Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Fermy futerkowe do likwidacji? To praca dla tysięcy osób w całej Polsce

Fermy futerkowe do likwidacji? To praca dla tysięcy osób w całej Polsce

Fot. pixabay
W wielu regionach Polski fermy futerkowe to fundamentalna działalność. Szczególnie na Pomorzu Zachodnim. W tamtych rejonach nie ma takiego wyboru ofert pracy, jak w Warszawie, czy innych dużych miastach – mówi dr Marian Szołucha, dyrektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula. Co więc będzie, gdy fermy znikną?

Dziś działalność fermy zwierząt futerkowych stoi pod znakiem zapytania. W Sejmie trwają prace nad nowelizacją ustawy o ochronie zwierząt. Wśród propozycji, jakie się pojawiły, jest zakaz hodowli zwierząt futerkowych w Polsce.

Ten projekt to efekt działalności ekologów, którzy zarzucają hodowcom m.in. niehumanitarne traktowanie zwierząt. Przekonują także, że hodowla zwierząt futerkowych zagraża ekosystemowi z uwagi na uciekające z gospodarstw norki, które sieją spustoszenie w ekosystemie.

Zarzutów jest bardzo dużo, jednak żadne z nich – jak podkreślają eksperci – nie są poparte badaniami naukowymi i nie uwzględniają podstawowych informacji.

Szansa dla biednych regionów

Branża futerkowa bardzo mocno zadomowiła się na polskim rynku. Daje zatrudnienie ponad 13 tys. osób pracujących bezpośrednio przy hodowli zwierząt oraz kolejnym 50 tys. osób w branżach kooperujących – jak na przykład w firmach zajmujących się obróbką surowych skór, produkujących specjalistyczny sprzęt do hodowli, budowlanych, stolarskich, zakładach kuśnierskich, tartakach, ubojniach bydła, świń, drobiu, przetwórniach rybnych, mleczarskich. Z tych ostatnich pozyskuje się uboczne produkty pochodzenia zwierzęcego. Dane pochodzą z badania INSTIGOS z sierpnia ubiegłego roku.

- Jesteśmy krajem na dorobku. Mamy bezrobocie strukturalne i potrzeby, które zgłaszają przedsiębiorcy. Polska to kraj, który boryka się z niską rentownością lub nawet nierentownością wielu branż. Jesteśmy krajem, który z budżetu dofinansowuje szereg gałęzi gospodarki, a chcemy zniszczyć tę, która cieszy się wysoką rentownością i nie wymaga dopłat. Trudno to zrozumieć – mówi dr Marian Szołucha z Akademii Finansów i Biznesu Vistula. - W wielu regionach fermy futerkowe to fundamentalna działalność. Szczególnie na Zachodnim Pomorzu. Gdy pracownicy dawnych PGR-ów złapali oddech po transformacji, znów chce im się zabrać stabilizację. W tamtych rejonach nie ma takiego wyboru ofert pracy, jak w Warszawie czy innych dużych miastach. Ledwo te miejscowości, gminy i powiaty stanęły na nogi, już szykowany jest na nich zamach – podkreśla.

Ferma zamiast PGR-u

Fermy futerkowe, z uwagi na to, że są mało wymagające, mogą być zakładane tam, gdzie gleby są słabe, brak jest infrastruktury, a logistyka niekoniecznie musi być doskonała. Szacuje się, że obecnie w kraju jest ok. 1,2 tys. ferm, z czego 750 to fermy zwierząt mięsożernych – norek, lisów, jenotów.

Fermy przede wszystkim potrzebują paszy, słomy, odpadów mięsnych, ale także rąk do pracy. Korzystają też z usług okolicznych przedsiębiorców, szczególnie z branży stolarskiej, chemicznej czy farmaceutycznej.

Poza tym fermy pojawiły się tam, gdzie kilka dekad temu zlikwidowano PGR-y, kółka rolnicze czy zakłady mechanizacji rolnictwa. Można śmiało stwierdzić, że przedsiębiorcy z pomysłami i zacięciem do inwestowania zmienili ekosystem gospodarczy biedniejszych regionów Polski.

Potwierdza to między innymi opracowanie z 2014 roku zatytułowane "Wpływ ekonomiczny branży hodowli zwierząt futerkowych na gospodarkę Polski" przygotowane przez PwC.

Według danych największy odsetek zakupów dokonywanych przez branżę trafia do województwa wielkopolskiego (32 proc. całości) oraz zachodniopomorskiego (21 proc. całości). To nie koniec. Wartość dodana wygenerowana przez hodowców w woj. wielkopolskim wynosi ok. 400 mln zł, a w zachodniopomorskim 270 mln zł.

Praca dla osób o niskich kwalifikacjach

- Hodowla zwierząt futerkowych ma w Polsce długoletnią tradycję oraz duże znaczenie gospodarcze – podkreśla prof. dr hab. Marian Brzozowski z Wydziału Nauk o Zwierzętach, Katedra Szczegółowej Hodowli Zwierząt. - Pierwszy związek hodowców powstał w 1928 roku. To znaczy, że ta gałąź gospodarki rozwijała się już wcześniej. Pierwsze polskie skóry trafiły do Domu Aukcyjnego w Wilnie. Hodowaliśmy lisy, norki, nutrie. Po wojnie jenoty i szynszyle. W międzyczasie jeszcze szopy pracze czy piżmaki. Dziś zostały tylko te zwierzęta, które najlepiej nadają się do hodowli – wylicza profesor.

Hodowla stanowi z jednej strony znaczące źródło dochodów budżetowych państwa, z drugiej jest źródłem utrzymania rodzin prowadzących tę działalność a także okolicznych mieszkańców.

Na fermach mogą pracować osoby o niskich kwalifikacjach zawodowych. I dzięki temu branża jest antidotum na bezrobocie strukturalne. Często fermy zatrudniają także sezonowo – szczególnie w okresach rozrodu zwierząt, opieki nad przychówkiem czy w czasie obróbki skór. W tych okresach fermy zwiększają zatrudnienie niemal dwukrotnie.

Jak zaznacza Szczepan Wójcik, hodowca i prezes Instytutu Gospodarki Rolnej i Fundacji Wsparcia Rolnika Polska Ziemia, w samym tylko woj. zachodniopomorskim fermy zatrudniają 1215 osób, na Mazowszu 1072, w woj. pomorskim – 1001. Do tego należy doliczyć osoby współpracujące z branżą w ramach kooperacji. Jest ich 5 razy więcej w przypadku każdego z wymienionych regionów.

Idea czy ekonomia?

Miłośnicy zwierząt przekonują, że zakaz hodowli zbliży nas do krajów proekologicznych, gdzie obowiązują już zakazy hodowli zwierząt futerkowych.

- Co prawda całkowite zakazy wprowadzono w kilku krajach, ale nie wspomina się wcale, jak wyglądała tam ta gałąź gospodarki – przypomina Jacek Podgórski, Instytutu Gospodarki Rolnej.

W Holandii w momencie wprowadzenia zakazu funkcjonowało 185 gospodarstw, w Austrii 1 gospodarstwo, w Anglii 13 gospodarstw, które zresztą otrzymały rekompensatę od państwa. Dziś jednak Wielka Brytania jest liderem w handlu skórami.

- Chorwacja to kraj typowo turystyczny i tam nie ma potrzeby hodowania zwierząt futerkowych. Niemcy i Czechy sprzedawały rocznie ok. 20-30 tys. skór, to tyle co u nas jedno gospodarstwo. W tamtych krajach zakaz hodowli zwierząt futerkowych przyniósłby taki skutek, jakby w Polsce zabronić hodowli wielbłądów – mówi dyr. Podgórski.

Przypomina jednocześnie, że nie brakuje krajów, które postawiły na tę gałąź produkcji. Dania hoduje 20 mln zwierząt, mając 5 mln obywateli. Bez przeszkód taki chów można spotkać także w Finlandii, Norwegii, Islandii i Irlandii.

- Portugalia, Hiszpania i Grecja nawet dopłacają przedsiębiorcom 50 proc. kosztów w momencie, gdy ci zechcą zainwestować w hodowlę. W Estonii odrzucono natomiast projekt zakazu handlu zwierzętami futerkowymi – wylicza dyrektor.

Polska jest wśród światowych liderów tej branży i trudno pogodzić się z myślą, że wkrótce może z niej wypaść.

- Naiwnym jest także myślenie, że delegalizacja tej branży w naszym kraju jakkolwiek zachwieje światowym popytem na ten surowiec. Rynek nie znosi próżni, a są tacy, którzy powstałą lukę chętnie i sprawnie zapełnią. Tylko, że to my znowu stracimy – mówił w jednym z wywiadów dla money.pl Szczepan Wójcik, hodowca, prezesem Instytutu Gospodarki Rolnej i Fundacji Wsparcia Rolnika Polska Ziemia.

 

Czytaj także
Polecane galerie