wp.pl
wp.pl
Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Społeczna odpowiedzialność biznesu to mit. Ekspert: Firmom się to nie opłaca, potrzeba nacisków państwa

Społeczna odpowiedzialność biznesu to mit. Ekspert: Firmom się to nie opłaca, potrzeba nacisków państwa

Fot. Lukasz Szelemej/East News Szczecin

Kryzys 2008 r., problem "frankowiczów" czy katastrofa w szwalni w Bangladeszu dowodzą, że potrzebna jest większa odpowiedzialność biznesu. Ten nie ureguluje się jednak sam, bo mu się to nie opłaca, to zadanie dla państwa - mówi Grzegorz Piskalski z CentrumCSR.PL.

- Dyskusja o CSR (z ang. Corporate Social Responsability - społeczna odpowiedzialność biznesu) została zawłaszczona przez biznes. Żeby to się zmieniło, potrzebny jest znacznie większy nacisk zarówno organizacji pozarządowych, konsumentów, ale także państwa i regulatorów - ocenił ekspert.

Piskalski jest autorem badania "Społeczna odpowiedzialność biznesu w polskich realiach. Teoria a praktyka". Objęło ono 227 największych i najważniejszych działających w Polsce firm. Dotyczyło ich polityki w kwestii CSR oraz raportowania o działaniach wpływających na środowisko, przestrzeganiu praw pracowniczych czy praw człowieka w ogóle.

- Niestety wyniki naszego badania nie napawają optymizmem. Z niepokojem obserwujemy sytuację, w której następuje przejęcie i prywatyzacja przez biznes dyskusji na ten temat. Tymczasem społeczna odpowiedzialność nie jest prywatną sprawą korporacji! - ocenił Piskalski.

Próbę przerzucania na innych negatywnych skutków swoich działań widać - jego zdaniem - przy problemie "frankowiczów", i to mimo że banki są instytucjami zaufania publicznego.

- Choć między instytucjami finansowymi i klientem występuje ogromna asymetria informacji, to nie poczuwają się one do odpowiedzialności za nieuświadomienie klientom ryzyka kursowego. Próbują cały jego koszt przerzucić na kredytobiorców - opisywał ekspert.

Dlatego - jak mówił - CSR zostało w badaniu ujęte jako odpowiedzialność przedsiębiorstw za wpływ na społeczeństwo i skutki swojego postępowania, podobnie jak definiuje to Komisja Europejska.

- Uważamy, że CSR powinien być realizowany na poziomie modelu biznesowego, czyli tego, jak firma zarabia pieniądze - tu jest prawdziwa odpowiedzialność. Nie włączamy w to np. mecenatu sztuki, bo choć pożądany, to nie dotyczy kluczowego obszaru działalności, czyli pracowników, podwykonawców, środowiska naturalnego, etc. - powiedział ekspert.

Kwiatek do kożucha

Tymczasem - jak wynika z badania - prawie jedna trzecia największych działających w Polsce firm w ogóle nie prowadzi działań z zakresu społecznej odpowiedzialności. Pozostałe 65 proc. wie, że temat istnieje, ale pod ich deklaracjami niewiele się kryje.

Według Piskalskiego przedsiębiorstwa w Polsce definiują działania CSR przede wszystkim jako zadanie z zakresu PR i czynią z niego nie temat poważnych raportów, a obiekt kampanii marketingowych, często wbrew faktom.

- W najlepszym razie wybierają sobie jakieś neutralne obszary, na których mogą skorzystać wizerunkowo i w nich lokują swoją działalność, a nie tam, gdzie są prawdziwe rafy - zauważył ekspert. Jego zdaniem firmy w raportach społecznych ogóle nie przyznają się do problemów.

- Raporty o społecznej odpowiedzialności, przygotowywane przez nieco ponad 15 proc. zbadanych przez nas firm, czyta się jak foldery reklamowe, a powinny być one skonstruowane według ścisłych wytycznych. Najbardziej upowszechnionym standardem jest Global Reporting Initiative. To dość kompleksowy zestaw wskaźników, z których można rozliczać biznes. Polskie firmy tego typu dane publikują zbyt rzadko - podkreślił Piskalski.

Czym to grozi

Jak wskazywał, takie wybiórcze podejście może doprowadzić np. do tzw. greenwashingu ("zielonego kłamstwa"), czyli stwarzania pozorów ekologicznej działalności po to, aby w odbiorze opinii publicznej zamaskować degradację środowiska naturalnego, do czego uciekają się np. koncerny energetyczne.

Zdaniem Piskalskiego dyskurs o CSR w Polsce jest oparty o komercyjne rankingi i zestawienia, gdzie komercyjne organizacje za pieniądze firm obejmują działaniem te firmy, które tego chcą.

Jak powiedział, po okresie promowania CSR jako dobrowolnego działania i rodzaju samoregulacji ze strony biznesu, nastąpiło rozczarowanie skutecznością tego podejścia i coraz więcej mówi się o twardszych rozwiązaniach. Wpływ na to miał - podkreślił - m.in. kryzys z 2008 r., wywołany po części przez działania społecznie nieodpowiedzialnego sektora finansowego.

Stąd Komisja Europejska w dyrektywie z 2014 r. wprowadziła dla tzw. jednostek zainteresowania publicznego, czyli m.in. dużych i istotnych firm, wymóg ujawniania w sprawozdaniu z działalności istotnych informacji dotyczących kwestii środowiskowych, pracowniczych i społecznych oraz ujawniania m.in. opisu polityki prowadzonej w danym zakresie, jej rezultatów oraz ryzyk i zarządzania ryzykami w kwestiach niefinansowych. Na razie nie wiemy jeszcze, jaki kształt regulacje te przyjmą w Polsce. Innym tego przejawem są ogólnounijne regulacje dotyczące spraw konsumenckich.

- Bardzo dużo mówi się o zwiększaniu obowiązków firm w zakresie przestrzegania praw człowieka, także poza Europą, np. w sektorze wydobywczym czy odzieżowym. Generalnie społeczną odpowiedzialność biznesu widzi się na świecie jako - jak określa to KE - "inteligentną mieszankę", to jest połączenie działań dobrowolnych, samoregulacyjnych ze strony biznesu i narzuconych przez państwo - wskazał Piskalski.

Biznes sam się nie ureguluje

Jak podkreślił, nie ma co liczyć na to, że biznes ureguluje się sam, choćby dlatego, że CSR raczej nie przekłada się na sukces rynkowy.

- Gdyby to się opłacało, firmy by to robiły, a nie robią. Sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby miały do czynienia z większym naciskiem ze strony opinii publicznej. Widać to np. na przykładzie nagłośnionej katastrofy szwalni w Bangladeszu sprzed kilku lat, po której firmy odzieżowe zaczęły bardziej interesować się swoim łańcuchem dostaw. Dla dużych firm to powinno być elementem zarządzania ryzykiem, ale jak na razie czynnik ten uznają za na tyle mało istotny, że się tym nie zajmują - zauważył ekspert.

W jego ocenie firmy, podobnie jak osoby publiczne, powinny poddawać się powszechnemu osądowi, nie mogą walczyć z wolnością słowa. Tymczasem, jak przekonuje, takie sytuacje, jak próba kneblowania ust, grożenie procesami za rzekome godzenie w ich dobre imię, wciąż zdarzają się zbyt często.

Jak wskazał, szczególnie w Polsce jest też miejsce dla znacznie większej roli państwa w tej dziedzinie.

- Państwo nie może być bierne i tylko przyklaskiwać jakimś wybiórczym inicjatywom, ale też musi wymagać pewnych standardów - zaznaczył. Jak wskazał, większa aktywność ze strony państwa mogłaby też zachęcić biznes do lepszego zachowania. Z kolei skuteczna samoregulacja może ograniczyć ingerencję ze strony państwa, która jest z reguły bardziej dotkliwa dla firm.

 

PAP
Czytaj także
Polecane galerie