Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Bogaci się bogacą, biedni biednieją. Sto lat polskich nierówności

Bogaci się bogacą, biedni biednieją. Sto lat polskich nierówności

Fot. Przemyslaw Fiszer

Polski naród składa się z trzech stanów. Szlachty, która jest wszystkim. Mieszczaństwa, które jest niczym. Oraz chłopstwa, które znaczy jeszcze mniej niż nic” – napisał Jean Jacques Rousseau w roku 1782, u kresu istnienia I Rzeczpospolitej. Jeśli rzucić na wykres ostatnie 100-lecie nierówności w Polsce, przypomina on literę U: wzrost, spadek i kolejny, bardzo ostry wzrost. Egalitaryzm wciąż przed nami.

Gdy filozof Rousseau pisał swoją pracę „Uwagi o rządzie polskim” nierówności ekonomicznych nie mierzono w sposób systematyczny. Dziś ekonomiści nie tylko nierówności mierzą (np. Piketty i inni, World Income Database), ale też próbują robić to wstecznie (Milanovic, 2011; Scheidel, 2017). Robią to, by pokazać jak z egalitaryzmem drzewiej bywało.

Zobacz: Nowy Rzecznik MSP: będą kary dla urzędników nieprzestrzegających Konstytucji dla biznesu


 

Z owych prac wyłania się następująca prawidłowość: pod względem nierówności ekonomicznych Zachód i Wschód Europy zaczynają się rozjeżdżać mniej więcej w XVI wieku. Zdaniem wielu ekonomistów (Scheidel, 2017; Acemoglu i Robinson, 2012) ma to bezpośredni związek z epidemią dżumy. Z jednej strony czarna śmierć była hekatombą, która unicestwiła nawet 1/3 ówczesnej populacji takich regionów jak Niemcy, Niderlandy czy Anglia. Z drugiej, ów ponury czas to jednocześnie początek trwającej do dziś ekonomicznej supremacji Zachodu. Jak to możliwe?

Epidemia zadziałała trochę jak wielki i superskuteczny związek zawodowy, doprowadzając do znaczącego wzmocnienia pozycji pracowników, którzy przeżyli – co wynika ze znacznie zmniejszonej liczby rąk do pracy – a co za tym idzie do zmniejszenia nierówności dochodowych. To z kolei uwalniało nową społeczną energię potrzebną do generowania postępu. Mówiąc krótko.

Czytaj też: Skrajne ubóstwo. Półtora miliona Polaków musi dać radę przeżyć za mniej niż 400 zł miesięcznie

Szlachta I Rzeczypospolitej miała pod dostatkiem darmowych rąk do pracy (poddaństwo osobiste) i nie musiała się niczym kłopotać. W tym samym czasie na Zachodzie ówcześni protoprzedsiębiorcy musieli ostro główkować. Na przykład wymyślając pracooszczędne innowacje (głównie maszyny, które zrewolucjonizowały kolejne gałęzie wytwórczości). Raz wyemancypowani pracownicy nie chcieli już jednak wracać potulnie w kierat samodzierżawia. Wiedzieli, że inne relacje społeczne są możliwe. To prowadziło do trudnego, lecz twórczego napięcia pomiędzy kapitałem a pracą. Taka była droga, która doprowadziła Zachód do rewolucji przemysłowej i eksplozji kapitalizmu w XVIII wieku.

Gdy więc Jean-Jacques Rousseau pisze „Uwagi o rządzie polskim” proces rozjazdu Wschodu i Zachodu trwa już od dobrych dwóch wieków. Filozofa w polskim modelu pewne rzeczy nawet fascynują. Na przykład polskie „liberum veto”. Nierówności ekonomiczne odnotowuje zaś jakby mimochodem, co tylko wzmacnia diagnozę dotyczącą poziomu egalitaryzmu. Tak, I Rzeczpospolita u kresu swego istnienia jest państwem mocno nierównym pod względem ekonomicznym i społecznym.

Początek

123 lata później splot geopolitycznych przypadków, społecznych napięć i oddolnej presji narodowowyzwoleńczej przynosi upragniony przez pokolenia Polaków skutek. Odradza się niepodległa od mocarstw ościennych Polska. Młodemu państwu udaje się nawet odeprzeć atak bolszewickiej Rosji. Czy jednak odrodzona RP jest krajem równym i sprawiedliwym? Nie, nie jest. „Żyją poniżej ludzkiego minimum egzystencji” – zanotował po wizycie na polskiej wsi szwedzki konsul generalny Carl Herslow. Znów dowód, że w oczach przedstawiciela ówczesnego Zachodu Polska nie trzyma cywilizacyjnego standardu swoich czasów.

Aby zrozumieć dynamikę wydarzeń trzeba się cofnąć do XIX wieku. I podzielić obraz na trzy części, według zaborów. Najwięcej wiemy o zaborze pruskim, co jest związane z wczesnym wprowadzeniem tam nowoczesnego podatku dochodowego (1851 r.). Korzystając z tych danych (Bukowski i Novokmet, 2017) spójrzmy więc na dochody 1 procenta najbogatszych w Poznańskiem oraz na Górnym Śląsku, czyli w tych prowincjach Prus (potem Rzeszy Niemieckiej), które po roku 1918 wejdą w skład odrodzonej Niepodległej.

W ciągu 25 lat poprzedzających wybuch I wojny światowej układa się on w przedziale 10-14 proc. PKB, z tendencją rosnącą. Zjawisko jest bardziej wyraźne na uprzemysłowionym Górnym Śląsku, gdzie dochody 1 proc. najbogatszych stanowią 18 proc. PKB. W Wielkopolsce jest trochę równiej. Ale i tu akumulacja bogactwa postępuje. Z innych źródeł wiemy, że Wielkopolska zmienia wtedy gwałtownie swój gospodarczy profil. Z obszaru rolniczego i skupionego na uprawie zbóż, zmienia się w pioniera agrarnego kapitalizmu (produkcja cukru). Jednocześnie władze pruskie bardzo dbają, by nawet tam nie zabrakło rąk do pracy. Migracje ludności wiejskiej do bardziej zurbanizowanych części Niemiec (Zagłębie Ruhry, Zagłębie Saary, Śląsk) oraz do Ameryki są stale uzupełniane przez ściąganie migrantów z pozostałych zaborów. Biskmarckowski Kulturkampf jest odpryskiem tamtej polityki, sposobem władz w Berlinie, by dbając o interesy zainteresowanych tanią siłą roboczą pracodawców nie zafundować sobie potencjalnie niebezpieczniej repolonizacji tych ziem. Zabór pruski w przededniu I wojny światowej charakteryzują nierówności ekonomiczne na poziomie dzisiejszych Chin. A Śląsk – na poziomie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.

W Galicji było inaczej – biedniej, ale równiej. Na terenie zaboru austriackiego dominowały małe gospodarstwa rolne poniżej 2 ha. Przemysł pozostawał w tyle. W efekcie na najbogatszy 1 proc. mieszkańców Galicji przypadało mniej niż 10 proc. PKB. To poziom dzisiejszej Szwecji albo Australii. Co ciekawe dość niskim nierównościom dochodowym towarzyszyły bezprecedensowe w porównaniu z innymi zaborami eksperymenty społeczne. Na przełomie wieków skolaryzacja ludności wiejskiej rosła najszybciej w całej monarchii habsburskiej. Częściowo da się to wytłumaczyć próbą nadrabiania cywilizacyjnych zapóźnień (już wtedy w powszechnym użyciu było sformułowanie „Galicja i Głodomeria”). Trzeba również pamiętać, że cesarsko-królewskie Austro-Węgry jako pierwsze z mocarstw zaborczych rozpoczęło eksperymenty z szeroką autonomią i wolnością polityczną. Istniały więc protodemokratyczne kanały, przy pomocy których mniej zasobne grupy społeczne mogły naciskać na jakieś egalitarne reformy.

Z carską Rosją mamy problem, bo nowoczesny system podatkowy w carskiej Rosji po prostu nie istniał. Witold Załęski w „Królestwie Polskim pod względem statystycznym” (1900) próbował różnych sztuczek, by jakoś tę lukę uzupełniać. Zaproponował na przykład podział dochodów ludności (rolników i przedsiębiorców, ale z wyłączeniem robotników) na trzy typy. Biednych, średnich i bogatych. Wyszło mu, że w Kongresówce było 41 proc. biednych, 57 proc. średnich i 1,5 proc. bogatych. Dla porównania w Niemczech biednych było 28 proc., średnich 69 proc., a bogatych 2,8 proc. Współcześni badacze (Bukowski, Novokmet, 2017) na podstawie statystyk regionalnych z dwudziestolecia międzywojennego stawiają tezę, że zabór rosyjski był bardziej nierówny od austriackiego. Ale mniej nierówny od pruskiego. Generalnie im dalej na Wschód (województwa wołyńskie i stanisławowskie), tym więcej było wielkich posiadłości ziemskich. A więc i nierówności.

Odrodzona RP

Polityczny nastrój związany z rokiem 1918 był bardzo egalitarny. „Od dnia ogłoszenia niniejszych przepisów praca robotnika lub pracownika we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz przedsiębiorstwach handlowych trwać ma najwyżej 8 godzin na dobę. Dekret niniejszy nie może pociągać za sobą obniżenia płac robotników i pracowników” – czytamy w dekrecie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego wydanym 23 listopada 1918 r., a więc niecałe dwa tygodnie po odrodzeniu polskiej państwowości. Gdy dokument wchodził w życie, na polskim rynku pracy byli ludzie, którzy dobrze pamiętali pracę po 12–13 godzin na dobę. Wówczas wprowadzono również prawa wyborcze dla kobiet.

Czytaj też: Coraz mniej Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. Sukces 500+

Tego egalitarnego ducha pierwszych chwil po odzyskaniu niepodległości tłumaczyć można na dwa sposoby. Po pierwsze, w elitach politycznych II RP dominowali socjaliści z PPS. Na wsi zaś silne wpływy miało lewicowe Wyzwolenie. Warstwy posiadające obserwowały ten proces z milczącym przyzwoleniem. I tak dochodzimy do drugiego kluczowego powodu wyjaśniającego „egalitarny rok 1918”. Kilkaset kilometrów na wschód w bolszewickiej Rosji trwał eksperyment – trudno uwierzyć – z jeszcze bardziej egalitarnymi rozwiązaniami. Ziemiaństwo i fabrykanci czuli, że muszą pójść na ustępstwa, jeśli nie chcą skończyć z jakąś formą rewolucji październikowej nad Wisłą. Zwłaszcza, że rewolucyjny ferment trwał wówczas również w Berlinie czy Monachium.

Z biegiem czasu egalitarny impet II RP został jednak wyhamowany. Niemieckie rewolucje wygasły. Bolszewików Piłsudski odepchnął na wschód. Polski kapitalizm krzepnął, a polityczne wpływy obozu chadecko-mieszczańsko-ziemiańskiego zaczęły się rozbudowywać. Wyczekiwana reforma rolna się odwlekała. Podatki pozostały nieegalitarne. Na dodatek postrzegany przez lewicę jako zbawca Józef Piłsudski, który wrócił do władzy po roku 1926 już dawno porzucił socjalistyczne przekonania. Politycznie reżym sanacji zaczął zmierzać w kierunku autokracji.

W efekcie historycy gospodarki patrzą dziś na II RP jako na kraj, któremu nie udało się przełamać dominacji tzw. wykluczających instytucji życia ekonomicznego (Piątkowski, 2018 >>więcej na ten temat). Na górze hierarchii społecznej mieliśmy arystokratyczne elity oraz – wywodzącą się głównie ze zubożałej szlachty – inteligencję. Obie te warstwy dzielą między siebie najważniejsze zasoby ekonomiczne kraju. To dlatego w latach 30. w gronie 900 najbogatszych mieszkańców Polski aż 700 to posiadacze ziemscy. A gros z tych fortun pochodziło jeszcze z czasów przed 1918 rokiem.

Inteligencja spełniała się w administracji (państwowej i publicznej). Przedsiębiorczość? Nieszczególnie interesowała ani jednych ani drugich. Uchodziła za zajęcie niegodne Polaka i została w pewnym sensie „outsoursowana” za granicę. W roku 1935 na 244 duże zakłady przemysłowe (zatrudniające ponad 500 osób) 209 należało do kapitału zagranicznego. Klasy dominujące nie miały większych zachęt do tego, by dążyć do zmiany istniejącego status quo. Załamywało nad tym ręce (z różnych przyczyn) wielu ówczesnych intelektualistów, od Romana Dmowskiego po Floriana Znanieckiego.

Analfabetyzm był dramatem ok. 20 proc. populacji. Dostęp do edukacji na poziomie ponadpodstawowym miało 3,2 proc. populacji. Szansę studiowania na uczelni wyższej miał zaledwie 1 proc. Wszystkie te wskaźniki należały do najniższych w Europie.

Ekonomista Banku Światowego Marcin Piątkowski w swojej książce „Europe's Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland” stawia nawet tezę, że pod tym względem II RP bardzo przypominała południe Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. I tu i tam poddaństwo osobiste zostało formalnie zniesione jeszcze w XIX wieku, a dawni niewolnicy (czarni w USA, chłopi w Polsce) mieli prawo szukać szczęścia gdzie im się podoba. W praktyce jednak feudalne struktury trwały nadal. Środki produkcji pozostały w rękach dawnych panów, którzy posiadali niemal nieograniczone możliwości dalszego – tym razem już rynkowego – wyzyskiwania dawnych niewolników. W tej sytuacji ułudą były też prawa polityczne. Formalnie istniała równość w wobec prawa. W praktyce brak materialnych podstaw do ich realizacji był jednak dojmujący. Trochę jak na późniejszej karykaturze, gdzie pan czyta chłopu konstytucję marcową z 1921 roku i mówi „No i teraz jesteśmy równi sobie. Rozumiesz, chamie?!”.

Taki stan rzeczy miał oczywiście wpływ na kierunki polityki ekonomicznej. Były one zazwyczaj podejmowane głównie w interesie ziemiańskich elit. Gdy w latach 30. w II RP uderzył wielki kryzys (zmniejszając produkcję o połowę) rząd długo nie chciał odejść od parytetu złota. Oficjalnym uzasadnieniem była potrzeba utrzymania „międzynarodowego prestiżu”. Jastrzębia polityka monetarna była w interesie posiadaczy zakumulowanego kapitału. Najmocniej jednak uderzała w szerokie masy społeczne utrzymujące się z pracy, których być albo nie być zależało od poprawy koniunktury. Żadna z międzywojennych sił politycznych nie była jednak w stanie tego hierarchicznego status quo złamać ani otworzyć. Wszystko działo się na dodatek w niezwykle trudnych warunkach. Zerwaniu uległy przedwojenne powiązania gospodarcze (najmocniej odczuwała to Kongresówka z Łodzią, która przed rokiem 1914 była sercem przemysłu tekstylnego imperium Romanowów).

Jak to wpływało na poziom nierówności? Pierwsze twarde dane, jakimi dysponujemy pochodzą z roku 1925, gdy udało się wreszcie jakoś ogarnąć statystykę w odrodzonym kraju. Wynika z nich, że po wojennym resecie przez następną dekadę nierówności dochodowe w II RP rosną w dość szybkim tempie. Szczyt to rok 1936, gdy na 1 proc. najbogatszych przypada 16 proc. PKB. Dynamika stojąca za tym wzrostem płynęła z dwóch źródeł. Najpierw napędzało ją ożywienie gospodarcze lat 1926-29 (przy braku progresywnych mechanizmów redystrybucji najbardziej korzystali na nim bogatsi). A następnie wielka depresja, która po roku 1930 wywołała w Polsce spiralę deflacyjną. Spadały ceny (głównie produktów rolnych) i płace robotników (II RP była krajem, w którym chłopi i robotnicy stanowili miażdżącą większość społeczeństwa).

Z kolei wysoki poziom kartelizacji gospodarki (na co zwracał uwagę choćby Michał Kalecki w swoich wczesnych pracach) sprawiał, że „góra” tej deflacji raczej nie odczuwała. Porównując to z ówczesną sytuacją w Europie, w Polsce było bardziej nierówno niż w III Rzeszy, Francji czy w Szwecji.

Wchodzi władza ludowa

Wojny spłaszczają nierówności. To reguła, na którą zwraca uwagę wielu autorów (Scheidel, 2017). W Polsce lat 40. było podobnie. Niemiecka polityka wobec podbitych obszarów była brutalna i nastawiona na eksterminację. W sensie majątkowym uderzyła głównie w warstwy bogatsze. Efektem było spłaszczenie struktury majątkowej i dochodów.

Potem przyszła geopolityczna zmiana i siłowe zainstalowanie nad Wisłą władzy ludowej. Do dziś polityczna ocena tamtych wydarzeń dominuje nad rachunkiem ekonomicznym. W podręcznikowej wersji historii reforma rolna z 1944 roku (parcelacja posiadłości ziemskich powyżej 50 ha) jest przedstawiana jako ucisk narzucony Polsce przez nowego okupanta i jego kukiełki. Oczywiście, PKWN, który tę reformę ogłosił był zależny od Stalina. Wystarczy jednak spojrzeć na ton debat wewnątrz Rządu RP na uchodźstwie (a nawet na odezwy AK), by spostrzec, że pod koniec wojny istniał szeroki konsens polityczny, że w polskich stosunkach społecznych musi nastąpić głęboka zmiana (Piątkowski, 2018).

Były oczywiście różnice, co do sposobu tych zmian (komuniści chcieli forsownego uprzemysłowienia i państwowej kontroli środków produkcji, podczas gdy obóz ludowy Mikołajczyka opowiadał się za kapitalizmem agrarnym). Wszyscy wiedzieli jednak, że nie ma powrotu do sytuacji sprzed roku 1939.

Ostatecznie komuniści narzucili swoją wolę siłą. Politycznie to zdławienie wolności zemści się na PZPR w przyszłości i nie pozwoli komunistom na pełną legitymizację w społeczeństwie (Werblan, Modzelewski, 2017). Nie można jednak nie zauważyć, że ekonomiczny efekt głębokich przemian gospodarczych z końca lat 40. (reforma rolna, nacjonalizacja przemysłu, zdławienie prywatnej przedsiębiorczości) miało znaczący wpływ na poziom polskich nierówności. W roku 1945 najbogatszy jeden procent polskiego społeczeństwa miał dochody na poziomie 9 proc. PKB (przed wojną prawie dwa razy tyle). W roku 1956, gdy od władzy odsunięto stalinistów 1 proc. najbogatszych miał prawie dwa razy mniejsza część dochodu narodowego – czyli jakieś 5 proc. PKB.

Polska Ludowa

Przez cały (prawie) okres Polski Ludowej nad Wisłą było tak równo, jak nigdy w historii. Aż do końca PRL-u dochody najbogatszego 1 proc. obywateli nigdy nie były wyższe niż 4-5 proc. PKB. Działo się to głównie dzięki spłaszczeniu płac w tzw. sektorze uspołecznionym (czyli w firmach państwowych oraz spółdzielczych). Jeśli spojrzymy na zarobki górnego decyla (10 proc. najlepiej sytuowanych) to nigdy nie były one wyższe niż 170-180 proc. mediany. Dla porównania, przed wojną sięgały 210-220 proc. Górne 5 proc. zarabiało za Gierka 210 proc. mediany. Podczas gdy w roku 1936 ich dochody sięgały 270 proc.

Nie chodziło jednak o same tylko zarobki. PRL był krajem, w którym dość konsekwentnie realizowano egalitarną politykę społeczną. Przejawiało się to choćby w otwarciu dróg do awansu społecznego dla szerokich mas ludności wiejskiej. Nauczanie średnie skoczyło do 20 proc. Poziom skolaryzacji na poziomie uniwersyteckim wzrósł do 10 proc. Nastąpiła też migracja ze wsi do miast. Zatrudnienie w rolnictwie spadło z 60 do 30 proc. I to bez plagi masowego bezrobocia. Liczba inżynierów wzrosła z 7 tys. do 110 tys.

Komuniści wprowadzili też powszechny system opieki zdrowotnej. Nie rozwiązało to oczywiście wszystkich problemów. W latach 70. i 80. tempo rozwoju wielu instytucji (choćby publicznej służby zdrowia czy mieszkalnictwa) zaczęło siadać (Rae, 2015). Było to szczególnie dotkliwe w warunkach powojennego demograficznego wyżu. Niezadowolenie było tak powszechne, że postulat naprawy ochrony zdrowia znalazł się wśród 21 postulatów „Solidarności”. Wciąż jednak należy pamiętać, że w porównaniu z II RP poprawa materialnego poziomu codziennej egzystencji szerokich mas społecznych była niesamowita.

Egalitaryzm najlepiej widać było w mieszkalnictwie. Wyobraźmy sobie gierkowski blok z serialu Alternatywy 4. Film Barei śmieszy nieodmiennie kolejne pokolenia Polaków. Ale każdego śmieszy trochę co innego. O ile dla starszych na zawsze pozostanie utrwalonym na taśmie obrazem komunistycznych absurdów, o tyle młodsi z coraz większym zdziwieniem obserwują, że było kiedyś możliwe, by profesor prawa Dąb-Rozwadowski, ważny polityk PZPR Winnicki i genialny wynalazca Manc mieszkali w jednym domu z operatorem dźwigu Kotkiem i złodziejem-gołębiarzem Balcerkiem. Jednocześnie łatwo sobie wyobrazić, jakie byłyby ich losy po roku 1989. I że zapewne zasobni w różnego rodzaju kapitał (finansowy albo kulturowy) pojadą windą do lepszego świata. Natomiast ci, którzy mieli go mniej zaczęliby mozolnie dreptać po stromych schodach. Co jakiś czas się z nich z hukiem zsuwając.

Skok w kapitalizm

Polski skok w kapitalizm zaczyna się już w roku 1988. Ustawa o wolności gospodarczej duetu Rakowski-Wilczek doprowadza do zmian. Tzw. pakiet Balcerowicza (1989) wieńczy dzieło. PZPR do spółki z Solidarnością w krótkim czasie zmieniają reguły gry panujące w polskiej gospodarce. Liczy się również styl akumulacji.

W naturalny sposób rozmowa o tamtych wydarzeniach jest do dziś utrudniona. Dane mamy. Brak nam natomiast wciąż dystansu. W życiu publicznym, mediach oraz pośród elit ekonomicznych ton wciąż nadają ludzie bezpośrednio zaangażowani w tamte wydarzenia. Rozmowa bywa bardzo zideologizowana. Mocno swej opowieści broni obóz liberalny, hołdujący czarno-białej opowieści o kraju znajdującym się w ruinie i bolesnych lecz koniecznych reformach prorynkowych.

Pokuśmy się jednak o dystans. Co widzimy? Jeśli rzucić 100-lecie nierówności na wykres to widać, że przypomina on literę U. Okres przed 1939 r. to wzrost nierówności. Potem gwałtowny wojenno-komunistyczny spadek. A po roku 1989 kolejny wzrost. Co ważne bardzo ostry.

W drugiej połowie lat 80. Polska to kraj o nierównościach na poziomie skandynawskim. Dekadę później polskie nierówności są już na średnio-wysokim europejskim poziomie. Pozostając przy dochodach górnego procenta. W roku 1986 roku to jakieś 4 proc. PKB. W 1992 roku już ponad dwa razy więcej (9 proc.). Później parę lat stagnacji i znów wzrost. Do rekordowych 14 proc. w pierwszej połowie minionej dekady.

Daje się to oczywiście łatwo wyjaśnić. Polska staje się dość liberalnym krajem kapitalistycznym. Co oznacza, że płace zaczynają się rozchodzić. Dochody dolnych warstw społecznych spadają (w sensie realnym) lub stagnują. Wraz z wycofywaniem się państwa z wielu dziedzin państwa dobrobytu zmniejsza się też ich poziom bezpieczeństwa socjalnego. Podobny efekt przynosi bezprecedensowe w skali Europy uelastycznienie rynku pracy (obchodzenie kodeksu pracy przy pomocy umów cywilnoprawnych oraz wymuszonego samozatrudnienia). Z kolei przed górną częścią otwierają się nowe nieznane dotąd możliwości. Dochody górnego decyla skoczą do przedwojennych poziomów 210 proc. mediany. Dochody górnych 5 proc. pobiją nawet rekordy z lat 30. Dochodząc do 280 proc. mediany. Ocena tego stanu rzeczy zależy oczywiście od przynależności klasowej. Góra powie, że to powrót upragnionej normalności. Doły będą narzekać na to, że nie mają udziału w celebrowanym sukcesie przemian.

Innym nowym zjawiskiem jest akumulacja bogactwa – im wyżej na drabince społecznej, tym większa cześć dochodu pochodzi z kapitału, nie z pracy. Obecnie dla najbogatszego procenta dzieli się on mniej więcej pół na pół. Tendencja jest wzrostowa, to znaczy, że im wyżej na drabince społecznej tym bardziej dochody polegają na kapitale. Co zgodnie z pikettowskim r>g prowadzi do akumulacji nierówności i rozjazdu klas społecznych w długim okresie (Piketty, 2013).

Co dalej

Mówienie o czasach najnowszych jest już czystym samobójstwem. Zwłaszcza w warunkach niezwykle spolaryzowanej opinii publicznej. Skłonnej każde wahnięcie (lub jego brak) w poziomie nierówności interpretować w zależności od tego, do jakiego politycznego plemienia ktoś przynależy.

Pozostając ostrożnym warto zwrócić uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze bezwzględnie proegalitarny wpływ zmian w polityce rodzinnej (głównie program 500 plus, plus kilka mniej kompleksowych inicjatyw przyjętych w latach 2013-2015). Po drugie, na pewnego rodzaju straconą szansę, którą jest brak systemowych kroków obliczonych na progresywną reformę systemu podatkowego. Taka reforma (podatek majątkowy, większa progresja w PIT, ponowne włączenie do systemu szeregu podatników, którzy z niego wyszli w czasach „uśmieciowienia” rynku pracy) mogłaby nadać polskim nierównościom nową dynamikę. Uczynić z Polski kraj, któremu przy pomocy innowacyjnych metod udało się zahamować nieegalitarne tendencje współczesnego kapitalizmu. To dla elit politycznych i ekonomicznych ciągle zadanie do wykonania.

Rafał Woś jest publicystą tygodnika Polityka. Autor „Dziecięcej choroby liberalizmu” (2014) i „To nie jest kraj dla pracowników” (2017). Jest współautorem cyklu Obserwatora Finansowego „Podręcznik nowej ekonomii„. W 2017 roku został laureatem nagrody NBP im. W Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych.


bieda, bogactwo, nierówności majątkowe
Czytaj także
Polecane galerie
Grunge
2018-06-25 07:47
"W efekcie na najbogatszy 1 proc. mieszkańców Galicji przypadało mniej niż 10 proc. PKB. To poziom dzisiejszej Szwecji albo Australii."

Coś się chyba wam pomyliło. Szwecja jest pod tym względem jednym z najbardziej nierównych społeczeństw. Wyprzedza nawet USA. Na górne 10% mieszkańców przypada 77% pkb podczas gdy w USA to jest 75%.
Tak na marginesie jeszcze - za to Norwegia jest jednym z najbardziej równych społeczeństw (gdzieś w top20). Zastanawiające co? myślę że dla większości ludzi te kraje są społecznie prawie bliźniaczo podobne, a jednak pod tym, ponoć szalenie ważnym względem, różnią się drastycznie. Czyżby jednak to nie było takie ważne?
Szczery1
2018-06-24 22:04
Najwiekszym problemem jest socjalizm, obecnie wprowadzany przez ,,prawicowy" a tak naprawde lewicowy PiS. Obciazenia dla naszych przedsiebiorcow sa kuriozalnie wysokie, wystarczy porownac z Irlandia czy Luxemburgiem. PRL wraca niestety. Pamietam go i bardzo zaluje, tak sie cieszylem jak upadl
DiesIrae
2018-06-24 16:39
Czy ten artykuł na serio? Przecież te "argumenty" to niepoparte faktami bajdurzenia, a Piketty był już wielokrotnie krytykowany za wiele przekłamań w swojej książce.
Pokaż wszystkie komentarze (15)