Notowania

prawnicy
28.04.2018 15:14

Młodzi prawnicy gorzko o swojej sytuacji. "Nawet koleżanka po etnologii ma wyższą pensję"

Szli na studia w czasach, gdy rekordy popularności bił serial "Magda M". Eleganckie mieszkanie, fajny samochód, markowe ubrania – to rozpalało wyobraźnię. 10 lat później młodzi prawnicy wciąż są na dorobku i z zazdrością patrzą na kolegów, którzy poszli „do biznesu”.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Macierzynski/REPORTER)
Z rozwodów czy podziału majątku ciężko przeżyć, najlepiej mają ci, którzy prowadzą obsługę przedsiębiorstw

Szli na studia w czasach, gdy rekordy popularności bił serial "Magda M". Duże mieszkanie, fajny samochód, markowe ubrania - to rozpalało wyobraźnię. 10 lat później młodzi prawnicy wciąż są na dorobku i z zazdrością patrzą na kolegów, którzy poszli "do biznesu".

- Czy znam prawników, którym nie starcza na godne życie? Znam całą masę takich, którym ledwo wystarcza na ZUS i comiesięczne opłaty - mówi Ewa, która obserwuje sytuację na rynku prawniczym z pozycji aplikantki radcowskiej, a za rok, jeśli się uda, będzie już działającym na własny rachunek prawnikiem.

Z jednej strony dobrze, bo jako aplikantka zarabia w łódzkiej kancelarii równe 2 100 zł brutto - dokładnie tyle, ile wynosi pensja minimalna. Z drugiej strony - wcale nie ma pewności, że słowo "mecenas" przed nazwiskiem przełoży się na wyższe wynagrodzenie.

Po otwarciu zawodów zrobiło się ciasno

Już dawno minęły czasy, gdy radcowie prawni, adwokaci i notariusze niemal z automatu wchodzili do finansowej elity. Bez problemu mogą wskazać moment, w którym zawód prawnika przestał być synonimem świetnych zarobków - rok 2005, kiedy minister Zbigniew Ziobro otworzył dostęp do zawodów prawniczych. Cele były słuszne. Z jednej strony zwiększenie liczby czynnych prawników miało spowodować spadek cen i umożliwić korzystanie z ich usług także mniej zamożnym klientom. Z drugiej - pozwolić dostać się do zawodu także tym absolwentom prawa, którzy nie wywodzą się z rodzin prawniczych.

W różnych miastach bywało różnie, ale wejście do zawodu prawniczego było dostępne dla garstki najlepszych studentów albo dla "dobrze urodzonych". Dużo się wtedy mówiło o otwierających wiele drzwi kopertach, ale po latach nikt już o tym rozmawiać nie chce.

Kiedy aplikacja przestała być miejscem dla uprzywilejowanych, studenci piątego roku prawa nogami pokazali, że zmiana się im podoba. W ciągu dekady przybyło kilkanaście tysięcy mecenasów. O ile w 2005 r., gdy wchodziła w życie ustawa o otwarciu zawodów prawniczych, mieliśmy 6191 czynnych adwokatów i 881 aplikantów. Dziesięć lat później liczba adwokatów wzrosła do 13 tys. 737, a do zawodu przygotowywało się 7 tys. aplikantów.

Dużo? Dodajmy do tego liczbę radców prawnych: z 17,5 tys. w 2005 r. (do tego 2 295 aplikantów), zaś w 2015 r. zawód wykonywało aż 28 tys. radców! W tym czasie 7,5 tys. osób odbywało aplikację.

- Aplikacja to ciekawy okres w życiu, bo bardzo dużo się uczysz. Oczywiście, są kancelarie lepsze, w których młody prawnik może się wykazać w różnych sprawach i prowadzić je niemal od początku do końca. I gorsze, w których robi się mało rozwijające rzeczy, np. pisze schematyczne wezwania do zapłaty, ale zasadniczo naprawdę można wtedy zrozumieć, na czym polega praca prawnika - opowiada Anna z Łodzi.

Zobacz też: * *To nie życie, to przeżycie - Ukraińcy w Polsce oszczędzają jak mogą

Adwokatem jest od trzech lat. Nie żałuje wyboru profesji, ale gdy była aplikantką, bywało bardzo ciężko. W kancelarii siedziała znacznie więcej niż ustawowe osiem godzin, gdyż musiała odrobić czas spędzony na zajęciach i praktykach, które są obowiązkowe.

Najtrudniej było na pierwszym roku, bo wtedy regularnie wypadał z tygodnia pracy cały dzień. Aplikanci pierwszego roku są najmniej dyspozycyjni, więc też dostają niedużo. Ona zarabiała niewiele ponad tysiąc złotych. W kolejnych latach było lepiej - 1 700 zł, czasem wpadały jakieś premie, dodatki.

Mówi, że i tak miała szczęście, bo niektórzy aplikanci nie dostają żadnego wynagrodzenia lub jest to symboliczne 500 zł. Nic dziwnego, gdy wziąć pod uwagę, że chętnych do praktycznej nauki zawodu jest więcej niż miejsc, w których mogą przez te trzy lata zbierać zawodowe szlify. Prowadzący kancelarie radcowie i adwokaci wiedzą, że nie muszą rywalizować o aplikantów dobrym wynagrodzeniem, więc wielu bez żenady proponują pieniądze, za które do pracy nie poszedłby pracownik w jakiejkolwiek innej branży.

- Nawet w dużych miastach można znaleźć oferty pracy w zamian za zdobycie doświadczenia. Czyli jesteś dorosłym człowiekiem z dyplomem w kieszeni, pracujesz nie mniej ciężko niż pozostali prawnicy w kancelarii, a w gruncie rzeczy jesteś wolontariuszem - zauważa Anna.

Praca w sklepie uderza w godność aplikanta

Tyle że za ten wolontariat trzeba płacić, bo rocznie szkolenie kosztuje ok. 5,4 tys. zł. Do tego zwyczajne koszty życia, więc okazuje się, że bez pomocy rodziny albo małżonka, który zarabia normalne pieniądze, jest bardzo ciężko.

Można dorobić, powie ktoś. Nic z tego, bo aplikant musi na każdym kroku udowadniać, że jest godzien stanowiska, które chce wykonywać. W praktyce ta górnolotna zasada oznacza, że aplikantowi nie wolno podejmować zatrudnienia "byle gdzie". W weekend nie dorobi w sklepie, wieczorem nie poda piwa w knajpce, bo to niegodne adwokatury. Na podjęcie dodatkowej pracy - poza kancelarią, działem prawnym czy urzędem, trzeba mieć zgodę aż czterech instancji (patrona, dziekana i okręgowej rady adwokackiej oraz opinii kierownika szkolenia aplikantów).

Szczęście w nieszczęściu, nikt nie weryfikuje, co aplikant robi po oficjalnej pracy. Jeśli jednak kłamstewko się wyda, młody człowiek może mieć poważne kłopoty - włącznie z postępowaniem dyscyplinarnym i usunięciem z aplikacji.

Zastępstwa na wagę złota

- Na aplikacji budżet pozwalały mi dopiąć zastępstwa procesowe. Bez tego byłoby naprawdę trudno - deklaruje Anna.

Nie jej jedynej. Zastępstwa procesowe, zwane stójkami, to zastępowanie radcy czy adwokata, gdy sprawa jest na tyle prosta, że nie ma sensu, by osobiście fatygował się na nią z innego miasta. O tym, że zainteresowanie jest ogromne, niech świadczy fakt, że dosłownie kilka minut po tym, jak na którejś ze specjalnych stro, poświęconych tematowi pojawi się ogłoszenie, prawnik ma w skrzynce kilkanaście zgłoszeń.

Za zastępstwo aplikantowi wpada do kieszeni około stu złotych. Płatne do ręki, nieopodatkowane.

Choć dla ścisłości: nie tylko aplikantowi. Moi rozmówcy mówią, że niepokojąco wielu początkujących radców i adwokatów walczy o stójki.

Tort do podziału coraz mniejszy

Ze zwiększającą się liczbą graczy nie idzie w parze jakiś lawinowy wzrost spraw, dzięki którym mogą oni zarobić na chleb. Z rozwodów czy podziału majątku ciężko przeżyć, najlepiej mają ci, którzy prowadzą obsługę przedsiębiorstw.

- Ludzie nie rozumieją, dlaczego muszą zapłacić adwokatowi czy radcy trzy tysiące za poprowadzenie spraw. Bo co to za praca napisać kilka pism i pojechać do sądu

- ironizuje Artur, aplikant ostatniego roku.

Dodaje, że nikt nie pyta, jakim prawem ekipa remontowa bierze za pomalowanie ścian kilkaset złotych.

Bo nawet najmniejszy remont to konkret, a porada? Siedzi taki przy biurku, zajrzy do kodeksu, ale to żaden wysiłek. Mało kto chce natomiast dostrzec, że adwokat i radca prowadzi normalną działalność, która musi na siebie zarobić. Wynajęcie lokalu (albo pokoju w kancelarii dzielonej z innymi prawnikami), sekretarka, dostęp do internetowej bazy aktów prawnych, składka do rady adwokackiej lub izby radców prawnych, wszystkie ubezpieczenia, podatki, ZUS. Normalne koszty, żadnej taryfy ulgowej.

Co miesiąc adwokat czy radca musi więc wyłożyć co najmniej 4 tys. zł, a z przepływami finansowymi jest różnie. Sprawy ciągną się niekiedy miesiącami, a on do czasu ich zakończenia ma do dyspozycji tylko zaliczkę. Moi rozmówcy przyznają, że bywa, iż po dwa-trzy miesiące z rzędu wykazują stratę. Ryzyko wpisane w zawód.

- Zaapeluj, by czytelnicy nie targowali się z prawnikami o każde sto złotych za sprawę, bo to skutkuje tym, że musimy brać jakąś niebotyczną liczbę spraw, by wyjść na swoje i w efekcie nie mamy czasu, by poświęcić każdej tyle czasu, na ile zasługuje. Takie negocjowanie do upadłego naprawdę nie działa na korzyść klientów - prosi znajomy radca z Dolnego Śląska, gdy poprosiłam go o podzielenie się doświadczeniami.

Uprawnienia zawodowe ma od czterech lat i przyznaje, że już w pierwszym roku pracy "na swoim" jego dochody wzrosły trzykrotnie w stosunku do tego, na co mógł liczyć jako aplikant. Każdy kolejny rok jest pod tym kątem lepszy od poprzedniego, ale coś za coś: w pracy spędza po 13 godzin dziennie.

O tym, ile tak naprawdę zarabia prawnik i co to znaczy wziąć sprawę z urzędu, przeczytacie na następnej stronie.

Kasta krezusów vs. szara rzeczywistość

Niezależnie od tego, że naprawdę dobre czasy się dla prawników skończyły dekadę temu, kolejne roczniki maturzystów z tą samą siłą szturmują wydziały prawa. W wielu ludziach wciąż pokutuje przekonanie, że najlepiej być lekarzem lub prawnikiem. No i programistą.

Na wyobraźnie działają także liczby. Zapytaliśmy czytelników, jakie są, ich zdaniem, zarobki czynnych prawników. Prawie połowa ankietowanych uważa, że adwokat i radca mogą liczyć na co najmniej 15 tys. zł miesięcznie do ręki.

Badanie średniego wynagrodzenia też podpowiada, że moi rozmówcy powinni być zadowoleni. Z Raportu Płacowego przygotowanego przez firmę Antal za 2017 r. wynika, że szeregowi prawnicy z uprawnieniami mogli liczyć na starcie na pensje w przedziale 3-18 tys. zł brutto, a ci zatrudnienia w dziale prawnym firmy ("in-house") na co najmniej 8 tys. Jeśli jednak przedział wynosi między 3 a 18 tys. albo 8 a 20 tys., to znaczy, że tak naprawdę o żadnym uśrednieniu zarobków nie ma mowy.

Z raportu dowiadujemy się też, że zarobki prawników spadają.

- Średnie wynagrodzenie w 2017 roku na rynku prawniczym było niższe o 25 proc. niż rok wcześniej i wyniosło 10 450 zł wobec 13 906 zł w 2016 roku - czytamy.

I tu ciekawy paradoks, bo na pytanie, jak kształtowały się ceny usług prawniczych w ostatnich 2, 3 latach, Grzegorz Lenkiewicz, specjalista w firmy Antal odpowiedział, że "jak wynika z danych Eurostatu – ceny usług prawniczych w Polsce wzrosły blisko o 50 proc. i wszystko wskazuje na to, że trend ten się utrzyma".

Sprawy z urzędu pomagają na starcie, później bywają utrapieniem

- Mnie nie przestaje dziwić, że choć działamy jak każdy inny przedsiębiorca: konkurujemy na uczciwych zasadach i osobiście ponosimy ryzyko biznesowe, to państwo oczekuje, że będziemy od czasu do czasu przyjmować sprawy, które wyceniane są znacznie poniżej cen rynkowych - mówi Anna.

Chodzi o sprawy z urzędu, które są ucieleśnieniem zasady, że każdy - biedny czy bogaty - ma prawo do obrony.

Kto udokumentuje niskie dochody, może wnioskować o przydzielenie pełnomocnika z urzędu. Każdy adwokat i radca od czasu do czasu zostaje wyznaczony do udziału w niej i nie jest to propozycja, ale obowiązek.

Stawki za tzw. urzędówki wynikają z rozporządzenia. Przed kilkoma laty ówczesny minister sprawiedliwości Borys Budka podwyższył je nieznacznie (na co od lat naciskało środowisko prawnicze), ale Zbigniew Ziobro ponownie je obniżył. Argumentował, że w sytuacji, gdy ponad 97 proc. Polaków rozlicza się w pierwszej grupie podatkowej, a ok. 4,6 mln żyje poniżej granicy ubóstwa, niedopuszczalna jest sytuacja, gdy prawnicy zarabiają krocie na prowadzeniu spraw najbiedniejszych Polaków.

Pawel Bialic/REPORTER

Tym samym za prowadzenie skomplikowanej sprawy z prawa pracy czy przeciwko ZUS prawnik dostanie 90 zł. Te pieniądze mają stanowić godną rekompensatę za czas poświęcony na rozmowę z klientem, zapoznanie się z dokumentacją, napisanie kilku pism, stawienie się w sądzie. Oczywiście wszystkie załączniki prawnik kopiuje na własny koszt.

- Wyznaczono mi kiedyś sprawę z urzędu w dniu, w którym miałam zaplanowany wcześniej urlop. Musiałam zlecić zastępstwo, za co zapłaciłam 100 zł. Dołożyłam do prowadzenia tej sprawy - relacjonuje Anna.

Za prowadzenie sprawy karnej pełnomocnik z urzędu zainkasuje 420 zł, a za każdą rozprawę kolejne 84 zł. W sprawach cywilnych też nie jest najgorzej. Moi rozmówcy przyznają, że chętnie prowadziliby więcej takich spraw z urzędu zamiast najniżej wycenianych z prawa rodzinnego i prawa pracy.

- Szkopuł polega na tym, że to Okręgowa Rada Adwokacka wybiera adwokatów, którzy poprowadzą te najlepiej wyceniane sprawy, więc dziwnym trafem trafiają one z reguły do tej samej grupy zaufanych prawników. Do tych gorzej płatnych losuje się prawnika i trafiają do nas, początkujących - mówi gorzko Anna.

- Choćbyśmy bardzo się starali, bardzo trudno rzetelnie poprowadzić wielomiesięczną sprawę, za którą dostaniesz niecałe 100 zł. Mniej się do nich przykładamy, więc klienci mają pretensje. Stąd sporo skarg na adwokatów z urzędu. To ciekawe: ludzie nic nie płacą, a wymagają usług na najwyższym poziomie - mówi gorzko Artur.

"Zarabiamy najmniej spośród wszystkich znajomych"

- Adwokat pracuje do śmierci, bo ma tak niskie świadczenia. Stąd tak duże zainteresowanie stanowiskami prokuratorskimi i sędziowskimi - mówi Artur.

Taką drogę wybrała jego dziewczyna. Magda przez kilka lat pracowała jako asystentka sędziego. Praca dawała bezpieczeństwo, którego nie miał Artur: umowa o pracę, płatne urlopy, komplet składek. Zarobki pozostawiały jednak wiele do życzenia.

- To profesja, o której mało kto wie, ludzie myślą, że asystentka sędziego to jego prywatna sekretarka. W rzeczywistości pisałam projekty postanowień, uzasadnień. To ciekawa praca, bo można dowiedzieć się, co siedzi w głowie sędziego, a to bardzo przydaje się w dalszej karierze prawniczej - opowiada.

Do konkursu na stanowisko chętnie przystępują młodzi absolwenci, którzy jeszcze nie wiedza, co chcą robić w życiu. Kiedy pojawia się szansa na lepsza pracę, odchodzą, bo za 2 100 zł (tyle zarabia w łódzkim sądzie Magda) przeżyć trudno. Może być parę groszy więcej, gdyż wynagrodzenie wynika z rozporządzenia, ale ewentualne 200 czy 300 zł więcej nie robi różnicy.

Asystent nie może się łudzić, że jest w tej samej sytuacji co aplikant adwokacki, który wprawdzie musi nauczyć się żyć przez kilka lat za psie pieniądze, ale z czasem jego wynagrodzenie wzrośnie.

- U nas nie ma ścieżki awansu. Jasne, po jakichś 10 latach można stać się starszym asystentem i dostać niewielką podwyżkę, ale w tym czasie twoi rówieśnicy, którzy od razu poszli do biznesu, zarabiają już trzy razy więcej niż ty - mówi Magda, która za rok o tej porze ma nadzieję podchodzić do egzaminów na aplikacji sędziowskiej.

ADAM TUCHLINSKI/REPORTER

- Zarabiamy najmniej spośród naszych znajomych. Nawet koleżanka po etnologii ma wyższa pensję – mówi Magda.

Pytam, czy mając tę wiedzę, wybraliby studia prawnicze. Zgodnie kręcą głowami, że nie.

- Gdy szliśmy na studia, realia wykonywania tego zawodu były zupełnie inne. Politycy z jakąś ogromną pasją zmieniają ustawy regulujące kolejne zawody prawnicze, więc trudno zgadywać, co czeka nas w kolejnych latach. Nie warto - mówią

Być prawnikiem a mieć specjalizację, to dwie różne rzeczy

-Trochę mnie dziwi, że prawie każdy absolwent prawa chce iść na aplikację. Mamy tak wielu adwokatów i radców, że nic dziwnego, że ich wynagrodzenia spadają - mówi Małgorzata, która kilka lat po studiach zdała egzamin na doradcę podatkowego i pracuje na wysokim stanowisku w jednej z firm podatkowych z tzw. wielkiej czwórki.

Choć jest rówieśniczką moich pozostałych rozmówców, nie narzeka na zarobki ani tryb pracy. Choć pracuje w międzynarodowej korporacji, praktycznie nie ma nadgodzin, a jeśli się zdarzają, to zawsze płatne.

- Dziwi mnie ten pęd do bycia adwokatem czy radcą. Wystarczy spojrzeć na dane: w kraju mamy 9 tys. doradców podatkowych, a samych aplikantów radcowskich jest obecnie jakieś 5 tysięcy. Młodzi ludzie niby o tym wiedzą, ale z jakiegoś powodu unikają specjalizacji podatkowej - stwierdza Małgorzata.

Czasem rekrutuje pracowników do swojego zespołu i mówi, że naprawdę trudno znaleźć odpowiednio przygotowanych kandydatów. Dla wielu zrekrutowanych praca w firmie była tylko etapem przejściowym, bo gdy zdali egzamin na aplikację, odchodzili.

- Trudno mi zrozumieć, dlaczego rezygnowali z dobrze płatnej pracy na rzecz dwóch tysięcy w kancelarii - mówi.

Zaraz po studiach pracowała w kancelarii adwokackiej i szybko zrozumiała, że nie może sobie pozwolić na komfort wejścia do adwokatury: pracowała niemal za darmo, szef nie chciał słyszeć o partycypowaniu w kosztach aplikacji.

- Nie odradzam studiów prawniczych, bo to dobry, rzetelny kierunek. Tyle, że skończenie prawa a pójście później na aplikację to dwie różne rzeczy. Warto się wyspecjalizować w czymś w miarę niszowym - dodaje.

Jeszcze kilka lat temu ekscytowała się w rozmowach z koleżankami, że radca po dwóch, trzech latach pracy może zarabiać do ręki 4,5 tys. zł.

- Myślałyśmy "wow", ale fajnie. A teraz uważam, że to takie sobie "wow" - konstatuje Małgorzata.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Tagi: prawnicy, wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
28-04-2018

Pani jagodaSkonczylo sie panowanie kast i ukladow. Zmiencie profesje bo czeka was bieda.

28-04-2018

RyszardMlodz prawnicy to dramat. Niedouczni balangi alko a chca zarabiac wielkie pieniadze. POKORY...

28-04-2018

OkoRzesza nieudacznikow pseudo prawnikow...coz zostaje zmywaj w uk. Powodzenia na emigracji.

Rozwiń komentarze (437)