Notowania

medycyna
15-10-2018 (10:47)

Polacy opracowali lek na nowotwory. Szybko znaleźli się chętni na interes warty fortunę

Opracował "licencję na zabijanie nowotworów", ale to firmy farmaceutyczne zarobią najwięcej na jego wynalazku. Dr Jacek Jemielity przyznaje w rozmowie z money.pl, że polskim uczelniom coraz lepiej idzie komercjalizowanie własnych pomysłów.

Podziel się
Dodaj komentarz
Dr Jacek Jemielity z zespołem opracował lek przeciw nowotworom. Komercjalizacja wynalazku nie była jednak tak prosta.

Marcin Łukasik, money.pl: Od lat jest pan związany z Wydziałem Chemii UW. Tu pan studiował, pisał doktorat i habilitował się. Dlaczego chemia?

Dr Jacek Jemielity: To jest trudne pytanie. Idąc na chemię nie do końca rozumiałem, dlaczego dokonałem takiego wyboru. Wiedziałem o sobie tyle, że wole przedmioty ścisłe i chcę pracować z ludźmi. Długo dojrzewałem do tego, co chcę robić w przyszłości. Uzmysłowiłem sobie, że chemia jest po prostu bardzo przydatna. Po doktoracie rozpocząłem pracę w Zakładzie Biofizyki Wydziału Fizyki. Od 2013 roku jestem profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i kierownikiem Laboratorium Chemii Bioorganicznej w Centrum Nowych Technologii UW. A obszar moich zainteresowań to pogranicze chemii i biologii.

Morawiecki: Branża farmaceutyczna to dobry grunt do rozwoju nowoczesnych technologii

Panu przydała się ostatecznie do stworzenia leku, który może leczyć nowotwory. Jak wyglądała droga do rozpoczęcia badań?

Tworzyliśmy narzędzia chemiczne do badań podstawowych procesów komórkowych. Zajmowaliśmy się tym, jak funkcjonuje w komórkach informacyjny kwas rybonukleinowy (mRNA), czyli nasz komórkowy przepis na białka. Kiedy rozpoczynaliśmy te badania to w ogóle nie myśleliśmy, że to znajdzie zastosowanie w terapii.

Nasze odkrycie polegało na modyfikacji mRNA. Składa się ono z 80 tys. atomów. My zmieniliśmy jeden konkretny atom. Dzięki temu udało nam się wydłużyć życie wspomnianego mRNA. I tak odkryliśmy modyfikacje, która mogła mieć znaczenie terapeutyczne. Postanowiliśmy opatentować nasz wynalazek. Następnie opublikowaliśmy prace naukowe na ten temat i to była bardzo skuteczna reklama naszego odkrycia.

Bardzo szybko odezwali się do nas inni naukowcy z zagranicy. Byli zainteresowani wykorzystaniem naszego odkrycia w swoich badaniach. Zgłosili się m.in. naukowcy z Moguncji, którzy byli pionierami w wykorzystywaniu RNA w leczeniu nowotworów. Zaproponowali współpracę naukową.

Oni tego potrzebowali, a dla nas był to nowy kierunek badawczy. Jednak wynalazki mają to do siebie, że w pewnych warunkach działają, a w pewnych nie. Więc niemieccy badacze musieli je najpierw przetestować u siebie. Okazało się, że nasz wynalazek działa. Dowiedzieliśmy się, że uczeni współpracują z firmą farmaceutyczną BioNTech. Przedstawiciele tej firmy skontaktowali się z nami. Powiedzieli, że chcieliby kupić licencję na wynalazek.

Ile czasu minęło od startu badań do sprzedaży licencji?

Sam wynalazek powstał w 2005 roku. W kolejnym roku było pierwsze zgłoszenie patentowe. Licencja została podpisana na przełomie 2010 i 2011 roku. A kolejne lata to badania kliniczne na pacjentach, prowadzone przez firmą BioNTech, które doprowadziły do sublicencji naszego wynalazku dla potentatów na rynku farmaceutycznym, czyli Sanofi oraz Roche. Wszystko trwało ponad 10 lat. W międzyczasie były jeszcze badania nad modyfikacjami i samym zjawiskiem. Zaznaczę, że pracowaliśmy z zespołem, który prowadził swoje badania od lat '80 ubiegłego wieku. W tym wszystkim bardzo istotne było to, że nasz wynalazek powstał w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, kiedy pojawiła się potrzeba na tego typu modyfikowane mRNA.

Poza tym trafiliśmy na odpowiednich partnerów, którzy wiedzieli, jak nasz wynalazek wykorzystać w swoich badaniach, co następnie doprowadziło do komercjalizacji. Później obserwowaliśmy jak inne laboratoria zainteresowały się podobnymi badaniami, które chciałby wykorzystać modyfikowane mRNA w terapii nowotworowej. Nasz przewaga polegała na tym, że my już mieliśmy skuteczne rozwiązanie problemu, a inni dopiero go poszukiwali.

Jak wpadliście na to, że wasz wynalazek może być stosowany akurat w terapii nowotworowej?

Terapie genowe nie są niczym nowym w leczeniu takich schorzeń. Naukowcy zajmują się tym od lat 70. Tyle, że dotychczas interesowało ich głównie DNA, bo jest ono cząsteczką bardziej trwałą niż mRNA. W ciągu ostatnich 10 lat zmieniło się to. Po publikacji wyników naszych badań kilka grup badawczych zwróciło się do nas dokładnie wyjaśniając, do czego chcieliby tych badan użyć. Wtedy upewniliśmy się, że nasz wynalazek może być bardzo potrzebny, na szczęście mieliśmy na to patent.

I wynalazł pan licencję na zabijanie raka?

Tak nazwałem jeden ze swoich wykładów. Najbardziej zaawansowanym zastosowaniem naszego wynalazku jest właśnie szczepionka przeciwko nowotworom. Komórki zdrowe i komórki nowotworowe różnią się między sobą. Między innymi składem białek. Można nauczyć nasz system odpornościowy, aby rozpoznawał komórki nowotworowe i niszczył je. Tak właśnie działa szczepionka.

Za ile firmy farmaceutyczne odkupiły od was licencję?

Jest to tajemnica handlowa. Nie mogę o tym mówić [Według nieoficjalnych informacji transakcja była warta nawet 600 mln dolarów - red.]. Podobnie o moim honorarium. Mogę zdradzić tylko, że twórcom i uczelni przypadł niewielki procent tych kontraktów. Ważniejsze jest to, że umowa licencyjna zapewnia nam tantiemy, gdy lek korzystający z naszego rozwiązania zostanie wprowadzony.

To do kogo trafiła reszta?

Przede wszystkim pieniądze zostaną przeznaczone na finansowanie badań klinicznych, które prowadzi licencjobiorca (BioNTech). Na końcowy produkt, szczepionkę przeciwnotworową, oprócz naszego wynalazku składa się wiele innych elementów nad którymi badacze niemieccy pracowali wiele lat. Zanim lek trafi do użycia musi zostać bardzo skrupulatnie przebadany pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności, koszty tych badań są niewyobrażalnie wysokie.

Część pieniędzy trafiło też do naszych współpracowników z USA, którzy testowali nasz wynalazek w układach biologicznych. Wśród nich był m.in. profesor Robert Rhodes z Louisiana State University. Amerykanie też wzięli na siebie ciężar negocjacji biznesowych przy sprzedaży licencji. To prawdziwi profesjonaliści. Wiedzieli, jak powinna wyglądać komercjalizacja nauki. W Polsce w tamtym czasie było bardzo trudno o takich menadżerów. Nasi partnerzy okazali się bardzo uczciwi.

W tym biznesie, gdy w grę wchodzą drogie technologie nieuczciwość jest bardzo częstym zjawiskiem. Potem trudno takie oszustwa udowodnić. Wymagałoby to armii prawników przeciwko jeszcze większej armii prawników. My mieliśmy szczęście do uczciwych partnerów na każdym etapie.

Czyli to, że polska uczelnia skomercjalizowała swój pomysł nie jest wyłącznie waszą zasługą?

Udało nam się to dzięki współpracy z partnerami z Ameryki i z Niemiec. My stworzyliśmy wynalazek. Jest on jednak niewielkim elementem całego przedsięwzięcia. Dziś za całą resztę odpowiedzialna jest firma farmaceutyczna. Warto też uświadomić sobie, ile kosztuje wprowadzenie nowego leku na rynek.

Trzeba przeprowadzić badania wstępne, a następnie badania kliniczne na pacjentach. To kosztuje ok. 2 mld dolarów. A w przypadku leków innowacyjnych, a z takim właśnie mamy do czynienia, ten koszt może być jeszcze większy. Tymczasem budżet głównej instytucji, która finansuje badania naukowe w Polsce (NCN)to ok. 1 mld zł. Pamiętajmy, że inwestycja w lek jest inwestycją wysokiego ryzyka. Firmy farmaceutyczne są jedynymi podmiotami, które na to stać by takie ryzyko (również finansowe) podejmować.

Dlaczego jest to tak drogie?

Ze względu na ogromne obostrzenia. Pacjent musi być przede wszystkim bezpieczny. Ma pójść do apteki i kupić lek, który nie tylko mu nie zaszkodzi, ale przede wszystkim pomoże. To generuje kolosalne koszty. Są to koszty, których nie jest w stanie udźwignąć żadna instytucja finansowa.

Czyli używając nomenklatury inwestycyjnej: wynalazek to startup, a firma farmaceutyczna to taki fundusz private equity, czyli wysokiego ryzyka?

Tak się to odbywa na całym świecie. Powstaje pomysł. Jeżeli spodoba się on jakiemuś dużemu graczowi to ten w niego inwestuje. Potem wynalazek przechodzi przez kolejne fazy badań klinicznych, aż pojawi się jeszcze większy gracz, czyli bogaty koncern farmaceutyczny. Do tego trzeba pamiętać, że po drodze wiele rzeczy może się wysypać. Może okazać się, że lek wywołuje jakieś efekty uboczne. Albo firma w pewnym momencie zrezygnuje z wynalazku, bo uzna że jego produkcja się nie opłaca.

Co teraz dzieje się z lekiem?

Jest w kolejnej fazie badań. Dziś nie uczestniczymy w pracach nad nim. Mamy nowe projekty. Raczej przyglądamy się i kibicujemy.

To jako gorliwy kibic, czy przeczuwa pan, kiedy ten preparat może wejść do użytku?

Zwykle, gdy lek jest w takiej fazie badań jak dziś, to jego wprowadzenie trwa jeszcze 2-4 lata. Ale to jest statystyka. Chociaż szczerze mówiąc miałem podobne prognozy 2 lata temu.

Czy pracami nad szczepionką kiedykolwiek interesował się rząd?

Trzeba zauważyć, że lek powstał dzięki pracom badawczym, które były finansowane między innymi z państwowych pieniędzy. Dla tego konkretnego projektu było to kilkaset tysięcy złotych. I na tym koniec. Bardzo cieszę się, że naszym projektem nie interesował się żaden polityk. Właściwie to nie było ku temu powodu. Politycy są odpowiedzialni za tworzenie systemowych rozwiązań finansowania polskiej nauki. Jeśli wynalazek jest ciekawy to powinny istnieć systemowe rozwiązania, jak ten lek wspierać. Na telefonach i uściskach dłoni od ministrów nam nie zależy.

Inwestycja w naukę jest inwestycją wysokiego ryzyka, bo nie wiemy kiedy przyniesie efekt. Może to być jutro a równie dobrze za 10 lat. Zdarza się, że niektóre wyniki badań zmieniają rzeczywistość całego społeczeństwa po 50 latach. Szacuje się, że 1 na kilkadziesiąt wynalazków udaje się skomercjalizować. Nasz przypadek trochę wymknął się statystyce.

Zauważył pan, aby zmieniało się coś w jakości wsparcia dla polskiej nauki?

W porównaniu do tego, co było 10 lat temu dziś mamy zalążek kadry menadżerskiej, która potrafi komercjalizować naukowe projekty. Jest coraz więcej wdrożeń, które osiągają coraz wyższy poziom. Zmienia się też nastawienie samych naukowców. Widzą potencjał w swoich badaniach. Wierzą, że ich wyniki będą mogły coś zmienić. I dlatego coraz chętniej patentują swoje odkrycia. Jest postęp. Mam nadzieję, że będzie się on rozwijał w kierunku coraz bardziej świadomej komercjalizacji badań, które na to zasługują. Choć nie chcę deprecjonować tych badań, które nie znajdą jutro zastosowania dla społeczeństwa. Nie można popaść w przesadę.

A dziś dzięki swoim doświadczeniom czuje się pan trochę mniej naukowcem, a trochę bardziej przedsiębiorcą?

Jest to wciąż przede mną. Choć na pewno przybliża mnie do tego pomysł założenia spółki spin off. Mam nowe pomysły na komercjalizację. Teraz będą chciał zrobić to nieco inaczej niż za pierwszym razem, a spółka ma mi w tym pomóc. Prowadzimy rozmowy z funduszami. Nie mniej jednak, mam nadzieję że nawet, gdy zostanę przedsiębiorcą to nie przestanę być przede wszystkim naukowcem.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Tagi: medycyna, polskie uczelnie, fundusze, wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
15-10-2018

AnnaZaraz.. czyli za państwowe pieniądze polskiego podatnika powstał wynalazek z którego polski podatnik kompletnie nic nie ma a ewentualny lek będzie … Czytaj całość

15-10-2018

SPRZEDAJECIE ZŁYMDLACZEGO SPRZEDAJECIE POLSKI WYNALAZEK,ZAMIAST NA NIM ZARABIAĆ PIENIĄDZE. - PRZECIEŻ TERAZ POLAKÓW NIE BĘDZIE STAĆ NA TEN LEK.

15-10-2018

gosckoncerny farmaceutyczne nigdy nie pozwolą na produkcję leku zwalczającego raka, niby po co ? żeby stracić biliardy z tak wspaniałego dochodu jakim są … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (52)

Wybrane dla Ciebie