wp.pl
wp.pl
Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Wojna toczy się nie o handel, ale o produkcję żywności

Wojna toczy się nie o handel, ale o produkcję żywności

Fot. materiały prasowe

Branża spożywcza należy do najbardziej ryzykownych w Polsce. Co kilka dni upadają zarówno małe hurtownie, jak i firmy znane od lat. Szacuje się, że sama tylko upadłość sieci Marcpol i Alma pozostawiły dostawców z niezapłaconymi fakturami na około 200 mln zł

Od kilku miesięcy Polacy są zaskakiwani kolejnymi projektami dotyczącymi ograniczeniami handlu w niedzielę. „Solidarność” opowiada się za całkowitym zamknięciem sklepów, rząd PiS próbuje te plany ograniczyć. Zakaz miałby dotyczyć tylko niektórych niedziel. Co to może oznaczać dla handlu w Polsce? Właściciele sklepów wielkopowierzchniowych mają jedną odpowiedź – zwolnienia. Pracę mają stracić tysiące osób, które dziś obsługują klientów w niedzielę. Czy tak się stanie? Nie wiadomo.

Wspieramy lokalny biznes, nie tylko sieci

Bardziej realnym zagrożeniem niż wolne niedzielę jest to, co już dziś dzieje się branży spożywczej, a czego klienci nie widzą. Według danych GUS w polskim przemyśle rolno-spożywczym działa kilkanaście tysięcy firm, których roczne obroty oscylują wokół 200 mld zł. Ale to dwudziestu największych dystrybutorów detalicznych kontroluje od 50 do 60% polskiego rynku spożywczego.

I to oni dyktują ceny, a nie producenci żywności. Gdy jest za drogo, sieć zawsze może zmienić dostawcę. I często to robi. Takie warunki współpracy są miażdżące, dla małych polskich firm - szczególnie rodzinnych - gdzie marża na sprzedawanych sieciom produktach jest minimalna.

Jedyną szansą na przetrwanie lokalnych producentów żywności jest więc bezpośrednia sprzedaż żywności - droższej ale lepszej jakości - w sklepie za rogiem. Jeśli będziemy wybierali tylko wielkie sieci, omijając droższych i lokalnych sprzedawców – ich firmy upadną. A tysiące osób pójdą na bruk – niezależnie od tego, czy niedzielę będą pracujące czy wolne w tej branży.

Jedna faktura może zabić każdą firmę

Polscy przedsiębiorcy mają też jeszcze jeden poważny problem, czyli wydłużające się terminy płatności. Dziś średnie zadłużenie jednej firmy z sektora handlowego w Polsce to już prawie 30 tys. zł – wynika z raportu Polskiej Izby Handlu i biur informacji kredytowych. Kłopoty z finansowaniem mają nie tylko nowopowstające biznesy, ale też dostawcy, z którymi przedsiębiorcy współpracowali od lat. Kto spodziewał się, że istniejące od wielu lat sieci takie jak Marcpol, czy Alma upadną, zostawiając dostawców z niezapłaconymi fakturami na około 200 mln złotych? Średnia wielkość takiej przeterminowanej faktury wynosi 7 tys. zł.

- Kiedyś po prostu wpisywałem tej wielkości straty w ryzyko prowadzenia firmy – przyznaje Mariusz Gniado, właściciel Zakładu Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego Agropol z Góry Kalwarii. Firma zajmuje się obecnie produkcją cydrów i win owocowych, a działa na rynku od 20 lat.

- Większym problemem były dla nas wpadki z płatnościami za duże dostawy, rzędu 100-200 tysięcy złotych, a takie zdarzały się mniej-więcej raz do roku - mówi Gniado.

- U nas jednorazowa dostawa do jednego odbiorcy może być warta nawet 300 tysięcy złotych - przyznaje z kolei Radosław Zawadzki z Przedsiębiorstwa Przemysłu Zbożowego Sława w Tomaszowie Lubelskim. A więc brak płatności nawet za jedną fakturę, może być naprawdę bardzo bolesny.

Przykłady? Tylko w kwietniu ogłoszono niewypłacalność 6 producentów żywności (wyroby cukiernicze, pieczywo, mięso, nabiał). I tak jest co miesiąc. Producenci żywności to największa grupa niewypłacalnych producentów zaraz za dostawcami materiałów budowlanych. Poprzednio z takim zjawiskiem niewypłacalności w branży spożywczej mieliśmy do czynienia w 2014 roku, po wprowadzeniu sankcji i barier w handlu ze Wschodem.


PAP

Ostrożny straci mniej

Czy prowadzenie firmy w branży spożywczej ma więc dziś sens? Oczywiście, że tak, ale przy zachowaniu znaczącej ostrożności, bo nawet wieloletni sprawdzony dostawca, może w każdej chwili mieć problemy finansowe.

- Mieliśmy kłopot z płatnością za dostawę za około 50-60 tys. zł. Może przy naszych obrotach rocznych rzędu 25 mln nie jest to wiele, ale takie kłopoty z odbiorcami bardzo angażują czas -- wspomina Gniado z Agropolu. - A ja chciałem po prostu mieć spokojną głowę, skupić się na produkcji i sprzedaży, a nie na użeraniu się o spóźnioną fakturę, wchodzeniu w windykacje - dodaje Gniado.

Teraz Agropol ma ubezpieczone każde zamówienie do stałego dostawcy do kwoty 40 tys. zł - niewiele mniej, niż wynosi wartość jednego TIR-a z dostawą cydru czy wina.

- To działa obligatoryjnie, ale mogę bez kłopotu ubezpieczyć dodatkowo znacznie większą dostawę, a wielkość możliwego kredytu kupieckiego akceptują ubezpieczyciele należności tacy jak np. i Euler Hermes. Czasami impulsem do ubezpieczenia jest ekspansja zagraniczna, a tutaj zagrożenie z nieterminowymi płatnościami jest jeszcze większe. W branży spożywczej największy wzrost liczby zleceń windykacji dotyczy odbiorców poza Polską – m.in. z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Czech, Bułgarii, Rumunii.

PZZ Sława zdecydowała się na ubezpieczenie swoich należności, kiedy zmieniła profil działania i ukierunkowała się na eksport.

- Wcześniej oferowaliśmy głównie mąkę na rynek polski, a teraz wysyłamy warzywa i owoce takie jak fasola czy jabłka do ponad 15 krajów - mówi Zawadzki z PZZ Sława.

Po co firmie ubezpieczenie? Rachunek jest prosty Wartość jednego kontenera dostawcy z Tomaszowa Lubelskiego waha się od 10 do 100 tys. zł. Jedna dostawa to często 2-3 kontenery, a więc nawet 300 tysięcy złotych.

Ubezpieczenia transakcji wzmacniają pozycję przetargową przy dochodzeniu należności od największych podmiotów, które czasem wykorzystują przewagę wobec mniejszych firm.

Duża firma ubezpieczeniowa swoją pozycją na rynku wspiera również dostawcę, nie pozwalając marginalizować roszczeń – oferuje profesjonalne wsparcia w "miękkim” odzyskiwaniu należności, przed windykacją. Dostawca może liczyć np. na pomoc w przygotowaniu i nadzorowania realizacji programu spłaty czy rolowania należności. Wreszcie firma ubezpieczeniowa ogranicza ryzyko podjęcia współpracy z nowymi dostawcami, bo działa dla klientów jak wywiadownia gospodarcza.

Informacja o tym do jakiej kwoty nowy kontrakt może być ubezpieczony to sygnał na temat wiarygodności przyszłego kontrahenta. Brak możliwości ubezpieczenia kredytu kupieckiego to ostrzeżenie - z tym odbiorcą lepiej nie współpracować.

Czytaj także
Polecane galerie
Gfhf
2017-05-18 08:14
Tekst sponsorowany przez slabego ubezpieczyciela? masalra.
Lewy
2017-05-18 04:14
A ja jestem za pracą w niedzielę obowiązkowo wszystkich urzędów, i to od 6 do 22. Wtedy mam czas na załatwianie spraw urzędowych.
Oczywistosc
2017-05-16 00:23
No tak, sklepów na stacjach PiS nie zamknie, bo wtedy stracą państwowe spółki. A może byście się zainteresowali nie tylko swoim interesm, ale też zwykłymi ludźmi, którzy mają swoje małe sklepy franczyzowe i też by chcieli zarobić
Pokaż wszystkie komentarze (30)