Notowania

Pracownicy MOPS-ów na krawędzi wytrzymałości. "Zarabiam 1600 zł, a ludzie śmieją mi się w twarz"

Coraz więcej obowiązków, wymuszanie pracy w soboty, obcinanie urlopów - a pieniądze ciągle takie same. Pracownik MOPS ujawnia money.pl drugą stronę polityki socjalnej rządu.

Podziel się
Dodaj komentarz
(M.Lasyk/REPORTER)
W naszym ośrodku mamy ok czterech-pięciu tysięcy decyzji w sprawie 500+, które realizują cztery osoby. Przypuszczamy, że wniosków o 300+ może być nawet osiem tysięcy - mówi nasz rozmówca

- Moja pensja to 2200 zł brutto plus wysługa lat. To i tak nad wyraz wysokie wynagrodzenie. Większość osób w naszym dziale, czyli panie, które pracują kilkanaście lat przy zasiłkach rodzinnych, nie ma nawet takiej podstawy – mówi nam anonimowo pracownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej ze Śląska, pan Jerzy. Czytelnik napisał do nas przez platformę DZIEJE SIĘ.

Pan Jerzy skontaktował się z nami niedługo po tym, jak rząd ogłosił kolejny program wsparcia dla rodzin. Tym razem – szkolna wyprawka nazwana już 300+. To dodatkowe pieniądze wypłacane przez państwo uczniom przed rozpoczęciem roku szkolnego. Koszt? Ponad 1,5 mld zł. Już teraz program spotyka się zresztą z krytyką. Za takie pieniądze można by np. zorganizować przejazdy uczniom do szkoły lub zapewnić darmowy podręcznik. Ale to nie byłoby tak efektowne, jak danie gotówki do ręki.

Ale dla pana Jerzego i jego kolegów rządowy program wsparcia oznacza przede wszystkim, że znów będzie mieć więcej pracy. A zarobki pozostaną takie same.

Pensje marne, a praca ciężka

- Minimalne wynagrodzenie pracownika samorządowego wynosi 1700 zł. Dotyczy to pracowników I kategorii i stanowi 80,9 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę - w 2018 r. wynosi ono 2100 zł. Do wynagrodzenia doliczana jest wysługa lat - 1 proc. za jeden rok. W naszym ośrodku funkcjonują również premie kwartalne, o które wnioskuje kierownik, jednakże nie są wyższe niż 200 zł brutto – wylicza.

Zdaniem minister Rafalskiej przez niskie płace, kobiety nie chcą iść do pracy

Twierdzi on, że wymagania stawiane pracownikom są „nierealne”. Placówki MOPS są bowiem obsadzone minimalnie, a dyrekcja zobojętniona wobec losu pracowników.

– Musimy zrezygnować z urlopów w wakacje, bo okres zasiłkowy zaczyna się w tym roku już od lipca. Jesteśmy zostawieni sami sobie. Dyrekcja straszy naganami za niezrealizowanie założeń ustawy – opowiada. – Ktoś mógłby powiedzieć, że program 300+ niesie za sobą dodatkowe finanse. Owszem, ale dla dyrekcji, kierownika, księgowej i informatyka... To oni dostaną sute dodatki, a nam proponują umowy zlecenia i pracę po godzinach lub w weekendy. I że możemy sobie odbierać wolne za nadgodziny. Tylko że ja się pytam, kiedy mamy to robić?? – dodaje.

W poprzednich latach okres zasiłkowy zaczynał się dopiero w sierpniu. Teraz jest jednak inaczej. Jak twierdzi pan Jerzy, stało się tak, gdyż Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zrównało okresy zasiłkowe, tj. wnioski elektroniczne o wszystkie świadczenia (np. 500+, rodzinne oraz nowość, czyli 300+), można składać od lipca.

- Pani minister wymaga, a więc dyrekcja żąda od nas, byśmy w okresie zasiłkowym pracowali na zmiany, bo każdy obywatel ma prawo złożyć w dogodny sposób wniosek. Więc nasz dział ma wydłużane godziny pracy, nawet do 19. Przypominam, że są to wakacje i każdy chciałby spędzić ten czas z rodziną, a nie w pracy. Tym bardziej że niejednokrotnie zdarzały się polecenia służbowe, aby przyjść do pracy w pełnym wymiarze w sobotę. Wszystko przez braki kadrowe – mówi pan Jerzy.

Dwa tysiące wniosków na jednego urzędnika

W dodatku program 300+ rusza już za kilka tygodni, a pracownicy MOPS-ów nadal nie wiedzą, jak będzie implementowany. A przed nimi ogrom pracy.

- W naszym ośrodku mamy ok czterech-pięciu tysięcy decyzji w sprawie 500+, które realizują cztery osoby. Przypuszczamy, że wniosków o 300+ może być nawet osiem tysięcy – twierdzi.

- Co roku zgłaszamy kierownictwu i dyrekcji, że do obsługi świadczeń, przede wszystkim 500+, jest za mało osób. Z roku na rok wniosków przybywa, a obsada jest taka sama albo się zmniejsza, bo ludzie po prostu nie wytrzymują presji – mówi pan Jerzy.

Co jednak zwiększa frustrację jego oraz jego koleżanek i kolegów, to to, że niejednokrotnie ich bezrobotni i wielodzietni podopieczni dostają... więcej pieniędzy niż oni.

- Klasyczna wielodzietna rodzina to zazwyczaj matka z trójką, czwórką dzieci. Ale zdarzają się też takie, które mają sześć czy dziewięć. Matki są bezrobotne, często zarejestrowane w urzędzie pracy od dwudziestu lat lub wcale. Ich partnerzy, o ile są, też są osobami bezrobotnymi. Jednakże zazwyczaj każde dziecko ma innego tatusia, więc są zasądzone, alimenty. Tyle że tatuś nie płaci, więc płaci MOPS – tłumaczy.

I wylicza, na ile może liczyć samotna matka w trudnej sytuacji życiowej. Jest to 500+, czyli 500 zł na każde dziecko, fundusz alimentacyjny, którego wysokość jest zależna od decyzji sądu, jednak nie może przekroczyć kwoty 500 zł na jedno dziecko i zasiłek rodziny, który miesięcznie wynosi 95 zł na dziecko do piątego roku życia, 124 zł na dziecko w wieku od pięciu do osiemnastu lat oraz 135 zł na latorośl od 18 do 24 lat.

Ponadto są jeszcze inne dodatki: okresowe lub okolicznościowe - jak 1000 zł becikowego z tytułu urodzenia dziecka, 80 zł za samotne wychowywanie dzieci, ekstra 95 zł z tytułu wychowywania w rodzinie wielodzietnej czy dodatek 100 zł w momencie rozpoczęcia roku szkolnego. Oprócz tego, jeśli matka w ciężkiej sytuacji idzie na macierzyński, to wtedy przez rok dostaje tzw. kosiniakowe, czyli 1000 zł miesięcznie.

Pomysły rządu? "Przerażające"

Jak przekonuje pan Jerzy, do tego dochodzą jeszcze zasiłki celowe, rządowe oraz inne pomoce, jak dożywianie dzieci w szkole, bony na żywność a także dotacje mieszkaniowe. Według naszego rozmówcy, oznacza to, że przykładowa bezrobotna matka z czwórką dzieci dostaje miesięcznie 2000 zł z tytułu 500+, 2000 zł z Funduszu Alimentacyjnego (o ile oczywiście sąd przyzna kwotę maksymalną z tego tytułu), nie licząc innych świadczeń. Wydaje się to sporo, ale pamiętajmy, że mówimy o pięcioosobowym gospodarstwie domowym. W dodatku matka z czwórką dzieci jest "bezrobotna" tylko w teorii. Mając taką liczbę pociech, wykonuje się ogromną pracę w domu.

- Przerażające są kolejne pomysły PiS, czyli premia za urodzenie dziecka w przeciągu dwóch lat, czy emerytura dla matek, które urodzą czwórkę dzieci. A co z paniami, które nie mogą mieć dzieci? – pyta pan Jerzy.

- Jak pracować z uśmiechem na ustach, gdy zarabia się 1600 zł, a ktoś śmieje się ci prosto w twarz i jeszcze żąda przyspieszenia wypłaty albo mówi, że przeze mnie jego dziecko głoduje, bo wciąż czeka na decyzję? – dodaje.

Zapytaliśmy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Opieki Społecznej o to, czy zamierza zająć się losem pracowników w kontekście zwiększonych dla nich wymagań w pracy. Zostaliśmy poinformowani, że resort potrzebuje więcej czasu, aby udzielić precyzyjnej odpowiedzi.

Imię bohatera na jego prośbę zostało zmienione

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Tagi: polityka społeczna, wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
15-06-2018

obserwatorBo to nie są zasiłki ale łapówki dla nierobów żeby głosowali na PIS .Bo PIS ceni posłusznych nierobów a nie uczciwych pracowników . Ciekawe jak długo … Czytaj całość

15-06-2018

Ela R.Teoria 3 400. Jak kobieta ma 3 dzieci a facet nie przyniesie 3 400 miesięcznie do domu to kobieta go wywala. Idzie da sądu, alimenty 500 netto na … Czytaj całość

15-06-2018

maciejTo niech się zwolnią i pójdą do Biedronki. Ale nie, tam przecież trzeba pracować, a tylko pić kawkę, przeglądać facebooka i plotkować. Tacy to zawsze … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (1099)

Wybrane dla Ciebie