Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Rekordy Szydło. Niektóre z nich chluby nie przynoszą

Rekordy Szydło. Niektóre z nich chluby nie przynoszą

Fot. PAP/Radek Pietruszka

Minął rok od czasu objęcia teki premiera przez Beatę Szydło i nie można powiedzieć, żeby w tym czasie w kraju nic się nie działo. Wręcz przeciwnie, działo się i to bardzo dużo. Rząd bił rekordy w wielu kategoriach. Niektórych rekordów lepiej, żeby jednak nie było.

Tempo zmian, które od roku premier Beata Szydło firmuje swoim nazwiskiem, robi wrażenie. Warto wyliczyć listę rekordów, jakie ostatnio bije nasz kraj.

Pierwszy, jaki narzuca się po dobrej passie naszej reprezentacji w piłkę nożną, to oczywiście 15. miejsce w rankingu FIFA. Nie o tym jednak chcieliśmy napisać i trudno tu wykazać przełożenie rządów Beaty Szydło na wyniki meczów. Podobnie jest w przypadku najwyższej w historii kumulacji Lotto, która wyniosła 60 mln zł w maju.

Rynki finansowe bardziej interesują inne tematy. W tym głównie ten, decydujący o bezpieczeństwie gospodarki, który akurat... chluby rządowi nie przynosi. Zadłużenie państwa wzrosło bowiem do 899 mld zł, według najnowszych dostępnych danych z końca sierpnia. Gdy PiS przejmował władzę było o 62 mld zł niższe.

Do końca października rząd Szydło wyemitował nowe obligacje o wartości 112 mld zł. To o 15 proc. więcej niż w dotychczas rekordowym pod tym względem 2013 r. Już pod koniec miesiąca ministerstwo deklarowało, że sfinansowane ma 98 proc. potrzeb pożyczkowych na ten rok, skąd więc takie tempo?

Rząd najwyraźniej chce skorzystać z okazji, kiedy stopy procentowe są jeszcze niskie i robi zapasy, zanim amerykański Fed podwyższy stopy procentowe i trend do ich obniżania na świecie się skończy. Na ostatnim przetargu udało się Skarbowi Państwa uzyskać oprocentowanie 3,3 proc. rocznie. Te przydadzą się, bo z czegoś trzeba sfinansować rozbudowane programy socjalne, jakie wdrożono w ostatnim roku.

500 plus i... cała reszta

Tu kryje się właśnie kolejny rekord. Prawicowy rząd okazuje się najbardziej pro-socjalnym, żeby nie napisać „socjalistycznym”, w najnowszych polskich dziejach. Nikt z takim zapałem nie rozkręcał dofinansowywania wybranych grup społeczeństwa, kosztem pozostałej części podatników.

Sztandarowym programem jest 500+, gdzie z budżetu państwa do rodziców trafia miesięcznie łącznie 1,9 mld zł. Celem jest pobudzenie dzietności Polek, a wszystko po to, by... ratować padający system emerytalny. W polskim społeczeństwie już za 15 lat jedną czwartą mają stanowić emeryci, a dzieci rodziło się w ostatnich latach coraz mniej, więc by ratować sytuację, gdy zabraknie osób, które mogłyby utrzymywać armię emerytów, postanowiono jakoś ludzi zmotywować.

Na razie efekty nie są powalające, bo w pierwszym półroczu 2016 r. urodziło się tylko o 4 tys. więcej dzieci niż rok wcześniej. Być może jednak działanie 500+ ma efekt opóźniony o dziewięć miesięcy i trzeba poczekać.

Poza tym rząd Szydło planuje przywrócić krótszy wiek emerytalny (co wkrótce zwiększy liczbę emerytów do utrzymania), a wprowadził już we wrześniu program darmowych leków dla osób powyżej 75 roku życia.

Skąd na to wziąć? Z podatków. A tam też rekordy

Nie tylko pożyczki i emisje obligacji są źródłem finansowania 500+. Rząd próbuje jeszcze uszczelnić system podatkowy oraz liczy na wzrost gospodarczy, a na szczęście wzdraga się z podnoszeniem podatków.

O ile gospodarka jakby zaczęła spowalniać, bo w trzecim kwartale wzrost był 2,5 proc., przy oczekiwaniach władzy na poziomie 3,2 proc., to uszczelnianie wydaje się przynosić efekty. Tak czy inaczej, w przychodach podatkowych rząd Szydło notuje kolejny rekord.

W 2016 r. spływało do budżetu średnio 10,7 mld zł miesięcznie z tytułu podatku VAT, czyli o 8 proc. więcej niż rok temu oraz 5,4 mld zł z akcyzy, czyli 4 proc. więcej. Dynamika dużo wyższa niż samej gospodarki.

Poprawa we wpływach podatkowych z tych nałożonych na konsumpcję, to po części efekt programu 500+, ale nie można zapominać o zmianach na rynku pracy. Poprawa spowodowała przyrost podatku dochodowego od osób fizycznych o 8 proc. do 3,8 mld zł miesięcznie.

Rekordy zatrudnienia i wynagrodzeń. Przegoniliśmy Grecję

Przedsiębiorstwa przemysłowe zatrudniają prawie jedną piątą więcej osób, niż miało to miejsce na początku obecnego stulecia. Na koniec września pracowało w sektorze produkcyjnym 5,77 mln osób, podczas gdy w 2001 r. tylko nieco ponad pięć milionów.

Tu swój kamyczek dołożył PiS, forsując przepisy, które od początku roku spowodowały przechodzenie części zatrudnionych na umowę zlecenie na umowy o pracę, obciążając te drugie większym ZUS-em, co spowodowało ich nieopłacalność dla pracownika.

Poza tym popyt na pracę, a przy tym wcześniejsza emigracja setek tysięcy Polaków, wywołały efekt znany z podstaw ekonomii - przy malejącej podaży wzrost popytu wywołał wzrost ceny, w tym przypadku ceny pracy, czyli wynagrodzeń.

Poza tym sektor przedsiębiorstw z natury jest bardziej wydajny, to i nie dziw, że przy malejącym bezrobociu może zaoferować wyższe płace. Te zwiększyły się do 4055 zł brutto (2892 zł na rękę przy umowie o pracę) w całej gospodarce, a w przedsiębiorstwach płaci się średnio o 160 zł więcej.

Płac co prawda nie mamy jeszcze na poziomie europejskim, ale nadrabiamy czym innym. Dzięki niskim cenom żywności wynagrodzenia pozwalają Polakom kupić więcej, niż to z pozoru wynika, jeśli patrzy się tylko na nominał. Mimo że zarabiamy nadal sporo mniej niż Grecy, to z końcem ubiegłego roku prześcignęliśmy ich w zarobkach „realnych”, tj. tych uwzględniających siłę nabywczą pieniądza.

Rekordy eksportowe

Na tempo wzrostu płac nie bez wpływu jest obecność w Polsce producentów zagranicznych, którzy zwiększają popyt na pracowników, traktując nasz rynek już jako normalną część łańcucha produkcyjnego, m.in. w sektorze motoryzacji. Oni też stymulują wskaźniki polskiego eksportu, choć w tej dziedzinie coraz większe zasługi zbierają rodzimi przedsiębiorcy.

Pobyt w Unii Europejskiej nam najwyraźniej służy, bo eksport na jednego mieszkańca przekroczył na początku rządu Szydło 430 dol. i nie chce z tego poziomu zejść, mimo spadku kursu złotego. Na początku obecnej dekady było to niecałe 300 dol., postęp jest więc znaczący.

27,4 proc. eksportu w tym roku wysyłaliśmy do naszego zachodniego sąsiada, z którym wypracowujemy nawet nadwyżkę w handlu zagranicznym 0,7 mld euro miesięcznie, czyli poziom podobny do ubiegłego roku, pierwszego, w którym Polska zaczęła wykazywać od wielu lat nadwyżkę w handlu zagranicznym.

Repolonizacja banków i 18 mld zł strat na giełdzie

Rząd teoretycznie cieszy się z kontaktów z zagranicą, ale z drugiej strony chce zmniejszyć jej wpływ na Polskę. Temu ma służyć repolonizacja banków. Po drugim kwartale udział polskich banków w sektorze wzrósł do 42,7 proc. Ostatni raz tak duży poziom udziału krajowych banków w rynku był w 1999 r., jeszcze przed przejęcie Banku Handlowego przez Citibank.

Owo odzyskiwanie polskości systemu bankowego spowodowało jednak utratę wartości przez największego ubezpieczyciela - PZU, który ma przejmowanie banków w dużej mierze sfinansować. Wywołało to silne spadki akcji spółki, nawet rekordowy w historii spadek roczny 35 proc., który odnotowano w styczniu 2016 r. i potem we wrześniu.

Już za czasów rządów Szydło, przez zamieszanie wokół wymiany zarządów spółek akcje PZU poniosły największy miesięczny spadek kursu w historii, czyli 20 proc. do 14 grudnia 2015 r.

W ogóle rządów PiS nie należy chwilowo dobrze wspominać w kontekście zmiany kursów giełdowych spółek. Kapitalizacja spółek giełdowych skarbu państwa spadła bowiem o aż 17,7 mld zł w trakcie premierowania Beaty Szydło do 154 mld zł. A mogło być gorzej, gdyby nie JSW, które zaczęło w ostatnich miesiącach zyskiwać na galopujących od sierpnia cenach koksu.

Najgorsze w historii wyniki roczne podały giełdowe giganty: PGE (3 mld zł straty, po odpisach na utratę wartości elektrowni) i KGHM (5 mld zł straty po odpisach na kopalnię w Chile), choć trzeba przyznać, że nowe zarządy specjalnego wpływu na to nie miały.

Skarb państwa miał natomiast wpływ na to, że mimo strat spółki musiały płacić dywidendy - włącznie z KGHM i PGE przez co dywidendy giełdowych spółek z udziałem państwa były w tym roku wyższe niż zyski za rok ubiegły. To natomiast przełożyć się musiało na inwestycje. Te zresztą są obecnie bolączką polskiej gospodarki.

Rekordy deweloperów i najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych w historii

Jeśli już jesteśmy przy giełdzie, to rok rządów Szydło to były żniwa dla deweloperów. Ich akcje zyskały średnio ponad 20 proc., podczas gdy rynek na ogół tracił na wartości (WIG20 spadł o 11 proc.).

Najniższe stopy procentowe w historii - 3,52 proc. dla długoterminowych kredytów hipotecznych w maju 2016 r. - niskie bezrobocie, 500+, podwyżki wynagrodzeń i przechodzenie na umowy o pracę, wszystko to do kupy dało efekt w postaci zwiększonego popytu na mieszkania. A ten zaspokajali głównie deweloperzy. Oddali w tym roku do użytku 53 tysięcy mieszkań, co jest najlepszym wynikiem w historii.

Wicelider w rankingu krajów otwartych na emigrantów

Na koniec jeden dość interesujący wynik, może nie rekord, ale jednak. Objawił się już za rządów Szydło i pani premier nie miała na jego osiągnięcie wielkiego wpływu. Eurostat podał, że nasz kraj w 2015 r. był wiceliderem w całej Unii Europejskiej pod względem ilości legalnie przyjętych imigrantów. Do Polski przybyło łącznie 541,5 tys. obcokrajowców spoza UE, w tym głównie z Ukrainy. Fakt, że nie wyjeżdżają świadczyć może o tym, że żyje im się tu całkiem znośnie.

Lepsi od nas w tej statystyce są tylko Brytyjczycy, którzy przyjęli do siebie 633 tys. osób. A przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz żalił się niedawno publicznie, że w kwestii imigrantów "Polska zostawiła Niemcy na lodzie". Tymczasem do Niemiec, kraju pochodzenia Schulza, przybyło zaledwie 195 tys. imigrantów.

Różnica jest oczywiście taka, że tam się ich utrzymuje, a u nas radzą sobie z powodzeniem sami.

 

Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
No i tak
2016-11-16 15:22
Jeśli człowiek w wieku 60 czy 65 lat ma gdzie pracować, ma siłę i zdrowie to niech pracuje. Jak nie to emerytura (oszczędzał na nią ponad 30 lat). Nie wszyscy mieszkają w dużych miastach gdzie tej pracy jest sporo i nie wszyscy mają zdrowie w wieku 60 lat. Lepszy ma być bezrobotny 60 latek biorący zasiłek czy emeryt?
Arkadiusz
2016-11-16 15:06
Niby z czego te emerytury jak ludzie od kilunastu lat na śmieciowych umowach pracują gdzie był sprawiedliwy Trybunał jak wprowadzano bandyckie nieozusowane umowy...
m4
2016-11-16 12:34
Te dane o zatrudnieniu, nie wiem skąd je macie, ale np. ja i kilkunastu moich kolegów straciliśmy pracę z powodu wycofania się niemieckiej spółki z działalności w Polsce. Zobaczyli ile kosztowały by umowy o pracę dla nas i się poddali.
Pokaż wszystkie komentarze (66)