Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
wiadomości
26.11.2017 09:26

"Pan od ciekawostek" z YouTube'a to rekin biznesu. W dwa miesiące wyciągnął milion euro

Czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Zaczynał od sprowadzania chińskich gadżetów, podbił YouTube'a, został twarzą banku, a teraz naraził się branży wydawniczej, zarabiając przy tym ogromne pieniądze. - Wszystko przez moją głupotę, która pcha mnie przez życie - mówi w rozmowie z money.pl Radek Kotarski.

Podziel się
Dodaj komentarz
(MARIUSZ GRZELAK/REPORTER)
Radek Kotarski na szerokie wody wypłynął dzięki kanałowi Polimaty w serwisie YouTube

Czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Zaczynał od sprowadzania chińskich gadżetów, podbił YouTube'a, został twarzą banku, a teraz naraził się branży wydawniczej, zarabiając przy tym ogromne pieniądze. - Wszystko przez moją głupotę, która pcha mnie przez życie - mówi w rozmowie z money.pl Radek Kotarski.

Młodsi kojarzą go z kanału Polimaty na YouTube, który ma blisko pół miliona subskrybentów. Starsi głównie z reklamy banku i telewizyjnych programów. Ale to jeszcze nie wszystko, czym się zajmuje. Radek Kotarski to młody człowiek, który nie potrafi usiedzieć na miejscu.

Zobacz także: DanielMagical. Nowy polski król Youtube'a?

Jego ostatnim "dzieckiem" jest książka "Włam się do mózgu", w której udowodnił, że w pół roku można nauczyć się języka szwedzkiego. Żeby ją wydać, założył wydawnictwo Altenberg. I zrobił na tym świetny biznes. W rozmowie z money.pl zdradza, ile na nim zarobił, i co mówiła o nim konkurencja, zanim zamknął jej usta. Mówi też o autorach, którym żal przekazać 4 zł na akcję Pajacyk i o tym, że było blisko, by sprzedaż książki okazała się kompletną klapą.

Patryk Skrzat: Sympatyczny pan z YouTube'a, prezenter telewizyjny, facet z reklamy banku, pisarz, wydawca, a może po prostu biznesmen? Kim naprawdę jest Radek Kotarski?

Radek Kotarski: - Na pierwszym miejscu zawsze jest popularyzowanie nauki. Wszystkie rzeczy, które dzieją się dookoła, to albo realizacja tego zadania, albo kompletny przypadek. Wiem, że brzmi to śmiesznie i niewiarygodnie, ale tak jest.

A kim jesteś dla ludzi, którzy zaczepiają cię na ulicy - youtuberem czy panem z reklamy banku?

- Coraz rzadziej już panem z reklamy. Często kojarzą, że coś tam robię, a nie jestem tylko wynajętym aktorem. Oczywiście osoby starsze zdecydowanie kojarzą mnie z telewizji. Nie mają pojęcia, że „wygłupiam się” w internecie. Najczęściej jednak, jeśli już ktoś mnie zaczepia, to jestem po prostu „panem od ciekawostek”.

Właśnie minęły dwa miesiące od premiery twojej książki „Włam się do mózgu”. Ile egzemplarzy sprzedałeś?

- 40 tys. już jest przekroczone, ale to się dzieje tak szybko, że nie jestem w stanie na bieżąco tego liczyć. Mieliśmy problem z wysyłaniem książek, bo czytelnicy zapłacili, a my czekaliśmy na dwa dodruki. Trochę nieładnie z naszej strony, ale uczciwie o tym mówiliśmy. Teraz wysyłamy już zgodnie z planem.

Naprawdę musiałeś od razu zakładać wydawnictwo, żeby ją wydać?

- Przy pierwszej książce, jako autor, poczułem się nie do końca dobrze obsłużony przez swoje wydawnictwo. A najbardziej nie podobała mi się dystrybucja u standardowych wydawców. Nie chciałem, żeby następna książka była wydana na tych samych zasadach, według których ja nic nie kontroluję i nie mam za wiele do powiedzenia.

Powiem szczerze, że hasło „nauczyłem się szwedzkiego w pół roku” brzmi dla mnie jak prymitywna reklama internetowa w stylu: „zawstydził dietetyków, zrzucił brzuch w 7 dni”. Ale ty naprawdę tego dokonałeś. Jak?

- Trochę tak jest, że brzmi to jak tani chwyt. W rzeczywistości korzystałem z technik, które są bardzo dobrze opisane w literaturze naukowej. Stosuje się je w przypadku chociażby tzw. „trudnych uczniów” lub u osób chorych na Alzheimera. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, że skoro działa to dobrze w takich warunkach, to powinno być stosowane u wszystkich. Ja to zebrałem, opisałem konkretne metody uczenia się i podjąłem wyzwanie nauki przypadkowego języka.

Słyszałem, że byłeś rozczarowany, gdy ślepy los wskazał język szwedzki?

- Przemknęło mi przez myśl, żeby darować sobie to losowanie. Chciałem się uczyć portugalskiego, włoskiego bądź japońskiego. Uznałem jednak, że jeśli te metody naprawdę działają, to nauczą mnie też rzeczy, których ja się nie chcę uczyć. Tym bardziej, że jestem tępy językowo i mam sporo problemów z gramatyką angielskiego. A ze szwedzkim dobrze wyszło. To nie moja zasługa, a zasługa metod.

Jesteś w stanie bez problemu dogadać się po szwedzku i rozumiesz, o czym mówią w tamtejszej telewizji?

- Mój kontakt z tym językiem głównie polega dziś na tym, że oglądam dużo „nyheter”, czyli tamtejszych wiadomości. Najbardziej stresującym testem znajomości języka była dla mnie wizyta w programie „Pytanie na Śniadanie”. Żeby mnie sprawdzić, przyprowadzili Szweda. Byłem zaskoczony tym, jak szybko mówi, bo nie miałem wielu okazji, aby rozmawiać ze Szwedami, więc spiąłem się strasznie. Ostatecznie okazałem się gotowy i wyszło bardzo dobrze. Gdybym się tam wyłożył, o sprzedaży książki mógłbym w zasadzie zapomnieć. Wszyscy uznaliby, że to bujda, mimo certyfikatu językowego, który zdobyłem.

Książka łamie twój wizerunek miłego „pana od ciekawostek”. Nie mówię tu o odbiorze twojej osoby wśród czytelników, a wśród wydawców. Słyszałeś nieprzyjemne słowa pod swoim adresem?

- Nagłówki w stylu „wydawnictwa go nienawidzą” chyba po raz pierwszy nie byłyby przesadzone. To małe środowisko, doskonale wiedziałem, co o mnie mówią. Zarzucali mi chociażby kłamstwo, gdy mówiłem, że z każdej sprzedanej książki 4 zł trafiają do programu Pajacyk. Usta zamknął im dopiero pierwszy przelew. Druga sprawa to rzekome kłamstwa dotyczące tego, ile płacimy autorom.

A ile płacicie?

- Od 3 do 8 razy więcej niż klasyczne wydawnictwo.

Ośmiokrotnie więcej?!

- Mamy taki przypadek. Chodzi o autorkę, która sprzedała wcześniej trzy swoje książki i każda z nich poszła w nakładzie 30 tys. egzemplarzy. U nas będzie miała premierę na wiosnę i wyliczyliśmy, że dostanie właśnie 8 razy więcej. To pokazuje sytuację autorów w Polsce.

Coś jeszcze opowiadali na temat twojego wydawnictwa?

- Mówili, że się nie da oprzeć sprzedaży na jednej stronie internetowej. Bez Empiku czy Matrasa. Dopiero, gdy dowiedzieli się o naszych sprzedażach, skończyły się te zawistne komentarze. Co nie znaczy, że nas lubią. Wiem też, że pod naszym wpływem zaczęli zmieniać niektóre umowy z autorami. Niektórzy dają np. 20 proc. ceny okładkowej za egzemplarz sprzedany na ich stronie internetowej.

Chętni do wydania u ciebie książki walą pewnie drzwiami i oknami?

- Przez pierwsze trzy tygodnie nie było dnia, żeby się ktoś nie zgłosił. Głównie byli to ludzie z jednego wydawnictwa, ale o nazwie wolałbym nie mówić. Dziś się trochę uspokoiło, średnio dwóch autorów na tydzień.

Nie każdego przyjmujesz z otwartymi ramionami?

- Uczciwie mówię, że sorry, ale nie jesteśmy w stanie sprzedać tej książki. Po prostu nie potrafimy sprzedać książki, która nie zmienia czegoś w życiu czytelnika. Boję się sprzedawania publikacji, z którymi tylko miło spędzisz czas. Chociaż na pewno będziemy chcieli eksperymentować i spróbować sił przy fabule.

Jest jeszcze jedno kryterium, czyli zgoda na przekazanie pieniędzy na program Pajacyk.

- Zdziwiłbyś się, ile osób nie akceptuje tej zasady. I są wśród nich znane nazwiska. Naprawdę nieprawdopodobne, że mają z tym problem.

Przed wydawnictwem, Polimatami i całą resztą twoich medialnych działań, rzeczywiście sprzedawałeś akcesoria sprowadzane z Chin?

- Jestem takim „biznesmenem z podwórka” i faktycznie miałem „chiński” epizod. Moimi głównymi klientami były wtedy browary, które zamawiały chociażby jakieś otwieracze. Dziś już by to raczej nie przeszło. Poradziliby sobie beze mnie.

A dziś co jest twoim głównym źródłem zarobków?

Zacznijmy od tego, że ja nie wiem, ile zarobiłem na książce.

Ale musisz wiedzieć, jak radzi sobie firma.

- Po dwóch miesiącach mamy ok. 1 mln euro przychodu z trzech książek. Nie wiem, ile z tego jest zysku na czysto, bo nie było czasu tego przeliczyć, a nie żałujemy pieniędzy na przygotowanie publikacji. Potrafiliśmy wydać książkę za 350 tys. zł zanim sprzedaliśmy choćby jeden jej egzemplarz. Chcemy się odróżniać jakością wydawania. Nie stawiamy na najtańszy papier. Książkę można wydrukować za 3,80 zł. Koszt naszych podchodzi pod 10 zł za sztukę.

Nawet bez szczegółowych wyliczeń widać, że zrobiłeś świetny interes z tym wydawnictwem.

- Koniec końców to będzie na pewno ogromna część moich rocznych zarobków. Ale muszę uczciwie powiedzieć, że bardzo duży komfort twórczy dała mi reklama. Nie mógłbym pozwolić sobie na dwa lata pracy nad książką, gdyby nie kontrakt reklamowy z bankiem. Chociaż nie jest to pewnie rynkowo jakaś wielka stawka, bo wciąż jestem tylko i aż gościem z internetu. Ale nie narzekam, tylko robię swoje. Nie motywują mnie pieniądze i jestem raczej przykładem klasycznego skąpca.

A jak to jest z YouTubem? Masz jeszcze czas na Polimaty?

Faktycznie, główne założenie mojej działalności, czyli przekazywanie informacji, ginie nieco pod natłokiem zadań, które biorę na siebie, jak np. wydawnictwo. Paradoksalnie jednak robię to po to, aby... lepiej przekazywać informacje. Martwi mnie ten brak czasu, ale to wynika z głupoty, która prowadzi mnie przez życie. Często nie zastanawiam się nad konsekwencjami decyzji, po prostu działam, a później muszę sobie radzić. Póki co się udaje (śmiech).

W filmach tworzonych do internetu stawiasz na wysoką jakość, a to musi kosztować. YouTube nie jest pewnie w twoim przypadku najbardziej dochodową działką?

- Rozmawiałem z wieloma osobami i tylko nieliczne zdają sobie sprawę, że to droga zabawa. W samym sprzęcie mam utopione jakieś 65 tys. zł. A to nie są imponujące rzeczy, tylko takie najpotrzebniejsze do realizacji. Polimaty bardziej niż jako źródło zysków, traktuję jako inwestycję w wizerunek i realizację misji. Mocno selekcjonuję reklamy. Dziś mam taki komfort, że mogę wybrzydzać. Mam na kanale dwie, maksymalnie trzy współprace z markami w ciągu roku.

Jest jeszcze LifeTube. Wciąż uczestniczysz w tym przedsięwzięciu?

- Zasiadam w radzie nadzorczej, zostałem jako głos doradczy. Co ciekawe, czasami ten głos jest nawet wysłuchiwany, co mnie cieszy.

Czego się nie dotkniesz, zamieniasz w złoto. Aż się boję zapytać, co będzie następne?

- Nie mam najmniejszego pojęcia. Podejrzewam, że zawsze będę przede wszystkim popularyzatorem wiedzy i może to przybierać różne formy. Ale działka wydawnicza bardzo mi się spodobała i mam zamiar realnie odmienić tę branżę na lepsze.

Tagi: wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
26-11-2017

Jato ja narcyz się nazywam,człowieku trochę dystansu jeszcze nikomu nie zaszkodziło,pozdrawiam

26-11-2017

JackNie wiem ile zarobiłem. Nie było czasu tego policzyć. W sp. z o.o., która prowadzi pełną rachunkowość, płaci VAT i ma kasę fiskalna. A może nie … Czytaj całość

26-11-2017

A ile płacicie?"Od 3 do 8 razy więcej niż klasyczne wydawnictwo." Sobie też bym tak płacił, bażanciku!

Rozwiń komentarze (99)