Notowania

"Bycie arystokratą zobowiązuje do bycia lepszym człowiekiem". Potomkowie wielkich rodów to nie tylko Czartoryscy

Suną przez salę tanecznym krokiem. Oni we frakach, one w białych sukniach. Choć zdążyli się dobrze poznać, na parkiecie zachowują pewien dystans. Patrzą na siebie z chłodem. Ktoś powie - z wyniosłością charakterystyczną dla ich klasy.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Wojtek DRUSZCZ)
Tak prezentowali się debiutanci w 2010 r. Bal odbył się w Zamku Królewskim

Tak się bawi polska artystokracja. To nie żadna studniówka w snobistycznym liceum, ale Bal Debiutantów. Przeznaczony dla potomków arystokratów, polityków i biznesmenów. W teorii zaproszenie otrzymać mogą również dzieci naukowców czy ludzi kultury (bądź młodzi ludzie, którzy sami zdążyli odnieść sukcesy na którymś z tych pól), ale w praktyce bal przeznaczony jest dla latorośli z rodzin arystokratycznych i ziemiańskich. W ramach "mieszania uczestników" zaprasza się dzieci bogatszych Polaków.

O tym, komu wysłać zaproszenie (bo nie można go kupić), decyduje zawsze "ciocia Jola" - bo tak właśnie debiutanci nazywają hrabinę Jolantę Mycielską, pomysłodawczynię balu. Czym się przy wyborze kieruje, tego nie wie nikt.

- Udział w balu stanowi podtrzymanie wartości i tradycji, które są ważne dla mojej rodziny - mówi uczestniczka jednej z poprzednich edycji. Nie chce występować pod nazwiskiem. Nie dlatego, że się wstydzi. Ma już dość ironicznych spojrzeń ludzi "spoza kręgu", którzy traktują debiutantów jak przebierańców z latynoskiej telenoweli.

Kolejne dwie uczestniczki (choć akurat nie wywodzące się z arystokracji) w ogóle odmówiły podzielenia się wspomnieniami z balu. "Kiedyś już udzieliłam wywiadu na ten temat. Moje wypowiedzi zostały przekształcone i wykorzystane do niecnych celów" - napisała money.pl jedna z nich.

- Pewnie, że jest to trochę przerysowane, ale przecież na co dzień nie chodzę przepasana szarfą i nie dygam na widok młodzieńca z sąsiedniego dworu. Uczę się w liceum, za rok zamieszkam w akademiku. Takim zwykłym, a nie przeznaczonym dla wyższych sfer w Wielkiej Brytanii. Skoro pojawiła się możliwość uczestniczenia w balu, to dlaczego mam rezygnować? Powinnam się obruszać, że lista gości jest konstruowana według określonego klucza? - wyjaśnia inna rozmówczyni.

Zofia Ślotała (herbu Nałęcz) nie traktuje Balu Debiutantów jako "imprezy dla uprzywilejowanych", bo połowę zaproszonych stanowiły osoby, które nie mają żadnych tradycji arystokratycznych. - Najważniejszy był nie sam bal, ale poprzedzający go dwutygodniowy intensywny kurs, w czasie którego uczyliśmy się tańczyć. Gdzie indziej mogłabym nauczyć się mazurka? Mieliśmy zajęcia ze znajomości wina i inne. Wiele zawartych wtedy znajomości trwa do dzisiaj i to jest największa wartością debiutowania - wyjaśnia Ślotała.

- Młodzi są non stop razem przez dwa tygodnie. Nie tylko wspólnie ćwiczą po kilka godzin dziennie walca, polkę czy poloneza, ale także poznają się. Ci z Warszawy przyjmują do domów przyjezdnych. Nawiązują się przyjaźnie, które będą pewnie kontynuowane. I o to też chodzi. Nie zdarzyło się, żebym komuś podziękowała w ciągu dwóch tygodni poprzedzających bal - opowiadała w "Rzeczpospolitej" hrabina Jolanta Mycielska. - Chciałam zachęcić młodych, żeby przy okazji wydarzenia, jakim jest bal, uświadomili sobie, jak ważne są wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie. Żeby je podtrzymywali - przekonywała.

Wyplenić pamięć o arystokracji

Moje rozmówczynie na co dzień w żaden sposób nie odczuwają, że płynie w nich ta sama krew co w żyłach zasłużonych dla Polski przodków. Zresztą jeśli nie jest się Czartoryskim, Lubomirskim czy Zamoyskim, trudno o tym pamiętać. Mało którzy szlachcice czy arystokraci mieszkają w rodzinnej rezydencji. Swoje dwory utracili po 1945 r. Pozbawieni zostali całego majątku. Ten ruchomy, jeśli nie spłonął, to został zagrabiony, a nieruchomości przeszły na własność skarbu państwa. Po marmurowych posadzkach chodzili uczniowie lokalnych szkół, a w zabudowaniach gospodarczych mieściły się stajnie PGR-ów. Po 1990 r. pojedynczym potomkom udało się odzyskać niektóre dwory, ale musieli wyłożyć na nie ogromne pieniądze. Po dawnej świetności nie został ślad, więc remont pochłania co najmniej drugie tyle.

Ci, których rodziny wywodzą się z Kresów, w ogóle nie musieli się zastanawiać, czy walczyć o rodzinny majątek, bo ten pozostał hen za polskimi granicami.

O powrocie do korzeni nie ma mowy, ale przynajmniej mogą od czasu do czasu pojechać w drogie sercu strony i powyobrażać sobie ich dawną świetność. Ich dziadkowie takiej możliwości nie mieli, bo wyrzucając ich z majątków, ówczesne władze zabroniły zbliżania się do nich na odległość mniejszą niż 50 km.

- Po latach pojechałam do dawnego rodzinnego majątku, który znajduje się na Suwalszczyźnie. Ludzie nas pamiętali i ciepło przyjęli. Nie myśleli o mojej rodzinie jako o krwiożerczych obszarnikach, chowali ciepłe wspomnienia - tym bardziej, że po naszym odejściu znaleźli się w PGR-ze i wcale nie było im lepiej - opowiada Anna Borewicz-Khorshed, członek zarządu Związku Szlachty Polskiej.

W okresie PRL-u zrobiono wiele, by zohydzić Polakom arystokrację i szlachtę (dla porządku: nie są to synonimy, ale popularnie przyjęło się traktować ich w tych samych kategoriach). Zresztą retoryka ówczesnych władz żadnej różnicy nie widziała: o jednych i drugich mówiono jako o pasożytach, klasie próżniaczej, wyzyskiwaczach. Pozbawienie ich majątków było, w przekonaniu oficjeli, karą niewystarczającą: trzeba było zniszczyć nawet barwną historię rodów możnowładczych, umniejszyć ich wkład w rozwój Polski, akcentować pańszczyznę i ciemiężenie chłopów.

Władza okazała się jednak mieć wybiórczą pamięć, bo w miarę bogacenia się przejmowała różne zwyczaje szlacheckie: popularne były sygnety, reprezentacyjne polowania, ozdabianie pomieszczeń porożem jelenim.

Historie plotką pisane

Anna Borewicz-Khorshed również widzi, że społeczny odbiór arystokracji i szlachty nie jest najlepszy. Wiedzę o tych grupach ludzie czerpią przede wszystkim z serwisów plotkarskich, które pokazują bogactwo i snobizm.

Gdyby wiedzę opierać tylko na plotkach, to czego w ostatnich miesiącach możemy się dowiedzieć o "dobrze urodzonych"? Że są kłótliwi i pazerni na pieniądze – to pobrzmiewało w relacjach dotyczących sporu w łonie rodziny Czartoryskich. Przypomnijmy, że Tamara Czartoryska, córka księcia Adama Karola Czartoryskiego, oskarża ojca o wyprowadzenie z Polski pieniędzy, które Fundacja XX. Czartoryskich otrzymała za sprzedaż kolekcji gromadzonej przez przedstawicieli tego arystokratycznego rodu.

Albo że starają się zawierać małżeństwa we własnym gronie, by unikać mieszania krwi - gleby pod takie rozważania dostarczył ślub Anny Czartoryskiej z Michałem Niemczyckim.

Impulsem do kolejnych dywagacji na temat arystokracji z pewnością będzie planowany na 2019 r. ślub Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego (byłego męża Dominiki Kulczyk) z Heleną Mańkowską - prawnuczką hrabiego Adama Stadnickiego. Biorąc pod uwagę, że narzeczeni są ze sobą spokrewnieni, plotkom może nie być końca.

Małżeństwa we własnym gronie to jednak wyjątki (choć medialnie eksponowane). Skoro od kilkudziesięciu lat małżeństwa potomków monarchów z "szeregowymi" wybrankami nie budzą już zgorszenia, to tym bardziej nie ma powodu, by dzieci arystokratów szukały wybranków w wąskim gronie.

Swego czasu funkcję matrymonialną pełniły bale. Organizowali je rodzice panien na wydaniu – im więcej lat miała niezamężna dziewczyna i im szybciej zbliżała się do niebezpiecznego momentu, w którym zaczynało się staropanieństwa, tym przyjęć zapoznawczych było więcej.

Młodzi mogli poszerzyć grono znajomych i spotkać dobrze sytuowanego partnera, a ich rodzice zyskiwali okazję, by "bywać w towarzystwie". Dziś w dalszym ciągu mogą uczestniczyć w Balu (po uiszczeniu opłaty za siebie i dzieci). Każda kolejna edycja (bale odbywają się co dwa lata) gromadzi nawet po 800 osób – przy czym ledwie około 80 z nich debiutanci, a zyski przeznaczane są na cele charytatywne.

Rzecz jasna, nikt nie idzie dziś na Bal, by znaleźć męża (przekonanie, że "jeśli nie tu i teraz, to kiedy?" jest już zdecydowanie nieaktualne). Poza wspomnianą przez moją rozmówczynię chęcią, by choć raz w życiu poczuć się jak własna prababcia sto lat temu, jest pragnienie poznania nowych ludzi (i zadebiutowania w środowisku, bo nazwa wydarzenia nie jest przypadkowa) oraz jedyna w swoim rodzaju lekcja manier i tego, jak "bywać" zgodnie z zasadami.

To, co zostało

I nie jest to pusta deklaracja, bo skoro po wojnie arystokracja i szlachta utraciła praktycznie stary majątek, to pamięć o historii i pewne wartości są jedynym, co im tak naprawdę pozostało. Tyle i aż tyle. - Przywiązanie do cnót i zasad – odpowiada Anna Borewicz-Khorshed na pytanie, co to znaczy być szlachtą w XXI wieku.

Od razu wyjaśnia, że przełożenie tych haseł na życie codzienne jest trudne, bo przecież potomkowie nawet największych rodów prowadza życie często nie różniące się od życia "zwykłych śmiertelników", a do tego środowisko jest zróżnicowane.

Borewicz-Khorsed nie przypomina sobie, by jej rodzina w jakiś szczególny sposób chroniła pamięć o przodkach albo celebrowała święta lub ważne rocznice inaczej niż robiły to rodziny jej rówieśników. Zofia Ślotała również przez dłuższą chwilę musiała się zastanowić, czy w jej domu w jakiś wyjątkowy sposób upamiętniano rodzinne tradycje. Nic takiego nie miało miejsca, a ona sama posiada tylko jedną rodową pamiątkę: sygnet po babci, który zakłada na szczególne okazje. W jej rodzinie nigdy też nie wracał temat zagrabionego majątku. Ot, normalne życie.

Po co nam dzisiaj arystokraci?

- Szlachta sama wysoko stawia sobie poprzeczkę. Chcemy dorównać wzorom stworzonym przez naszych przodków. Stąd bardzo często zajmujemy się działalnością charytatywną. Powszechnie znana jest Fundacja XX. Czartoryskich, która przez lata gromadziła cenne obiekty historyczne, ale my w Związku Szlachty Polskiej również działamy bez wynagrodzenia – dodaje.

Przywołuje przykład Marcina Zamoyskiego, który przez 14 lat był prezydentem miasta, które w XVI w. założył jego wielki przodek.

On sam twierdzi, że nie planował zajmować się polityką – myśl ta wydawała mu się absurdalna tym bardziej, że z zawodu jest operatorem filmowym. Na początku lat 90. („kiedy Ojczyzna i Zamość chciały zawezwać do siebie” – opowiadał w jednym z wywiadów) grupa radnych zaproponowała start w wyborach jego ojcu. Ten był jednak w podeszłym wieku, więc propozycja została skierowana do urodzonego w 1947 r. Marcina. Dał się przekonać do trzykrotnego startu – najpierw w 1990 r., a następnie, po przerwie, w 2002 r.

Wielu arystokratów ma w CV karierę w dyplomacji. Ta ścieżka kariery ma zresztą długą tradycję. Poszedł nią m.in. Stanisław Czartoryski, który był ambasadorem w Norwegii i Islandii.

A jeśli nie, literacko to ujmując, służba państwu, to co? Moje rozmówczynie nie mają wątpliwości, że potomkowie wielkich rodów powinni po prostu żyć uczciwie, pracować, chronić tradycje, ale nie wywyższać się przy tym i nie uzurpować sobie wyższości ponad innymi. Zofia Ślotała jest przekonana, że "arystokracja zobowiązuje do bycia lepszym człowiekiem". I to niezależnie od tego, jak w dzisiejszej Polsce postrzega się arystokratów.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Tagi: polska arystokracja, czartoryscy, wiadomości, gospodarka, gospodarka polska
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
11-11-2018

Nalewekniezapomnijmy ze geneza rozbiorow to wlasnie opor szlachty do jakichkolwiek reform szlachta i rozbior Polski ot ws umie w jednej linijce powinno … Czytaj całość

11-11-2018

RealLifeByła szlachta, byli ziemianie (którzy często "kupowali" tytuły szlacheckie) i byli żydzi. Ostatnich w Polsce załatwił Hitler, szlachtę zmęczył Stalin … Czytaj całość

11-11-2018

paszły won arystobłaznyrynsztokowa arystokracja z bandytami z SB za kasę się pożeniła i za mąż powychodziła

Rozwiń komentarze (653)