesowe, naukowe, start-upowe i akademickie. Napisały w tej sprawie list otwarty. Wśród sygnatariuszy są m.in. Związek Cyfrowa Polska, Krajowa Izba Gospodarcza, Parlament Studentów RP, Federacja Konsumentów, Startup Poland czy Związek Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan.

Grupy te zawiązały koalicję, która domaga się odrzucenia obecnego projektu Dyrektywy w głosowaniu na forum Parlamentu Europejskiego. Wątpliwości wywołuje treść art. 11 i 13.

Koalicja popierała propozycje polskiego rządu, zakładającą tzw. domniemane nabycie praw autorskich po stronie wydawców, co pozwoliłoby dalej korzystać internautom z zasobów danej domeny publicznej na zasadzie dozwolonego użytku.

Koalicja apeluje również do polskich eurodeputowanych, aby stanęli w obronie wolności słowa w internecie i równego dostępu do kultury, odrzucając Dyrektywę w obecnym kształcie.

„Uważamy, że prace powinny być kontynuowane przez Parlament i pozostałe instytucje UE w nowej kadencji. Powinno się to jednak odbywać z poszanowaniem stanowiska wszystkich zainteresowanych stron – tak, by bez zbędnego pośpiechu można było wypracować satysfakcjonujący wszystkich kompromis, zapewniający ochronę twórcom, bez jednoczesnego zniszczenia zasad, na których zbudowany jest inkluzywny i dynamiczny model internetu” – napisali w liście do europosłów członkowie koalicji.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
26-03-2019

Polak za KonfederacjaW jakich strukturach my żyjemy?! Cenzura w 21wieku o to niby w kolebce demokracji na świecie? Parodia i patologia. Jeśli tak ma nam się odbierać … Czytaj całość

26-03-2019

PolakCzyli skoro już ktoś kiedyś napisał "znaczy Kapitan to ja już nie mogę użyć takiego zwrotu. Tak samo nie mogę zacytować fragmenty żadnego wiersza itp. … Czytaj całość

26-03-2019

LudwiczekCywilizacja zmierza do paraboli. Od postępu technologicznego, kulturowego, itp. do regresu, cenzury, ogłupienia.

Rozwiń komentarze (57)