Marszałek Sejmu Ludwik Dorn zawsze lubił wzbudzać kontrowersje. A to zbluzgał dziennikarza amerykańskiego, że „łże jak bura suka". A to zagroził strajkującym lekarzom, że weźmie ich „w kamasze". Dostało się też inteligencji nie zgadzającej się z ideami IV RP, którą nazwał „wykształciuchami".
Nazajutrz po wyborze o dziwo marszałek nikomu nie groził, nikt nie został znieważony. Wręcz przeciwnie tym razem „krwawy Ludwik" - jak nazywają Dorna nieoficjalnie jego koledzy z PiS - okazał się wielce łaskawy. W swoim pierwszym wystąpieniu publicznym - jako osoba numer dwa w państwie - zapowiedział zwiększenie wydatków na biura poselskie.
Marszałkowska inicjatywa ma wielkie szanse na realizację - Ludwik Dorn dostał natychmiastowe mocne wsparcie ze strony wicepremierów Leppera i Giertcha. Temu jednak nie ma się za bardzo co dziwić. Pierwszy ma w swoim otoczeniu małżeństwo posłów - obieżyświatów, którzy w ciągu kilkunastu miesięcy wydali na paliwo - z kasy na prowadzenie swoich biur - kilkaset tysięcy złotych. I to pomimo, że ani jedno, ani drugie nie posiada samochodu.
Natomiast jeden z najwierniejszych druhów, najwyższego polskiego polityka z kasy na utrzymanie biura, sfinansował sobie kampanie wyborczą w wyborach na prezydenta stolicy, za ponad sto tysięcy złotych. Pieniądze te poszły jednak w błoto. Kolega pana wicepremiera Giertycha otrzymał „aż" 0,35 proc. głosów, przegrywając nawet z legendarnym organizatorem happeningów w latach 80. „Majorem" Fydrychem, który reprezentował partię Gamoni i Krasnoludków.
Pomysł nowego marszałka spotka się także zapewne z poparciem wielu (przynajmniej cichym) posłów opozycji, którzy również lubią sobie poużywać za pieniądze na prowadzenie biur. Na pewno podwyżce będzie kibicował poseł Platformy Sławomir Nitras, który kocha rozmowy telefoniczne z telefonu służbowego. W ubiegłym roku Pan Sławek wygadał kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Ktoś mógłby powiedzieć, że się czepiam. Przecież pensje w naszym kraju rosną w bardzo szybkim tempie - to argumentacja pana marszałka - więc i posłowie powinni mieć więcej kasy na utrzymanie biur. Ja uważam jednak inaczej. 10,5 tysiąca złotych, jakie co miesiąc każdy z posłów i senatorów otrzymuje na ten cel, to aż nadto Jest bowiem tajemnicą poliszynela, że większość z wybrańców narodu kombinuje na lewo i prawo, żeby wykorzystać ten limit. Najbardziej popularna jest opcja - preferowana przez małżeństwo obieżyświatów Łyżwińskich z Samoobrony - oświadczeń o zakupie paliwa. Niestety bowiem kancelarie Sejmu i Senatu nie wymagają rachunków za tankowanie. Wielu posłów lubi także wrzucić w koszty prowadzenia biura wydatki np. na remont swojego mieszkania lub zakup komputera dla swojej pociechy.
Stanowczo więc protestuję przeciwko temu durnowatemu pomysłowi. Polscy parlamentarzyści są bowiem i tak jednymi z najlepiej opłacanych w Europie Niestety ich bardzo wysokie zarobki mają się nijak do efektów ich pracy. Znakomita większość uchwalanych przez nich ustaw już w zarodku nadaje się tylko na podpałkę pod grilla.
Chyba, że marszałek Dorn chce, aby państwo Łyżwińscy mogli w końcu zrealizować swój plan objechania kuli ziemskiej nie dziesięć, a dwadzieścia razy. Aby pan poseł Wierzejski w końcu przestał być gorszy od gamoni, a pan Nitras mógł gadać przez telefon dwadzieścia pięć godzin na dobę.
Autor jest dziennikarzem Money.pl, specjalizuje się w problematyce dot. ekonomii i banków.