Z obu sztabów słychać, że dwutygodniowy pojedynek będzie prowadzony "na żyletki". Historyczne wnioski z wyników I tury wyborów prezydenckich nie są jednoznaczne ani dla Rafała Trzaskowskiego, ani dla Karola Nawrockiego. Zwycięzca I tury może się pocieszać, że tylko raz we wszystkich prezydenckich elekcjach od 1990 r. wybory wygrał kandydat, który w pierwszym głosowaniu był drugi. To zdarzyło się w 2005 roku, gdy Lech Kaczyński wyprzedził Donalda Tuska. W pozostałych przypadkach ostatecznie prezydentem zostawał zwycięzca pierwszej tury. To może sugerować, że większe szanse ma Rafał Trzaskowski.
Z drugiej strony Karol Nawrocki może powołać się na to, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat w tych wyborach częściej triumfował przedstawiciel PiS, a tylko raz - w 2010 r. - polityk PO, którym był wówczas Bronisław Komorowski.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Polska Amica podbija Europę i rzuca wyzwanie gigantom AGD - Jacek Rutkowski w Biznes Klasie
Duża pula do wzięcia
Na pewno kluczem dla wygranej i dla Nawrockiego, i Trzaskowskiego jest zdobycie poparcia większości elektoratu ich kontrkandydatów, którzy odpadli w I turze. A pula tych głosów jest rekordowo duża, ponieważ łączny wynik kandydatów z miejsc 1. i 2. był najniższy w historii prezydenckich wyborów w Polsce i wyniósł niespełna 61 proc. Nieco wyższy, 63-proc., był w 1990 roku, gdy walczyli Lech Wałęsa i Stan Tymiński. Przeciętnie orbitował wokół 70 proc. głosów, a rekordowo zbliżył się do 80 proc. w 2010 r., gdy do drugiej tury przeszli Bronisław Komorowski oraz Jarosław Kaczyński. Do tego różnica między Trzaskowskim a Nawrockim jest niewielka i wynosi niespełna 2 proc.
Politycy KO przyznają, że oczekiwali lepszych rezultatów po pierwszej turze.
Tak naprawdę w wynikach zobaczyliśmy szkic elektoratów partyjnych. Różnica między kandydatem PiS a kandydatem PO wynosi w tej chwili 360 tys. głosów. Nie wykluczałbym, że całe wybory się tak skończą. Tylko nie wiemy jeszcze, na czyją korzyść - przyznaje nasz rozmówca z Koalicji.
Dodaje, że co do zasady to Trzaskowski ma większe możliwości, by wybory wygrać: - Problemy Nawrockiego będą teraz dotkliwsze niż w pierwszej turze, bo dla ludzi on, jako kandydat drugiego wyboru, będzie niewiarygodny przez aferę mieszkaniową.
Z kolei Trzaskowski powinien opisać wizję swojej prezydentury, ale tym razem "w taki sposób, by każdy umiał to powtórzyć". - Temu mają służyć te dwa tygodnie, gdy grają już tylko dwie drużyny, na których skupi się cała uwaga - przekonuje polityk. Inny członek KO, z rządu, uważa, że teraz naturalnym rezerwuarem będą wyborcy, którzy w 2023 r. zagłosowali na stronę anty-PiS, a teraz na wybory nie poszli. - To ich trzeba zmotywować. Paradoksalnie aktualny wynik Rafała może w tym pomóc, bo ludzie odczują, że zagrożenie niewygrania tych wyborów jest realne - ocenia.
Ludowcy o bezpieczeństwie i Ukrainie
Trzaskowski i jego sztab liczą na silne wsparcie koalicjantów. I takie dostaną, choć - jak słyszymy - nie będzie to pomoc bezwarunkowa. Jako pierwsi z odsieczą ruszyli ludowcy. W poniedziałek w Warszawie przed pomnikiem Wincentego Witosa szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz udzielił poparcia Trzaskowskiemu, podkreślając istotę dobrej współpracy między zwierzchnikiem sił zbrojnych a ministrem obrony narodowej. Kosiniak-Kamysz zapewniał też, że jeśli Trzaskowski zostanie prezydentem, żaden polski żołnierz nie pojedzie z misją na Ukrainę.
Jeśli chodzi o PSL, to raczej chodzi im o to, by Trzaskowski wsparł nie konkretne pomysły, ale programowy kierunek partii i jego ministrów w rządzie. Chodzi m.in. o ponad 5 proc. PKB na zbrojenia, postawienie warunków dotyczących akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej. - To nie może być bezwarunkowe, tam trzeba postawić wysoko poprzeczkę - mówi nam Władysław Kosiniak-Kamysz. Wymienia w tym kontekście także kwestie związane z życiem codziennym, jak niższe rachunki za prąd i wsparcie dla inicjatyw związanych z energią - czyli biogazownie - czy fotowoltaikę.
W pakiecie mają być też kwestie związane z rozwojem infrastruktury. Jednocześnie PSL stara się przekonać, że Trzaskowski nie powinien iść w obietnice dotyczące kwestii światopoglądowych, czego oczekuje lewica. - Skoro pierwsza tura pokazała, że scena polityczna przechyla się na prawo, to jaki to ma sens? To tylko mobilizowanie wyborców drugiej strony - mówi nam jeden z ludowców.
Polska 2050 i kwestie mieszkaniowe
Partia Szymona Hołowni także wysyła sygnały, według których zaangażowanie się działaczy Polski 2050 w kampanię Trzaskowskiego nie będzie bezwarunkowe. Minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz już sprecyzowała część z tych żądań. "Zadanie? Proste: proszę zadziałać i odblokować pieniądze na budownictwo społeczne jeszcze przed 2. turą" - napisała na platformie X. Minister oczekuje też ze strony Trzaskowskiego odcięcia się od pomysłu dopłat do kredytów.
Pytanie, czy Trzaskowski odpowie na ten apel. - Myślę, że mieszkaniówka to realnie obszar, w którym będzie mu najtrudniej - przyznaje polityk Polski 2050. Wskazuje na możliwość dorzucenia kolejnego żądania. - Spróbujemy pewnie jeszcze z zakazem smartfonów w szkołach, bo Szymonowi na tym zależy - przyznaje.
Jednocześnie nie ma jasności, czy Polska 2050 będzie domagać się zaakcentowania przez Trzaskowskiego "zielonych" postulatów na finiszu kampanii. Zdaniem jednego z działaczy tego ugrupowania przyczyną niezadowalającego wyniku kandydata KO i fatalnego wyniku samego Hołowni jest m.in. demobilizacja wyborców, dla których kwestie środowiskowe są istotne. Ale kolejny pytany przez nas polityk Polski 2050 nie zgadza się z taką diagnozą. - Zieloni wyborcy o niczym już nie decydują - uważa.
Z Lewicy na temat poparcia i warunków jego udzielenia słyszymy dwugłos. - Chcemy porozmawiać o tym, co jest dla nas ważne. Poparcie z naszej strony nie będzie bezwarunkowe, ale nie będzie cwaniackie. Do wtorku wszystko powinno być rozstrzygnięte - zapewnia rozmówca z Lewicy. Inny polityk tego ugrupowania ma wątpliwości, czy stawianie warunków ma jeszcze sens i ze względu na to, jak to zostanie odebrane, i ze względu na ostateczny wynik.
- I tak musimy go poprzeć. A Trzaskowski i tak nie zostanie prezydentem, więc po co się wysilać - mówi nam ze szczerością. Mimo wszystko Lewica, która ma w najbliższy weekend swój kongres, zapewne ogłosi na nim oficjalne poparcie Rafała Trzaskowskiego. Zresztą on sam już w trakcie wieczoru wyborczego podkreślił, że załatwienie sprawy aborcji będzie jednym z jego priorytetów. Do tego mogą być dołożone akcenty programu związane z mieszkalnictwem, co będzie gestem wobec wyborców Magdaleny Biejat, Adriana Zandberga, a także Szymona Hołowni.
I właśnie z Magdaleną Biejat Rafał Trzaskowski ma wyjść przed kamery we wtorek. Poinformowała o tym w poniedziałek na antenie TVN24 wiceprzewodnicząca Nowej Lewicy Anita Kucharska-Dziedzic po tym, jak doszło do spotkania obojga kandydatów.
Jeśli chodzi o oczekiwania koalicjantów, pojawia się też kwestia resentymentu wobec Ukraińców.
Na tym populistycznie grał Braun i Mentzen, więc trudno, żeby także Trzaskowski nie wyciągnął z tego wniosków w niepopulistyczny sposób. To kwestia, która mocno żyje. Do tego stopnia, że poruszenie wywołało to, że podczas koncertu Eurowizji Ukraińcy (jury - przyp. red.) nie dali nawet jednego punktu Justynie Steczkowskiej, a to było dzień przed wyborami - zwraca uwagę polityk koalicji.
Co ciekawe, o sprawie dotyczącej Eurowizji słyszymy także od innych polityków.
Pewne nawiązanie do kwestii ukraińskiej ma być także argumentem dla wyborców Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna. Nawet nie tyle do głosowania na Trzaskowskiego, ile na zniechęcenie ich do pójścia do urn. Sam Mentzen zapowiedział, że we wtorek w południe ogłosi, komu udzieli poparcia w drugiej turze. W praktyce może to oznaczać, że każdy wariant wchodzi w grę - włącznie z tym, że ostatecznie nikomu z dwójki kandydatów tego poparcia nie udzieli.
Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak, dziennikarze money.pl