Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Mam receptę na polską służbę zdrowia. Nie trzeba miliardów złotych

Mam receptę na polską służbę zdrowia. Nie trzeba miliardów złotych

Szpital na Banacha sprzed paru lat. Pacjentów już na korytarzach nie ma, ale oddziały wyglądają bardzo podobnie. Fot. Mariusz Grzelak/Eastnews
Szpital na Banacha sprzed paru lat. Pacjentów już na korytarzach nie ma, ale oddziały wyglądają bardzo podobnie.

Problemem polskiej służby zdrowia nie jest brak pieniędzy, nie jest NFZ, nie są nawet politycy. Problemem są ludzie, którzy jeszcze nie wyszli z PRL. Mam na to twardy, empiryczny dowód - pisze w komentarzu Sebastian Ogórek, wicenaczelny money.pl.

W karetce podjeżdżam na SOR jednego z największych w Warszawie szpitali. Bóle brzucha są takie, że ledwo chodzę. Od obcesowej pielęgniarki dostaję tylko rozkaz, by siedzieć i czekać, aż zostanę wezwany.

- Boli! - krzyczę.

- Lekarz wezwie - słyszę w odpowiedzi.

Po godzinie oczekiwania w ciemnym, śmierdzącym korytarzu lekarz mnie wzywa. Wypytuje o bóle, po czym znowu odsyła do korytarza przypominający piwnicę. Podchodzi pielęgniarka, chce mi coś podać. Bez "dzień dobry" ani "poproszę" bierze rękę, chce podpiąć się pod wenflon. Nie pyta o nic. Pytam więc ja: co to za lek?

- Rozkurczowy - rzuca.

- A jaki dokładnie? - dopytuję.

- Nospa - odpowiada.

- Mam uczulenie na Nospę. Puchnę po niej – ostrzegam.

- To co pan nie mówi?! – krzyczy. Teraz już wiem, że to moja wina.

W szpitalu na Banacha ląduję na tydzień. Budynek bardzo dobrze pamięta minioną epokę. Tak samo jak jego pracownicy. W dniu wypisu wędruję w kółko po korytarzu. Przy windach starsza kobieta rozmawia z lekarzem. W jednym ręku dzierży ciężką torbę podróżną, w drugiej reklamówkę z Biedronki.

- To nie jest w porządku. Czekałam tyle miesięcy. Przyjechałam tak, jak mi powiedziano - mówi babuleńka ściszonym głosem. Słychać w nim żal, ból, zrezygnowanie. - To nie jest w porządku - powtarza.

- Przesunięto terminy. I tyle. Teraz nie będzie operacji - krzyczy na nią lekarz.

- Nie możecie tak robić. Nie możecie - stwierdza starsza pani, skarżąc się pod nosem na swój los.

Lekarz zostawia ją przy windach i bez "do widzenia" idzie do pokoju. Przy otwartych drzwiach, tak że słyszy to cały oddział, krzyczy: "Nie będzie mi stara k...a mówiła, co ja mogę, a co. Niech sp...ala. Operacja przełożona i tyle". Do dziś żałuję, że nie wydarłem się na drania.

Mija dokładnie rok. Na porodówkę przywożę żonę. Pielęgniarki błyskawicznie kierują nas na KTG. Nie przeszkadza im, że wokół chodzi nasza krzycząca i nadmiernie ciekawa 6-letnia córka. Jest wprawdzie pachnąca bardziej spa niż szpitalem poczekalnia z kolorowankami, gdzie małą razem ze mną można by odesłać, ale pozwalają, byśmy byli wszyscy razem.


Sebastian Ogórek, money.pl

Po córkę przychodzą znajomi, ja zostaję z żoną zaproszony na salę porodową. - Chce pani wózek? - pyta salowa. Ola odpowiada, że da radę.

Sala czystsza niż moja łazienka po sobotnim sprzątaniu. Położne błyskawicznie wypełniają za nas dokumenty. Zaczynają do mnie mówić per "tata", do cierpiącej już żony mówią po imieniu. Instruują, co jest w pokoju, jak z tego korzystać. Prosimy o znieczulenie zewnątrzoponowe, ale żeby zostało podane, muszą przyjść wyniki badań. Położna sugeruje, by ból do tego czasu spróbować uśmierzyć pod prysznicem.

Zalewamy wodą całą łazienkę i pół sali porodowej. Butami roznoszę czarne ślady po całej porodówce. Nikt nie zwróci mi uwagi. Ja dopiero teraz, pisząc to, uświadamiam sobie, że ktoś to błyskawicznie posprzątał. Nawet nie zauważyłem kto i kiedy.


Nowy szpital dziecięcy na Żwirki i Wigury.

Przychodzi anestezjolog i pielęgniarka anestezjologiczna. Po znieczuleniu czuwają jeszcze przez 15-20 minut przy Oli. Gdy pielęgniarka siada na parapecie, staram się być dżentelmenem i odstępuję krzesło.

- Pan nie żartuje, to pan jest tutaj klientem - słyszę w odpowiedzi.

Gdy znieczulenie już działa, położna zagląda do nas co 3-4 minuty. Dosłownie wbiega do sali, gdy tylko czujniki pokażą coś niepokojącego. Poród przebiega szybko i sprawnie. Żartujemy z żoną, że było tak przyjemnie, że chętnie byśmy to jeszcze kiedyś powtórzyli.

Co łączy te dwa szpitale? Wąski, około czterometrowy pas ziemi. Ja leżałem w popularnym w Warszawie szpitalu na Banacha, Ola rodziła w nowopowstałym szpitalu dziecięcym leżącym na działce obok. Jego wnętrza, wspaniała architektura, czysta pościel byłaby jednak niczym, gdyby nie ludzie tam pracujący. Nie wiem, jaki klucz wybrano przy rekrutacji, ale mam wrażenie, że to był HR-owy majstersztyk. Od recepcji, przez salowe, położne aż na lekarzach kończąc, wszyscy wiedzieli, że są tu dla pacjentów. A nie na odwrót.

Naprawdę pacjent jest w stanie znieść wiele, gdy tylko podejdzie się do niego jak do człowieka, a nie intruza. Gdy pracownicy służby zdrowia zauważą, że ich praca to służba, że zobaczą swoich klientów. I nikt wtedy nie będzie żałował na ich podwyżki.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz także: Rząd chce zlikwidować prywatne pogotowie ratunkowe w Polsce


nfz, służba zdrowia, szpital
Czytaj także
Polecane galerie
piter_no1
2018-08-24 22:33
Potwierdzam, chamstwo i brak opieki na Banacha. Gdyby nie rodzina pewnie bym nie żył.
podatnik
2018-05-15 11:06
dziadostwo nic wiecej
Edyta
2018-04-19 21:37
Potwierdzam, sama prawda o szpitalu na Żwirki. Rowież tam rodziłam, mimo że to szpital czułam się tam bardzo dobrze. Zarówno warunki tam panujące jak i personel brawo.
Pokaż wszystkie komentarze (305)