Polacy w Norwegii. Znaleźli ziemię obiecaną? "Gdyby mnie życie nie zmusiło, nigdy bym tu nie przyjechał"

Jeszcze kilka lat temu wyjazd do Norwegii na kilka lat właściwie gwarantował dostanie życie po powrocie do Polski. Odkąd wartość korony spadła, a rynek nasycił się pracownikami z zagranicy, jest trudniej. Badania pokazują jednak, że większość Polaków, którzy przenieśli się do Norwegii, chce tam pozostać. Za co nowy kraj lubią, a co ich męczy?

Norwegia to pękny kraj, szkoda tylko, że Norwegowie są tak zamknięci w sobie - mówią moi rozmówcy w Norwegii.
Źródło zdjęć: © Mikołaj Przeździak
Martyna Kośka

Jeszcze kilka lat temu wyjazd do Norwegii na kilka lat właściwie gwarantował dostatnie życie po powrocie do Polski. Odkąd wartość korony spadła, a rynek nasycił się pracownikami z zagranicy, jest trudniej. Badania pokazują jednak, że większość Polaków, którzy przenieśli się do Norwegii, chce tam mimo wszystko pozostać.

- O wyjeździe za granicę myślałam już dawno, ale impuls przyszedł w Wigilię, trzy lata temu. Siedzieliśmy w domu moich dziadków pod Krakowem i wszyscy na coś narzekali: a to na polityków, a to na swoje zarobki, a to na pogodę. Pomyślałam, że jestem setnie zmęczona tym narzekaniem wszystkich na wszystko – opowiada Ewa, od kilku lat mieszkająca w Bergen.

Bo jej zdaniem Norwegowie narzekają mniej. Ktoś powie – nic dziwnego, wszak są małomówni, więc siłą rzeczy mniej się uskarżają. Żarty pozostawmy na boku. Statystyczny Norweg jest zadowolony z życia, polityki rządu, trudno wyprowadzić go z równowagi. Niech namacalnym dowodem będą wyniki tegorocznego badania "World Happiness Report”, badającego poziom szczęścia w poszczególnych krajach, w którym Norwegia zajęła pierwsze miejsce. Kraje skandynawskie tradycyjnie otwierają to zestawienie. Na drugim miejscu znalazła się Dania, na trzecim – Islandia.

Z jednej strony Norwegowie i Szwedzi przodują w liczbie samobójstw, z drugiej zaliczają się do najszczęśliwszych narodów. Prawdziwy paradoks, ale i w tym szaleństwie jest metoda. Ewa mówi, że nie chodzi nawet o poczucie bezpieczeństwa, jakie otrzymują ze strony państwa opiekuńczego i dobre zarobki (choć nie jest to bez znaczenia), ale niezwykłe poczucie wspólnoty, które wyczuwalne jest w każdym aspekcie życia.

- Norwegom zupełnie obce jest myślenie, że żyją tylko dla siebie. Chętnie uczestniczą w różnych akcjach na terenie swojej, nazwijmy to, wspólnoty mieszkaniowej czy gminy: sprzątają, sadzą rośliny. Taka bezpłatna, wykonywana wspólnie praca to dugnad. Na początku nie bardzo miałam ochotę poświęcać co którąś sobotę na udział w takich działaniach, ale wiem, że gdybym się uchylała, byłabym tą "podejrzaną obcą" – mówi.

Emocje na wodzy

- Piękny kraj, widoki z bajki. To byłby raj, gdyby nie ci Norwegowie - stwierdza Anna, która od kilku lat mieszka z mężem Polakiem i dwójką dzieci niedaleko Bergen. Oboje mówią nieźle po norwesku ("bez znajomości języka nie istniejesz, nawet prostą pracę trudno znaleźć, jeśli mówisz tylko po angielsku”) i na co dzień pracują z Norwegami.

- To bardzo mili ludzie. Zawsze pozdrawiają na ulicy, chętnie zatrzymują się, żeby wymienić kilka zdań. Tylko że to bardzo powierzchowne relacje. O ile przyjaźnią się między sobą, to naprawdę dużo czasu musi upłynąć, by nawiązali bliską relację z obcokrajowcami z Europy Środkowej - mówi z lekkim żalem. Sama spędza wolny czas z koleżankami z Łotwy. Polacy w jej miejscowości nie mieszkają.

Obraz

Niezłą okazją do poznania sąsiadów są kinderbale. W Norwegii przyjęte jest, by zapraszać wszystkie dzieci z grupy przedszkolnej. Kończy się tym, że co drugi weekend rodzic wozi dziecko do sali zabaw lub na ognisko, jeśli pogoda pozwala. Imprezy z reguły trwają „od-do” i po dwóch godzinach wszyscy rozchodzą się do domów. Dzieci się bawią, jedzą tort, owoce a rodzice piją kawę z plastikowych kubków i prowadzą niezobowiązujące rozmowy.

- Odmowa zaproszenia jest w bardzo złym tonie – mówi Anna. To w jakiś sposób łączy się z budową wspólnoty, o której opowiadała Ewa. – Pamiętasz film „Obce Niebo”? Opowiada o polskiej rodzinie, której opieka społeczna odbiera dziecko. Jeden z zarzutów dotyczył tego, że na swoje urodziny córka głównych bohaterów zaprosiła tylko część dzieci z klasy. Matka wyjaśniła, że przyszły najbliższe koleżanki, ale kobieta z opieki i tak orzekła, że rodzice utrudniają dziecku prawidłowy kontakt z rówieśnikami.

Akcja filmu toczy się w Szwecji, ale równie dobrze mogłoby się to wydarzyć w Norwegii.

Przepraszam, czy tu zabierają dzieci?

Barnevernet to nazwa, która powoduje ciarki na plecach u wszystkich, którzy do Norwegii przyjechali z dziećmi. To instytucja, która zajmuje się ochroną praw najmłodszych. Norwegia nie jest jedynym krajem, w którym służby bardzo szczegółowo przyglądają się sytuacji dzieci (podobne organizacje działają w Niemczech czy Szwecji) – a więc czy ich potrzeby są prawidłowo realizowane, czy otrzymują odpowiednie wsparcie rodziny, czy mają warunki do wzrastania. Nie chodzi tylko o przemoc fizyczną – Barnevernet reaguje, gdy urzędnicy uznają, że na przykład rodzice utrudniają dziecku integrację w nowym środowisku, separują je od kolegów, nie uczą norweskich zwyczajów.

- Moja córka bardzo się tego bała, gdy przygotowywała się do wyjazdu z pięcioletnim wówczas synem. Podpytywała ludzi, czytała i doszła do wniosku, że rzadko się zdarza, by Barnevernet interesował się rodziną z jakiegoś błahego powodu – mówi pani Barbara, którą poznałam w samolocie. – W rodzinach, którym odebrano dzieci, z reguły dzieje się coś naprawdę złego, tylko że do opinii publicznej trafiają wybielone historie o tym, jak to urzędnicy odebrali dziecko kochającej się rodzinie.

Co jakiś czas media elektryzują opowieści o tym, jak to urzędnicy zabrali dziecko ze szkoły i umieścili w rodzinie zastępczej. Swego czasu Polska żyła wykradnięciem przez ekipę Krzysztofa Rutkowskiego 9-letniej Nikoli („W Norwegii wyłapują dzieci niczym hycle psy, tylko jeszcze biegają bez siatek” – powiedział dumny z finału akcji Rutkowski na konferencji prasowej). Opowieści o wykradaniu polskich dzieci przez bezduszny system zweryfikował reportażysta Maciej Czarnecki w książce „Dzieci Norwegii. O państwie (nad) opiekuńczym”. Potwierdza spostrzeżenie pani Barbary, że nie jest tak, że każdy obcokrajowiec z automatu staje się podejrzany w oczach urzędników Barnevernet. Jej córka nie zna nikogo, kto byłby przez służby społeczne wizytowany – a to dlatego, że ludzie ci mają świadomość, że w Norwegii obowiązują odmienne zasady niż w Polsce czy innym kraju, z którego pochodzą.

- Czy można to sprowadzić do zasady, że w centrum polskiego myślenia o sprawach społecznych znajduje się rodzina ze wszystkimi jej prawami, a w rozumieniu norweskim najważniejsze jest dziecko? – pytam.

Po krótkim zastanowieniu moja rozmówczyni przyznaje mi rację. Dzieci są w centrum zainteresowania – są pełnoprawnymi uczestnikami życia rodzinnego, z ich zdaniem należy się liczyć i na pewno nie są własnością rodziców. Kto tego nie rozumie, ryzykuje nieprzyjemne spotkanie z urzędnikami (a nawet natychmiastowe odebranie dzieci, jeśli stwierdzą, że dziecku w domu źle się dzieje. Urzędnicy naprawdę nie są od powolnego naprawiania relacji w rodzinie. Ich zadaniem jest szybkie działanie i, jeśli to konieczne, odseparowanie dziecka od rodziców).

Nie ma złej pogody, a drogie zabawki nie są potrzebne

Rozmowa coraz bardziej schodzi na dzieci. To właśnie w Norwegii narodził się pomysł tworzenia leśnych przedszkoli. Z czasem przyjęły się też w innych krajach, placówki te działają również w Polsce, ale to jednak w Norwegii jest ich najwięcej i są czymś zupełnie oczywistym. Zupełnie oczywiste jest też to, że dzieciaki spędzają całe dnie na dworze bez względu na to, czy pada śnieg, deszcz, wieje wiatr. W Bergen, które jest jednym z najbardziej deszczowych miast Europy, mówi się, że nie ma złej pogody, jest co najwyżej nieodpowiednie ubranie.

- W przedszkolu mojego wnuczka dzieci prawie cały dzień spędzają na zewnątrz. Przez godzinę bawią się w pomieszczeniu, to czas na rysowanie czy muzykę, ale przez resztę czasu bawią się na ogrodzonym terenie – opowiada i pokazuje mi zdjęcia. Dostępu broni solidny płot, więc żaden mały poszukiwacz przygód raczej nie ucieknie. Zresztą po co, skoro na miejscu są huśtawki, drzewa i skały, na które można się wspinać, a brudzić można się do woli.

- W szafce dziecka musi się znajdować kilka par kaloszy i nieprzemakalne ubrania – mówi pani Barbara. Pytam ją, czy nie uważa, że to źle, że dzieci nie wykonują prac plastycznych, nie mają rytmiki i innych zajęć, które zapełniają grafik polskich przedszkolaków.

Ależ skąd, bo dzieci nie dość, że ćwiczą kreatywność (same organizują sobie czas, tworzą grupy rówieśnicze), to uczą się samodzielności. Już pięciolatki w grupie wnuczka mojej rozmówczyni same robią sobie kanapki. Wychowawcy przynoszą składniki, o resztę maluchy muszą zadbać same.

Zobacz też:

Bergen - stolica fiordów

Na nieprzekonanych najczęściej ostatecznie działa taki argument: dzieci w leśnych przedszkolach mniej chorują.

Cały dzień na dworze, wiatr smaga twarz, a dzieciaki nie chorują – gdzie w tym logika? Nie ma w tym magii. Wirusy i bakterie lubią ciepłe i wilgotne miejsca, dlatego łatwo namnażają się w salach wypełnionych dziećmi. Na świeżym powietrzu nie mają możliwości przenoszenia, przez co dzieciaki rzadko się przeziębiają i mają lepszą odporność („W Polsce wnuczek co kilka tygodni się przeziębiał i lądował w łóżku. Odkąd mieszka w Norwegii, choroby trzymają się od niego z daleka”).

Rzucić to wszystko i lecieć patroszyć ryby?

- Czy jest tu ktoś kto, porzucił w Polsce ustatkowane życie ze średnimi zarobkami na rzecz niewiadomego w Norwegii? W Polsce mam mieszkanie bez kredytu, pracę i spokojne życie, w Norwegii dostałem umowę o pracę z 220 koron/godzinę. Warto? – pyta na internetowym forum dla Polaków w Norwegii 30-letni mężczyzna, który do Norwegii chciałby się przenieść z żoną i dzieckiem.

Odpowiedzi spływają natychmiast. Większość komentujących odradza, jeśli nie jest to konieczne. Piszą, że przy takiej stawce nie należy oczekiwać wzrostu poziomu życia, a w pakiecie przyjdzie żyć wśród obcych w miejscu, w którym obowiązują inne zasady i zwyczaje. Wielu komentujących napisało, że gdyby życie ich nie zmusiło, za żadne skarby nie zostaliby w Norwegii ani dnia dłużej – bo nie warto.

Poprosiłam o krótki komentarz Sylwię Skorstad, redaktor serwisu internetowy „Moja Norwegia”, największego portalu informacyjnego dla Polaków w tym kraju. Jej zdaniem może Norwegia nie jest rajem, ale trzeba brać poprawkę na to, że komentują najczęściej ci, którzy mają złe doświadczenia i chcą ponarzekać. Dodaje, że na koniec i tak każdy znajdzie to, co sam ze sobą przywiózł, więc nie ma co uogólniać.

Zainspirowana popularnością przywołanego pytania o sens przyjazdu do Norwegii, przygotowała test, który może wątpiącym pomóc podjąć decyzję, czy się w kraju fiordów odnajdą. W zależności od tego, na ile zgadzają się ze stwierdzeniami typu „Moją ulubioną porą roku jest lato. Wiosna też jest w miarę do zniesienia” czy „Od małego mam awersję do jedzenia ryb”, szanse na aklimatyzacje są mniejsze lub większe. Test ma żartobliwy charakter, ale coś jednak o niuansach życia w Norwegii mówi.

Obraz

Konrad Komarnicki

Finansowe eldorado się skończyło

Jeszcze kilka lat temu Norwegia (jak cała zresztą Skandynawia) wydawała się rajem dla pracowników. Zarobki nawet pięciokrotnie wyższe niż w Polsce, rozwinięty system socjalny, dobre bezpłatne szkoły. Dla wielu możliwość podjęcia tam pracy wydawała się pierwszym krokiem do spełnienia marzeń, przede wszystkim finansowych. W 2011 r. do Norwegii przeniosło się 12 861 Polaków, ale w 2015 – już tylko ok. 8 tys.

Serwis „Moja Norwegia” podaje, że w trzecim kwartale 2016 r. 1400 naszych rodaków opuściło Norwegię, a około 1300 się do niej przesiedliło.

Dlaczego Polacy przestali marzyć o pracy w krainie fiordów?

- Norweski rynek pracy na przestrzeni ostatnich kilku lat zmienił się w widoczny sposób – mówi Ewa. – Jeszcze 10 lat temu pracę fizyczną mógł dostać każdy, kto miał fach w ręku. Dziś bez znajomości języka nawet na budowie trudno się załapać. Z drugiej strony fajne jest to, że nie ma wyraźnego wyodrębnienia na bardzo bogatych i bardzo biednych. Ludzie żyją na zbliżonym poziomie, bez ekstremów.

Zobacz też reportaż:

Strajk Polaków w Bergen. Norwegia nie jest rajem na ziemi

Rynek pracy jest mniej łaskawy także dla samych Norwegów. W połowie 2016 r. stopa bezrobocia przekroczyła 5 proc., co w bogatej Norwegii jest bez precedensu. Obecnie została zbita do 4 proc., ale po tym, jak kryzys na rynku ropy wypchnął z rynku wielu pracowników, pogorszenie sytuacji jest odczuwalne.

- Korona tanieje w oczach, a zarobki nie idą w górę. Przesyłam wypłatę rodzinie w Polsce, a z każdym rokiem żona może kupić za to coraz mniej – mówi Andrzej, który od kilka lat mieszka pod Oslo.

Liczby nie kłamią. W 2012 roku za koronę trzeba było płacić 0,56 zł, a obecnie 0,42 zł. Chłopak, który na forum zapytał o sens przyjazdu do Norwegii, zarabiałby 93 zł (nie napisał, czy to wynagrodzenie brutto czy netto). Przy kosztach życia w Norwegii, gdzie wynajem pokoju jednoosobowego to koszt co najmniej 3 000 koron (w Oslo dwa razy więcej), a produkty żywnościowe są w najlepszym razie trzy razy droższe niż w Polsce (dość powiedzieć, że W 2014 poziom cen żywności w tym kraju był prawie o 50 proc. wyższy niż wynosi średnia w UE), pozwoli to na dość skromne życie. Chyba, że obie osoby dorzucają się do wspólnego budżetu.

Magazyn FriFagbevegelse zestawił średnie wynagrodzenie w najpopularniejszych profesjach (podaję za serwisem "Moja Norwegia"). I tak, średnio w Norwegii zarabia się około 43 tys. koron miesięcznie brutto, czyli 18 230 zł. Wynik mocno zawyżają zatrudnieni przy wydobyciu ropy i gazu (na stanowiskach kierowniczych można liczyć średnio na średnio 103,7 tys. koron).

Zawody najczęściej wykonywane przez imigrantów są gorzej płatne: kafelkarz zarobi 37,4 tys. koron (15 850 zł), osoba sprzątająca domy - 29,1 tys. koron i jest to jeden z najniżej opłacanych zawodów w rankingu. Dodajmy, że przy zarobkach przekraczających ok. 42 tys. koron pracownik „wpada” w drugi próg podatkowy, więc od nadwyżki płaci podatek w wysokości 28 proc. plus ubezpieczenia społeczne.

Od 2015 r. w Norwegii obowiązuje płaca minimalna. Wcześniej Polacy zarabiali mniej niż Norwegowie na tych samych stanowiskach.

- To nie jest tak, że przyjeżdżasz tu do pracy na średnio płatnym stanowisku, a po dwóch latach stać cię na kupienie domu w Polsce. Przecież tu też się wynajmuje mieszkania, a kto ma możliwość, od czasu do czasu jeździ do Polski samochodem, by załadować go jedzeniem na kilka kolejnych tygodni – mówi Andrzej, którego znajomi w Polsce pytają, czy zarobił już swój pierwszy milion. Nic z tego. – Z drugiej strony jest mi lżej niż było w kraju. Przy oszczędnym trybie życia stać mnie na opłacenie rachunków tutaj, przesłanie pieniędzy żonie (spłacamy mieszkanie na Śląsku), odłożenie czegoś i jakieś małe przyjemności.

Gdy mieszkał w Polsce, na taką swobodę nie mógł sobie pozwolić. Życie od pierwszego do pierwszego się skończyło, ale to nie znaczy, że Norwegia to jakiś pracowniczy raj.

Przekonali się o tym pracownicy przetwórni ryb spod Bergen. Gdy pracodawca narzucił im tryb pracy niezgodny z prawem, zorganizowali jeden z najdłuższych strajków pracowniczych w Norwegii. Odwiedziliśmy ich z kamerą .

Wybrane dla Ciebie
Wybory na Węgrzech: Partia Tisza odsuwa Fidesz od władzy. Są pełne wyniki
Wybory na Węgrzech: Partia Tisza odsuwa Fidesz od władzy. Są pełne wyniki
Co dalej z cieśniną Ormuz? Wszystko, co wiemy o eskalacji konfliktu
Co dalej z cieśniną Ormuz? Wszystko, co wiemy o eskalacji konfliktu
USA przejmą irańskie statki? Media: wojsko szykuje uderzenie
USA przejmą irańskie statki? Media: wojsko szykuje uderzenie
Miliard dolarów "do przodu". Kopalnia KGHM w Chile zarabia
Miliard dolarów "do przodu". Kopalnia KGHM w Chile zarabia
Cieśnina Ormuz: Kolejny atak na statki wzmaga paraliż transportu
Cieśnina Ormuz: Kolejny atak na statki wzmaga paraliż transportu
Nowe propozycje USA dla Iranu. Rynki ropy w napięciu
Nowe propozycje USA dla Iranu. Rynki ropy w napięciu
Iran zamyka cieśninę Ormuz. Trump: Nie mogą nas szantażować
Iran zamyka cieśninę Ormuz. Trump: Nie mogą nas szantażować
Historyczna wizyta. Adam Glapiński w największym skarbcu świata
Historyczna wizyta. Adam Glapiński w największym skarbcu świata
Historyczny rekord. Światowe giełdy tracą, ale ten europejski rynek idzie pod prąd
Historyczny rekord. Światowe giełdy tracą, ale ten europejski rynek idzie pod prąd
Śledztwo ws. Zondacrypto. Finansowych afer z polityką w tle kilka już w Polsce było
Śledztwo ws. Zondacrypto. Finansowych afer z polityką w tle kilka już w Polsce było
Morawiecki zapowiada Polski Ład 2.0. "Jak tylko wygramy wybory"
Morawiecki zapowiada Polski Ład 2.0. "Jak tylko wygramy wybory"
Afera Zondacrypto. Narasta spór rządu z prezydentem
Afera Zondacrypto. Narasta spór rządu z prezydentem