Notowania

Zakaz handlu u małych sklepikarzy daje rekordowe obroty. "Wreszcie zarabiamy"

15 tys. zł w ciągu dnia - taki obrót potrafią mieć mali sklepikarze w niedziele niehandlowe. - Ten, kto wycofa zakaz handlu, zabije drobny biznes - mówią wprost. I w money.pl wyciągają dokumenty: wyciągi z kasy fiskalnej oraz zapiski przelewów do fiskusa. Pokazują, że ustawa ma sens.

Podziel się
Dodaj komentarz
(East News)
Mali sklepikarze zarabiają na ograniczeniu handlu w niedzielę. Chcą więcej - uszczelnienia ustawy (Fot: Michal Wozniak)

- Gdy klientów nie ma, to serce boli. Bo każda godzina bez zarobionej złotówki, to garść problemów więcej. I liczysz w głowie. Wszystko - mówi Dominika. Ma 50 lat na karku. A stawki ZUS zna na pamięć. Notuje wszystkie sklepowe wydatki. Odręcznie. Tak, żeby mieć pewność co i jak. Lada chwila będzie świętować 20 lat pracy w handlu - na swoim, w małym sklepiku w samym centrum Krakowa.

Jak sama mówi: od roku żyje inaczej.

W pierwszą niedzielę z ograniczeniem handlu zarobiła o 1500 proc. więcej niż zwykle. Wybawienie - tak mówi o sztandarowym pomyśle PiS i handlowej "Solidarności". I podkreśla, że ten, kto będzie chciał zakaz zabrać, jej głosu nie dostanie. Beata - sklepikarz z Warszawy - w pierwszych dniach zarobiła o około 700 proc. więcej.

Zakaz handlu w niedziele obowiązuje od 1 marca 2018 roku
Zakaz handlu do analizy, tylko chętnych brak. Ministerstwo rodziny nie pracuje nad zmianami w ustawie

Jak wynika z informacji money.pl w najbliższych tygodniach "S" chce rozpocząć akcję informacyjną - do Sejmu ściągnie małych sklepikarzy, którzy pokażą, ile zarobili. Ma to upewniać posłów Prawa i Sprawiedliwości, by nie wycofali się z ograniczenia sprzedaży w niedzielę. Ma też ich zachęcić, bo zakaz handlu uszczelnić.

Zakaz handlu ma dwie strony. Tych, którzy nie handlują i nie zarabiają oraz tych, którzy się otwierają. I mają rekordowe obroty. W money.pl pokazujemy historii tych, którzy głosu w sprawie jeszcze nie zabierali.

Małe sklepy liczą zyski

- Ograniczenie handlu w niedzielę uratowało polski, drobny handel. Ci, którzy jeszcze niedawno myśleli o zamykaniu sklepów, mają wreszcie szansę na zarobek, na pracę, na normalne życie. Zatrudniam jedną osobę, sama staję za kasą i wreszcie mogę powiedzieć, że zarabiam - opowiada money.pl pani Beata.

Od 24 lat pracuje i żyje z handlu. Jej sklep? W sumie 120 metrów kwadratowych. Czysto, schludnie, ot zwykły "spożywczak". Na 80 metrach rozstawione towary, reszta to zaplecze, magazyn. Handluje tuż przy jednej z największych ulic w Warszawie.

W okolicy ma wszystkie możliwe konkurencyjne sklepy. Z jej okien widać Biedronkę, w budynku obok jest Carrefour i inny mniejszy sklep. To może 50 metrów, dosłownie minuta drogi na pieszo. Nieopodal jest również sklep sieci Lewiatan oraz… kolejny Carrefour. W niedziele niehandlowe zawsze otwiera sklep. Przepisy na to pozwalają, bo sama staje za ladą. I pracuje przez blisko 12 godzin. Pracuje tyle, bo - jak sama mówi - wreszcie się opłaca.

Zakaz handlu w niedzielę pod lupą Sejmu

- Wie pan skąd wiem, że ograniczenie handlu działa? Bo widzę, ile klientów przychodzi w niedziele niehandlowe. Kiedy inni mają zamknięte, my jesteśmy ich pierwszym wyborem. Ludzie przychodzą, kupują. No biznes może działać, a my jesteśmy jakąkolwiek konkurencją dla zagraniczniaków - mówi.

I wyciąga wyciągi z kasy fiskalnej na dowód. - Ci, którzy mówią, że to bez sensu, nie mają zielonego pojęcia o rzeczywistości. Tu, na papierze, są dowody, że ograniczenie handlu działa. Nic nie wymyślam, pokazuję, co mam - mówi.

W styczniu i lutym 2018 roku (czyli przed wprowadzeniem zakazu handlu) w niedzielę miała 70, maksymalnie może 80 klientów. Utarg wynosił nie więcej niż tysiąc złotych. W większości wypadków było mu jednak bliżej 800 zł.

(WP.PL)

Wyciąg z kasy fiskalnej z lutego 2018 i marca 2018 roku. W lutym zakaz handlu jeszcze nie obowiązywał

W marcu, w pierwszą niedzielę niehandlową zrobiła 7,3 tys. zł. Prawie dziesięć razy więcej niż tydzień wcześniej. Kolejna niedziela niehandlowa? 6,4 tys. zł utargu. W kwietniu przez trzy kolejne niedziele utarg nie spadł poniżej 7 tys. zł. A w sklepie pojawiało się po 600 - 700 osób w ciągu dnia. - Lekko nie było, ale to moja praca. Towaru nie brakowało, ludzie nie stali w kilometrowych kolejkach - opowiada.

Do normy utarg wracał za to w niedziele handlowe - otwierały się inne sklepy, galerie, a Beata znów zarabiała około tysiąca złotych.

- Tak było tylko przez kilka miesięcy. W połowie roku niektóre sklepy zaczęły się otwierać jako placówki pocztowe. Kto widział pocztę, ten wie, że to tani trik, a nie poważne działanie. Im częściej otwiera się konkurencja, tym mniej u mnie się kupuje. Teraz w niedziele niehandlowe utarg dochodzi do 4 tys. zł (to połowa tego, co miała tuż po wprowadzeniu ograniczenia).

- Uszczelnienie ustawy jest potrzebne. Poczta to poczta, a nie sklep spożywczy - mówi.

(WP.PL)

Wyciąg z kasy fiskalnej z lutego 2019 roku

Sklepikarz sprzątaczka

Inne miasto, inny kupiec. Wracamy do pani Dominiki, która sklep w Krakowie prowadzi z mężem i synem. Niewielki, bo mają w sumie 50 metrów kwadratowych.

- To już 16 lat w jednym miejscu. Może z dziesięć lat temu powiedziałabym, że jako tako to wszystko idzie, że można z handlu wyżyć. Od tego czasu wszystko jednak zjechało. Utargi były minimalne - opowiada. I dodaje, że żeby utrzymać sklep musiał dorabiać jako sprzątaczka.

Żabka "wyraża zdziwienie" propozcyjami PiS
PiS zmienia zakaz handlu, Żabka komentuje dla money.pl: "To sprzeczne z Konstytucją biznesu"

- Opiekowałam się apartamentami w Krakowie. Tylko tak udało nam się utrzymać się na powierzchni. I dzięki temu sklep przetrwał - opowiada.

Jej pierwsza niedziela z zakazem handlu to… o 1875 proc. większy obrót. Zwykle na kasie fiskalnej nabijała nie więcej niż 800 zł. - W pierwszą niedzielę niehandlową mieliśmy utarg 15 tys. 400 zł. Do dziś pamiętam dokładnie kwotę. Ograniczenie handlu dla takich sklepikarzy jak ja, to ratunek - mówi.

(WP.PL)

- Nie wyobrażam sobie trochę innego życia. Mam 52 lata, ale w handlu pracuję całe życie. Mało tego! Jeszcze jako dziecko dorabiałam handlując. Po szkole biegłam w jedno miejsce kupować rajtki i pończochy i sprzedawałam je w innym. I było za co zjeść, było co odkładać. Młodzi to takich czasów nie pamiętają, ale praca to dla mnie świętość - mówi.

Ona z kolei wyciąga książkę rachunkową - odręcznie notuje, ile musi opłacić podatku. W lutym 2018 roku wyłożyć musiała 2,5 tys. zł. W kwietniu? Dwa razy więcej. W maju już trzy razy więcej. - Pracuję od rana do nocy, mamy małą rodzinną firmę. Od kiedy działa zakaz handlu mam szansę spokojnie zarobić na ZUS, na podatki i trochę zostanie do domu - mówi. Na jej ulicy sklepów jest dokładnie 6. Najbliższy jest 10 metrów od niej.

Na parking cały czas podjeżdżają kolejni klienci.
Zakaz handlu nie dla nich. W niedziele Topaz sprzedaje w najlepsze

- Od kiedy wszystko się otwiera jako poczta, to utarg spadł mi do 2,5 tys. zł. To sporo lepiej niż było, ale sporo gorzej niż mogłoby. Niektórzy myślą, że właściciele sklepów wszystko, co zarobią, to najchętniej by przejedli. My z mężem myśleliśmy, żeby własny lokal kupić, skończyć z dzierżawą. Można byłoby wyremontować coś, nowy towar wstawić. Na rozwój by było - opowiada.

Żadna z pań nie chce występować pod nazwiskiem. Obie wprost przyznają, że boją się ataków ze strony konkurencji: donosów, wzywania inspekcji pracy, skarbówki. Twierdzą, że tak skończyłoby się dla nich opowiadanie o zakazie handlu pod nazwiskiem.

Zakaz handlu bez zmian

Premier Mateusz Morawiecki ogłosił przegląd skutków ustawy o zakazie handlu. W ciągu najbliższych tygodni rząd ma przedstawić pierwsze analizy. Sklepikarze już teraz wysyłają do handlowej "Solidarności" wyciągi z kas. I domagają się pilnej nowelizacji ustawy o zakazie handlu. Alfred Bujara, przewodniczący handlowej "Solidarności", zarzuca, że każde złe słowo o zakazie handlu to "atak na polskich kupców i działania lobbystów".

Branża handlowa podkreśla z kolei, że zakaz przynosi zdecydowanie więcej złego niż dobrego. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że od czasu wprowadzenia zakazu z handlowej mapy Polski zniknęło kilkanaście tysięcy punktów. - Zdania były podzielone i dalej są podzielone. Nie jest tak, że całe środowisko jest przeciwne. Jest jakaś grupa, która to popiera, ale skutki ekonomiczne są takie same jak na Węgrzech - mówił Kaźmierczak w programie "Money. To się liczy".

Nie zgadzają się z tym ani sklepikarze, ani minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. I jak wynika z informacji money.pl - od dawna w rządzie i PiS panuje przekonanie, że ograniczenia nie trzeba zmieniać.

- Skutki zakazu są fatalne dla polskiego handlu. Są dwóch beneficjentów, czyli sieci dyskontowe, które się świetnie odnalazły. I wystawią Piotrowi Dudzie pomnik, bo poszerzają udział w rynku - dodawał. I zwracał uwagę, że duże sieci zarabiają głównie w soboty, gdy mogą organizować gigantyczne promocje.

Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
05-03-2019

fes2 zadowolonych sklepikarzy a 10 tys. którzy już nie są sklepikarzami...

05-03-2019

wowCzyta się ten artykuł jak przedruk z broszury solidarności. Ciężko w to wszystko uwierzyć.

05-03-2019

aaA co mnie interesuja mali sklepikarze! mam ochote isc do duzego sklepu to ma byc otwarty! jest wolny rynek, wolny handel, wolny kraj!!! jak komus nie … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (1228)