Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
PiS liczy, ile możemy wyciągnąć od Niemiec za wojnę. Ale taka ekspertyza jest w Sejmie od 14 lat

PiS liczy, ile możemy wyciągnąć od Niemiec za wojnę. Ale taka ekspertyza jest w Sejmie od 14 lat

Fot. Friso Gentsch
Niemcy powinni nam zapłacić za wojenne krzywdy - coraz częściej i głośniej mówią posłowie PiS. Sejmowi eksperci sprawdzą, czy faktycznie można wyciągać rękę po pieniądze. Tymczasem od 14 lat taki dokument leży już w Sejmie. "Nie wydaje się prawnie możliwe uzyskanie reparacji wojennych od Niemiec" - pisze w niej ekspert prawa międzynarodowego.

Najpierw Jarosław Kaczyński, później Antoni Macierewicz, a na końcu poseł Arkadiusz Mularczyk. W ostatnim czasie kwestia odszkodowań od Niemiec znów wróciła do politycznego obiegu. Poseł Mularczyk chce, by sprawą zajęli się sejmowi eksperci.

Wystarczy jednak, że zajrzą do szuflady. Znajdą tam odpowiedź na część pytań.

Dokument przygotował prof. Władysław Czapliński z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk. Pismo znaleźć można na stronach sejmowego Biura Studiów i Ekspertyz. I już w pierwszych zdaniach wyjaśnia, że szans na reparacje ze strony Niemiec nie ma. To ekspertyza z 2003 roku.


źródło: Biuro Studiów i Ekspertyz, Sejm (dziś Biuro Analiz Sejmowych). Materiały do przeczytania w całości tutaj

"Możliwości faktyczne są - oględnie mówiąc - bardzo ograniczone" - zaznacza. I dodaje, że konsekwencją zgłoszenia nowych roszczeń wobec Niemiec będzie pogorszenie stosunków polsko-niemieckich.

Zdaniem profesora, Polska zrzekła się reparacji już w 1953 roku. Na dodatek ustalenie wysokości ewentualnych roszczeń zdaniem Czaplińskiego jest praktycznie niemożliwe. Po pierwsze wojna wyrządziła nie tylko szkody materialne, ale również ludnościowe. Po drugie, z identycznymi żądaniami trzeba by było pójść do Rosjan. Bo i oni odpowiadają za zniszczenia w Polsce.

"Pewnych szkód nie sposób ustalić - np. wiadomo, że niektóre dzieła sztuki zostały wywiezione przez prawowitych właścicieli uciekających przed Armią Czerwoną, a następnie legalnie sprzedane za granicami Polski" - analizuje. Dodaje też, że straty poniesione przez kulturę nie zostały dotąd oszacowane.

Zdaniem Czaplińskiego podjęcie takiej próby byłoby niezwykle kosztowne i czasochłonne. Potrzebni byliby ludzie, pieniądze i ... dostęp do archiwów moskiewskich.

Zobacz także: Ile Polska straciła w wyniku II Wojny Światowej:


Szacunki są

W latach tuż po wojnie działało w Polsce Biuro Odszkodowań Wojennych. I próbowało oszacować, jakie straty poniosła Polska. W ciągu wojny straciliśmy 38 proc. majątku narodowego. Kolej zniszczona była w 84 proc. Podobnie poczta, telekomunikacja, górnictwo, przemysł tekstylny.

Z powierzchni kraju zniknęło 65 proc. polskich fabryk. Do tego zniszczeniu uległy miliony gospodarstw. Cena? 248 mld ówczesnych złotych. Dzisiaj byłoby to już sporo ponad 634 mld dolarów. Tak przynajmniej dekadę temu szacowali posłowie, którzy się tą sprawą już zajmowali. 634 mld dolarów po dzisiejszym kursie to grubo ponad 2 biliony złotych.

Mecenas Lech Obara, znany bardziej z walki z komornikami niż o odszkodowania, mówi, że dziś byłoby to już ponad 800 mld dolarów. Więc bliżej 3 bilionów złotych. - Pewne faktury wciąż są nieopłacone - mówi money.pl. Zaznacza, że w tych wyliczeniach nie ma jednak dóbr kultury i sztuki. - Te wyjątkowo trudno wycenić. Nie ma tutaj również strat indywidualnych, za krzywdę, za śmierć - dodaje.

Wątpliwości

I chociaż Czapliński jest znanym ekspertem od prawa międzynarodowego, to jego analiza najpewniej nie przekona polityków PiS. Dlaczego? Sprawa rozbija się o deklarację rządu PRL z sierpnia 1953 roku. To w niej zrzekliśmy się wszelkich roszczeń.

Budzi ona wątpliwości niektórych prawników. Mecenas Lech Obara dowodzi, że taki dokument w myśl przepisów międzynarodowych jest po prostu nieważny.

- Powstał pod oczywistym przymusem ZSRR. Związek podczas rozmów z NRD zapewniał, że i Polska zrzeknie się wszystkich reparacji. Według doniesień agencyjnych z tego okresu padały tam zapewnienia, że odbyły się już w tej sprawie negocjacje. Oczywistym jest, że żadnych negocjacji nie było, a rząd PRL tylko przyklepał decyzję z góry - mówi money.pl.

Jednocześnie wyjaśnia, że wspomnianych dokumentów nie sposób odnaleźć w archiwach ONZ, gdzie powinny być. Efekt? Nie mają mocy wiążącej. A zatem sprawa reparacji nie została uregulowana.

Ale nie tylko mecenas Lech Obara przekonuje, że umowa z sierpnia 1953 roku dotycząca zrzeczenia się z dniem 1 stycznia 1954 roku spłat odszkodowań na rzecz Polski była nieważna.

"Nigdy nie wywierało i nie wywiera skutków prawnych" - pisał już dekadę temu prof. Jan Sandorski, również ekspert prawa międzynarodowego.

Sandorski udowadnia, że w tym okresie oczy wszystkich uzależnionych od ZSRR zwrócone były na walkę o władzę na Kremlu. "Kierownicze gremia żyły w ciągłym zagrożeniu przewrotem ze strony konkurencyjnej frakcji" - wyjaśnia. I właśnie w tej atmosferze doszło do rokowań pomiędzy przedstawicielami ZSRR a NRD.

żródło: Zeszyt z 2004 roku, Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny. Materiał do znalezienia tutaj

Sandorski przekonuje, że w tej sprawie nie było żadnych negocjacji z polskim rządem. A ten po pewnym czasie przyklepał decyzję i również postawił na zrzeczenie się roszczeń wojennych. Analizy Sandorskiego to reakcja na polityczną zawieruchę z 2004 roku. Wtedy również chodziło o Niemcy. Wtedy również pierwsze skrzynce grali politycy prawicy. W tym Antoni Macierewicz.

Ale to już było

13 lat temu. Wtedy do laski marszałkowskiej wpłynął projekt uchwały Sejmu w sprawie właśnie reparacji Niemiec na rzecz Polski.

Uchwała miała dokładnie jedno zdanie. "Sejm zobowiązuje rząd do wyegzekwowania od Niemiec należnych Polsce reparacji wojennych z tytułu strat i szkód, jakie Polska poniosła w wyniku planowanych zniszczeń dokonanych przez Niemcy w czasie II wojny światowej i do rozpoczęcia rozmów w tym celu".

Uzasadnienie? Dotychczasowe dokumenty o zrzeczeniu są nieważne. Jednostronne oświadczenie rządu PRL z 1953 roku było wymuszone. I to właśnie tego dokumentu nie można odnaleźć w archiwach.

Jednocześnie w sierpniu 1945 roku w Układzie Poczdamskim znalazły się zapisy, że odszkodowania polskie będzie wypłacać ZSRR z otrzymanych pieniędzy. Wtedy autorzy uchwały przekonywali, że to był tylko "pusty zapis". I te same argumenty są wysuwane dzisiaj.

Ostatecznie uchwała została przegłosowana, choć w innym, rozwiniętym brzmieniu. Kto domagał się od Leszka Millera natychmiastowego wypełnienia zobowiązań, jakie na niego nałożyła uchwała?

Poseł z Koła Poselskiego Ruchu Katolicko-Narodowego. Antoni Macierewicz. To on był jednym z najbardziej aktywnych posłów tej sprawie. Chciał wtedy, by temat reparacji był tematem rozmów podczas wizyty kanclerza Schrödera.

W 2004 roku prób powrotu do spraw reparacji było kilka. Powód jest oczywisty. W tym okresie dużą aktywnością w Niemczech mogła się pochwalić Erika Steinbach, niemiecka polityk i inicjatorka budowy "Centrum przeciwko Wypędzeniom" w Berlinie.

Im więcej w Berlinie mówiło się o odszkodowaniach od Polski za ziemie zachodnie, tym częściej w Warszawie pojawiały się "nieopłacone krzywdy". W samym 2004 roku takich prób było kilka.


źródło: Sejm, jedna z uchwał prawicowych polityków w sprawie powrotu do reparacji wojennych

W sprawie wypowiadał się też śp. Lech Kaczyński, ówczesny prezydent Warszawy. Wyliczał on, na ile wycenia szkody tylko w Warszawie. I ostrzegał, że procesy ze strony niemieckiej dostaną odpowiedź ze strony polskiej.

Wygląda więc i na to, że ostatnie działania polityków PiS to również reakcja na działania rządu w Berlinie. W końcu otwarcie krytykuje on ostatnie zamieszanie z prawem w Polsce. Jego głos będzie też kluczowy dla ewentualnego wszczęcia działań Komisji Europejskiej przeciwko Polsce. W związku z ustawami o sądach, w związku z wycinką Puszczy Białowieskiej.

Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
marusia
2017-08-13 18:15
Jaki tam z niego ekspert .Mieliśmy i mamy już tylu ekspertów że nie wiadomo komu wierzyć raz się mówi tak a drugi raz co innego to tak jak z oparzeniem nie pod wodę a teraz tylko pod wodę
dD
2017-08-09 23:48
OK, są "wątpliwości", co do samej sumy, ale czy ktokolwiek ma wątpliwości, co do samej winy, jej przyczyny, czy szkód? Czy zdjęcia zniszczonej Warszawy nie wystarczą, do "szacunków"? Są widełki - od minimalnych wyliczeń, do maksymalnych, przy przyjęciu maksymalnych kryteriów! Reszta, to kwestia negocjacji i polityki. A tak w w ogóle, to nie tylko "straty wojenne", ale "utracone korzyści"! Rzetelne obliczenia, to nie tylko te "szacunki", ale i oszacowanie, jaki byłby potencjał Polski przy prawidłowym, niezakłóconym rozwoju, gdyby nie wojna! Tutaj tylko wystarczy zestawić państwa porównywalne obszarem i ludnością, poziomem życia i wziąć pod uwagę dynamikę rozwoju Polski od 1920 do 1939 roku, by mieć następne "szacunki"! Zresztą szacunki nie są problemem, jeśli tylko metodyka jest spójna i niepodważalna - reszta, jak wspomniałem, to kwestia jakości negocjacji i polityki.
takiFakt
2017-08-08 19:43
Moralnosc pani premier i jej meza... zreszta calego pisu tez..

"Polityka" opisuje, jak mąż Beaty Szydło zarabia na Unii Europejskiej. o Fot. "Polityka"
Edward Szydło, mąż szefowej rządu, woli trzymać się w cieniu. Na co dzień szefuje Szkole Zarządzania i Handlu w Oświęcimiu. Postała na początku lat 90. jako inicjatywa władz miasta, ale szybko przeszła pod kontrolę grupki prywatnych osób, a samorząd stracił na nią wpływ. Dzisiaj zajmuje się szkoleniami finansowanymi przez UE. Nie składa też sprawozdań finansowych, podobnie jak Amber Gold, którego szef ma za to zarzuty.

Z czego żyje mąż Beaty Szydło? Z Unii Europejskiej, w którą szefowa rządu tak mocno uderzała podczas niedawnej debaty w Sejmie. Edward Szydło jest dyrektorem Szkoły Zarządzania i Handlu w Oświęcimiu. W ostatnich 10 latach przeprowadzono w niej szkolenia o wartości 30,7 mln zł - podaje "Polityka", która w obszernym artykule opisuje kulisy biznesu. Z Unii na te szkolenia pozyskano 25,2 mln zł, resztę dołożyły inne instytucje, głównie urzędy pracy.Szkoła to dzisiaj głównie centrum do prowadzenia szkoleń, chociaż ambicje były większe. Na początku lat 90. władze Oświęcimia powołały ją, by mieszkańcy nie musieli wyjeżdżać po wyższe wykształcenie. Dlatego powołano stowarzyszenie, którego władze wyznaczyli włodarze Oświęcimia.
Ale po kilku latach straciły nad nim kontrolę. Nie odbywają się ani walne zgromadzenia członków stowarzyszenia, ani wybory nowych władz. Dzisiaj - jak pisze "Polityka" - Szkołą rządzi prywatna grupa osób. Nie wiadomo też jak wygląda strona biznesowa przedsięwzięcia, bo Stowarzyszenie nie składa raportów finansowych, co jest obowiązkiem każdego podmiotu prowadzącego działalność gospodarczą. "Polityka" porównuje to do Amber Gold, którego szefowie mają z tego powodu zarzuty zagrożone nawet więzieniem.
Pokaż wszystkie komentarze (285)