Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Brexodus przybiera na sile. Poznaj historie Polaków, którzy opuścili Wyspy

Brexodus przybiera na sile. Poznaj historie Polaków, którzy opuścili Wyspy

Po polskich specjalnościach Brytyjczykom mogą zostać tylko wspomnienia. Fot. East News
Po polskich specjalnościach Brytyjczykom mogą zostać tylko wspomnienia.

Ksenofobia, widmo Brexitu, słaby funt, rosnące ceny mieszkań i żywności przeganiają Polaków ze Zjednoczonego Królestwa. - Sytuacja bardzo się pogorszyła. Na polskie warunki ciągle zarabialiśmy świetnie, ale w drogim Londynie to już było mało - mówi money.pl Anna, która wróciła do Polski po 15 latach na Wyspach.

- Wyjechałem, bo ceny wynajmu wystrzeliły w kosmos. Po kampanii związanej z Brexitem trudniej też być Polakiem na Wyspach. Coraz bardziej we znaki daje się kryzys transportu publicznego i mocno pogarszający się dostęp do służby zdrowia. Tu już nie chodzi o drogich dentystów, ale o podstawową pomoc medyczną - mówi money.pl Bartek, który po 7 latach na Wyspach przeprowadził się do Czech.

Jak podkreśla nasz rozmówca, teraz zbiedniał, ale tylko teoretycznie. Mniej zarabia, ale też w Czechach jest taniej, a i jakość życia lepsza.

Brexit i imigranci. Budżet UE po 2020 mniejszy o min. 10 procent


- Obecnie wynajmuję tu tylko pokój, bo czekam na żonę. Płacę 6 tys. koron (1 tys. zł - red.) za 20 metrów kwadratowych, a do pracy mam 25 minut na piechotę. W Bournemouth wynajmowałem mieszkanie 29-metrowe, za które płaciłem 800 funtów (blisko 4 tys. zł), a do pracy dojeżdżałem daleko. Ponadto w Czechach służba zdrowia jest fantastyczna, jedzenie zdrowsze, przez co schudłem, czysto, więcej słońca - zachwala Bartek, który jako katowiczanin cieszy się też z bliskości do domu. Z Brna jedzie do rodziny w 3,5 godziny.

Jak już pisaliśmy w money.pl, według doniesień ”The Times", po raz pierwszy od 2010 r. spadła łączna liczba obcokrajowców zatrudnionych w Wielkiej Brytanii. Głównym motorem zmiany byli pracownicy z Polski i siedmiu innych krajów Europy Wschodniej, które do wspólnoty dołączyły w 2004 r.

Nie tylko Polacy

Zgodnie z przewidywaniami wyjście Brytyjczyków ze Wspólnoty okazuje się sporym ciężarem dla tamtejszego biznesu i gospodarki, w której zaczyna brakować rąk do pracy. Efekt ten pojawił się jednak dużo szybciej, niż można się było spodziewać.

Liczba pracowników z Polski, Czech, Estonii, Słowacji, Słowenii, Węgier, Litwy i Łotwy spadła w ciągu roku o 91 tys. Wyrwy na rynku pracy nie zrekompensował nawet wzrost - o 60 tys. - zatrudnionych pochodzących z Rumunii i Bułgarii.

Łączna liczba obywateli unijnych zatrudnionych w Zjednoczonym Królestwie w okresie od stycznia do marca tego roku wyniosła 2 mln 29 tys. osób i była o prawie 30 tys. niższa niż przed rokiem. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego Polacy wyjeżdżają z Wysp? W cytowanym wyżej "The Times" Matylda Setlek, szefowej agencji marketingowej All 4 Comms, przekonuje, że z powodów czysto finansowych.

Po prostu obecnie oferowane Polakom stanowiska i pensje są mniej atrakcyjne niż wtedy, gdy przybywali kilka, kilkanaście lat temu do Zjednoczonego Królestwa. Nie jest to jednak cała prawda o Brexodusie.

- Osobiście tego nie doświadczyłem, ale stosunek do ludzi z Europy Wschodniej bardzo, ale to bardzo się pogorszył. Spotyka to też miejscowych z mieszanych małżeństw. Pracowałem z Anglikiem, który ma czeską żonę, i kilka razy na ulicy usłyszeli, że mają do dzieci mówić tylko po angielsku, bo są przecież w UK. Usłyszeli też, że mają wyp... do Polski - opowiada Bartek.

"Jak Polka - to pewnie coś zachachmęci"

Jak opowiada Anna, choć i ona nie została nigdy bezpośrednio zaatakowana czy obrażona, ciągle czuła, że Polacy nie są na Wyspach mile widziani. - Koleżanka, również Polka, zbierała w komitecie klasowym pieniądze na prezent dla wychowawczyni. Usłyszała od kilku osób, że nie będą dawać Polce swoich pieniędzy, bo nie można nam ufać, bo możemy coś zachachmęcić – relacjonuje nasza rozmówczyni.

Jak podkreśla Bartek, te spotkania z ksenofobami dodatkowo wzmacniała przez ostatnie miesiące narracja pojawiająca się w miejscowych tabloidach i poważniejszych tytułach. Przekaz był jasny: - Brexit nas ratuje, bo hołota z Europy Wschodniej zabiera Brytyjczykom świadczenia socjalne – dodaje nasz rozmówca.

Jest to oczywista nieprawda, bo jak już pisaliśmy w money.pl, Polacy jadą na Wyspy do pracy, a nie po zasiłki. By oddać sprawiedliwość tamtejszym tytułom prasowym, warto zauważyć, że pojawiły się też publikacje uświadamiające wyspiarzom, jak istotny jest polski udział w tworzeniu brytyjskiego PKB.

Publicysta Ed West z "The Spectator" pisał nawet, że nagłe zniknięcie pracowników z kraju nad Wisłą mogłoby rozłożyć na łopatki brytyjską gospodarkę. West przekonywał też, że z racjonalnego punktu widzenia nie ma żadnych powodów do oburzania się na polską obecność w Wielkiej Brytanii. Szczególnie, że wiele sektorów gospodarki jest wręcz uzależnionych od przybyszów z Europy Wschodniej. Teraz widać wyraźnie, jak bardzo prorocze były słowa publicysty.

Statystyki pokazują też, że to nie my jesteśmy największymi beneficjentami zasiłków. Szczegółowe badania wykazały, że imigranci z państw UE więcej dokładają do wspólnej kasy w podatkach, niż biorą z niej w otrzymywanych świadczeniach. Raport Office For National Staistics pokazał też, że to miliony Brytyjczyków otrzymują benefity większe niż to, co wpłacają w podatkach do własnego budżetu.

Fakty sobie, a ulica sobie

Co więcej, okazało się wtedy, że to nie imigracja jest problemem dla tamtejszego systemu opieki społecznej. Bo to odsetek brytyjskich rodzin korzystających ze wsparcia innych podatników wzrósł od 1997 r. z 45 proc. do 51 proc., które mamy obecnie.

Z raportu Janusza Kobeszko z Instytutu Sobieskiego, opisującego korzyści dla brytyjskiej gospodarki wynikające z pracy naszych rodaków, wynika, że tylko w latach 2014-2020 ten wkład będzie na poziomie ponad 48,5 mld funtów.

Fakty te były i są publikowane i szeroko komentowane, ale nie zawsze wpływa to na zmianę opinii brytyjskiej ulicy. Według Gosi - od 18 lat mieszka w Londynie - rzeczywiście atmosfera wokół imigrantów w ostatnich latach bardzo się pogorszyła. Jednak ostatnio zauważa, że coraz częściej pojawiają się publikację pokazujące, że cała kampania antyimigracyjna przyniosła więcej szkody niż pożytku.

- Coraz częściej pisze się o tym, że Zjednoczone Królestwo jednak potrzebuje tych ludzi. W ślad za tymi coraz liczniejszymi głosami swoiste przyzwolenie na rasistowskie zachowania się skończyło. W rozmowach z Anglikami i w prasie coraz częściej słyszę i widzę krytykę nieprzemyślanej polityki deportacyjnej - mówi money.pl Gosia, która mimo zawirowań związanych z Brexitem, nie ma zamiaru opuścić swojej drugiej ojczyzny.

Jak przekonuje, wyraźnie widać teraz, że Brytyjczycy nagle się ocknęli. Zrozumieli, dokąd ich doprowadziła niebezpieczna gra na ksenofobicznych emocjach. - Wstrząsające historie o przypadkach deportacji rozdzielających rodziny obywateli Australii czy Kanady od lat mieszkających na Wyspach pokazały wyspiarzom, że te nowe procedury krzywdzą ludzi. Co może najistotniejsze, nie dotyczą tylko emigrantów z Afryki czy Europy Wschodniej - mówi Gosia.

Przywieźli na statkach i... zapomnieli

Jedna z głośniejszych afer na Wyspach związana z nową polityką imigracyjną dotyczy mieszkańców Karaibów i pokazuje, jak dziurawy jest tamtejszy system za to odpowiedzialny. W połowie kwietnia brytyjska minister spraw wewnętrznych Amber Rudd złożyła nawet w tej sprawie publiczne przeprosiny.

Ofiarami tej smutnej historii są tysiące brytyjskich rezydentów, którzy zostali na Wyspy przywiezieni z Karaibów. Mimo że niektórzy mieszkają w Wielkiej Brytanii od końca lat 40. mogą być teraz deportowani. Zawiniło brytyjskie MSW, które zażądało od nich przedstawienia dokumentów potwierdzających ich prawo do rezydencji.

Rzecz jednak w tym, że to obywatele dawnej brytyjskiej kolonii i mieli prawo pobytu w Wielkiej Brytanii nawet bez paszportu. W 1971 otrzymali bezterminowe prawo rezydencji. Tak zwane pokolenie Windrush (statek Empire Windrush przywiózł pierwszych imigrantów z Karaibów) to blisko pół miliona osób, które po drugiej wojnie światowej przypłynęły do Wielkiej Brytanii, by uzupełnić powojenne braki na rynku pracy.

Kto je teraz zapełni? Na pewno już nie rodzina Anny. - O wyprowadzce zadecydował impuls, ale też silne poczucie, że nie jesteśmy u siebie. Pracowałam jako wychowawca w przedszkolu i dowiedziałam się, że jeden z rodziców nie życzył sobie, żeby "ta Polka" zajmowała się jego dzieckiem. To nie było do mnie powiedziane wprost, ale i tak było bardzo przykre - mówi Anna.

Czechy super, a co z tą Polską?

Na decyzje Anny wpłynęły również pogarszające się warunki materialne. Choć jej mąż świetnie zarabiał jako inspektor do spraw bezpieczeństwa i jej pensja też była dobra, rosnące ceny w Londynie sprawiły, że żyło im się coraz ciężej. Całej rodzinie nie odpowiadało też tempo życia w zatłoczonym mieście. Szukali w Polsce spokoju i lepszego jakościowo życia.

- Wróciliśmy, ale okazało się, że się pomyliliśmy. Dzieciaki (7 i 12 lat) dość szybko się zaaklimatyzowały, zachwyciły luzem w polskiej szkole, gdzie można biegać i się wygłupiać. Potem jednak dość szybko zrozumiały, że materiału do nauki i testów jest więcej, więc entuzjazm opadł. Z kolei nasze przekonanie o tym, że ludzie mają tutaj więcej czasu dla siebie od razu okazało się całkowicie błędne. Wydaje mi się, że wyścig szczurów w Polsce jest teraz nawet bardziej brutalny niż na Wyspach - mówi Anna, która uczy teraz angielskiego, a mąż nadal pracuje w brytyjskiej firmie, ale większość obowiązków wykonuje zdalnie.

Jedynie raz na dwa tygodnie musi odwiedzać centralę. - Opierając się na polskich zarobkach, nigdy bym się nie zdecydowała na powrót. Choć nieruchomości są dużo tańsze, to jednak codzienne życie wydaje mi się w Polsce droższe niż na Wyspach – dodaje Anna.

Jak z perspektywy czasu nasi rozmówcy oceniają swoją decyzję? Jak im się podoba w nowych miejscach? - Bardzo dobrze. Czesi są milsi i bardziej przyjaźnie nastawieni niż Brytyjczycy. Trochę się oczywiście nabijają z naszej religijności. Niekiedy można też odczuć, że uważają nas za prostaków, ale nie ma niechęci - mówi Bartek.

- Trochę jednak jesteśmy rozczarowani. Niestety okazało się raz jeszcze, że jako naród jesteśmy bardzo zawistni. Brakuje mi też takiej zwykłej ludzkiej uprzejmości na co dzień, różnorodności i tolerancji dla tej różnorodności. Nie chodzi mi tylko o kolor skóry czy religię, ale też o poglądy i pomysły na życie. Brakuje mi również otwartości, skłonności do integrowania się wokół szkoły, osiedla czy miejscowości. Jakoś mam poczucie, że jak proponuję takie aktywności to w głowie moich obecnych sąsiadów pojawia się myśl: baba nie ma co robić i wymyśla - podsumowuje Anna.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

emigracja, polacy na wyspach, brexit, brexodus
Czytaj także
Polecane galerie
prosie
2018-08-11 06:46
zosztawcie tych smirdzaczych angoli zobaczymy jak sobie poradza beztaniej sily roboczej
Wiem Wszystko
2018-05-29 11:30
Wiem Wszystko 2018-05-28 15:43
W Londynie śrenia cena za mieszkanie to prawie 500 tys funtów.
Kogo na to stać?

Nawet jak jesteś jakimś konsultantem i kasujesz 400 stówy dziennie to na sam wkład włąsny (10%) będziesz odkładał minumum 1.5 roku żęby to miało sens.

Tylko powiedzcie mi który rodak zarabia pod 100k rocznie?

Obstawiam że ze 100 Polaków w tym Londynie.
VIP
2018-05-29 07:07
W końcu czytając ten artykuł nie wiem czy z Londynu wrócili do Polski czy do Czech .
Pokaż wszystkie komentarze (477)