Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W czwartek Sejm uchwalił ustawę antyalkoholową wprowadzającą m.in. nocną prohibicję (czy też ograniczenie sprzedaży alkoholu, jak mówią jej zwolennicy), ograniczenie reklam napojów wyskokowych oraz podniesienie opłat za zezwolenie na sprzedaż napojów wyskokowych. Akt prawny trafi teraz na biurko prezydenta.
Podobne rozwiązania na całym świecie niemal za każdym razem powodowały spadek liczby przestępstw i hospitalizacji. Wydaje się więc, że nowe prawo nie ma wad. Jest jednak kilka "ale".
Projekt autorstwa Lewicy i PSL wprowadza nocne ograniczenie sprzedaży alkoholu w całym kraju od 22.00 do 6.00 rano. Samorządy dodatkowo dostaną instrument, żeby "alkoholową ciszę" wydłużyć od 21.00 do 9.00 rano. Z zakazu będą wyłączone między innymi lokale gastronomiczne i lotniska.
WIDEONie ma związków, nie ma dzieci. Ekspert o wielkim problemie Polski
Nowe regulacje oznaczają również całkowity zakaz reklam i promocji napojów alkoholowych, w tym piwa. Przypomnijmy, że ten ostatni napój może być reklamowany po godzinie 20.00, co powoduje, że kanały telewizyjne w tym czasie zamieniają się w swego rodzaju ogłoszeniodawców piwnych marek. Za złamanie zakazu będzie grozić grzywna od 30 tys. zł nawet do 1 mln zł lub kara ograniczenia wolności.
Nowe prawo podnosi również opłaty za zezwolenie na sprzedaż alkoholi do 18 proc. z 525 zł do 1050 zł, a dla trunków powyżej tej wartości z 2100 do 4200 zł.
Sejm przyjął rozwiązania znaczącą większością głosów. Za było 400 posłów, przeciw jedynie 29, a od głosu wstrzymało się 4 parlamentarzystów.
Najważniejszą z punktu widzenia debaty publicznej kwestią jest odgraniczenie sprzedaży alkoholu od 22.00 do 6.00. Rozwiązanie to zresztą obowiązuje już w wielu polskich miastach, między innymi w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Łodzi czy Zakopanem. Niemal we wszystkich tych miejscach władze miejskie raportują mniejszą liczbę wieczornych bójek i hospitalizacji.
Co wynika z danych straży miejskiej
Dla przykładu w Warszawie w Śródmieściu i na Pradze Północ, czyli w lokalizacjach, gdzie jako pierwsza została wdrożona nocna prohibicja, od listopada 2025 do maja 2026 o 6 proc. spadła łączna liczba nocnych interwencji straży miejskiej. Sytuacja dla analityków jest o tyle komfortowa, że można zestawić te wartości z innymi dzielnicami. Otóż okazuje się, że w lokalizacjach nieobjętych zakazem w tym czasie liczba interwencji wzrosła średnio o 12 proc.
Podobne spadki były wielokrotnie notowane w wielu regionach świata, gdzie ograniczano sprzedaż alkoholu. Najbardziej zbliżonym kulturowo, geograficznie i jeśli chodzi o podobieństwo rozwiązań miejscem, gdzie został nałożony częściowy "ban" na sprzedaż alkoholu jest niemiecka Badenia-Wirtembergia. W latach 2010-2017 w tym kraju związkowym obowiązywała nocna prohibicja w godzinach od 22.00 do 5.00 rano. Zakaz sprzedaży napojów wyskokowych nie obejmował barów ani restauracji.
Z badania przeprowadzonego przez grupę naukowców pod wodzą Floriana Baumanna wynika, że regulacja zmniejszyła liczbę pobić od 8 do 11 proc. (w zależności od kwalifikacji prawnej czynu). Nie miała jednak wpływu na liczbę gwałtów i rozbojów.
Analiza odnosząca się do tej samej regulacji, przeprowadzona jednak przez innych badaczy – Jana Marcusa i Thomasa Siedlera – wskazuje, że nocny zakaz sprzedaży zmniejszył liczbę hospitalizacji związanych z nadużyciem alkoholu wśród osób młodych o 7 proc. Odnotowano również spadek liczby odwiedzin w szpitalach będących następstwami napaści. Co zresztą nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę wyżej zacytowane wyniki.
Podobne efekty zostały zauważone również w Szwecji, Sao Paulo (tutaj regulacje obejmowały również wcześniejsze zamykanie barów), czy Nowej Południowej Walii w Australii (tu również ograniczenia obejmowały lokale).
To teraz trochę inna perspektywa. Nie ulega wątpliwości, że nocna "cisza" alkoholowa niemal wszędzie powoduje spadek nocnych burd. Zdarzają się wyjątki, jednak w znacznej większości przypadków tak właśnie wygląda wpływ tej regulacji na porządek publiczny.
Znamy to wszyscy
Tylko że w Polsce gwałtowny spadek liczby brutalnych przestępstw i tak od lat się dokonuje. Jednymi z najsilniej skorelowanych ze spożyciem alkoholu przestępstw są bójki i pobicia. Nie powinno to być chyba dla nikogo zaskoczeniem – młodzi mężczyźni po kilku głębszych nierzadko chcą sobie udowodnić, kto jest ważniejszy. Znamy to wszyscy.
W 2025 r. według danych policji w całym kraju bójek i pobić mieliśmy nieco ponad 2200. I był to najniższy odczyt w historii. W przedpandemicznym roku 2019 było ich ponad 3,5 tys., dekadę temu prawie 4,8 tys., a 20 lat temu… 14,3 tys.
Dzisiejsza liczba pobić i bójek – aż trudno w to uwierzyć – to zaledwie 15 proc. wartości sprzed dwóch dekad. Mało tego, Polska w ogóle obecnie jest jednym z najbezpieczniejszych krajów świata. Potrzeba dalszego przyciskania hamulca, jeśli chodzi o ten parametr, jest więc dyskusyjna.
Idźmy dalej – w naszym kraju od lat widać spadek spożycia alkoholu. Najnowsze dane mówią o 8,3 litrach spożytego 100 proc. alkoholu na mieszkańca. W 2020 roku był to o ponad litr więcej. Podobna wartość utrzymywała się mniej więcej od 2008 roku.
Maleje odsetek osób pijących często
Dane z CBOS pozwalają nam przyjrzeć się temu, w jaki sposób Polacy ograniczają spożycie. Z jednej strony rośnie nam odsetek osób niepijących, a z drugiej maleje odsetek osób pijących często.
W 2010 r. procent respondentów, którzy twierdzili, że piją piwo przynajmniej raz w tygodniu, wynosił 37 proc. Dzisiaj jest to 15 proc. Znacząco wzrósł za to odsetek pijących piwo raz lub kilka razy w roku – z 19 do 33 proc. Podobne procesy zachodzą, jeśli chodzi o wino i wódkę (choć w przypadku tych trunków widoczny jest spadek respondentów pijących kilka razy w roku).
Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy spojrzymy na odsetek osób, które w ogóle nie piją. Według CBOS niemal w każdej grupie wiekowej dla każdej płci odsetek pijących spada. Najbardziej widoczny jest odwrót od alkoholu w najmłodszej grupie 18–24 lata. Od 2010 r. odsetek pijących mężczyzn spadł w tej kohorcie o 15 pkt proc. (z 98 do 83 proc.). W przypadku kobiet spadek był nieco mniejszy (8 pkt proc.).
To potwierdza publicystyczną tezę na temat młodzieżowego trendu no-lo (no alcohol/low alcohol). Wielu socjologów i komentatorów życia społecznego nie podchodzi do tego zjawiska w sposób jednoznacznie entuzjastyczny. Dlaczego? Co jest złego w tym, że młodzi przestają pić? Chyba należałoby się cieszyć?
Cóż, spadek spożycia alkoholu może być związany nie tylko ze zmianą sposobu spędzania czasu ze znajomymi, ale również – a może głównie – ze spadkiem ilości spędzanego czasu z nimi twarzą w twarz. A to z kolei ma swoje źródło w powszechnej "smartfonozie", która według niektórych czyni pokoleniu znacznie większe szkody niż spożywanie alkoholu.
Nowe prawo nie tyle więc jest reakcją na narastający problem, ile "dobitką" już istniejącego trendu spadku spożycia i rosnącej preferencji w kierunku zwiększenia bezpieczeństwa i "mieszczańskiego" komfortu priorytetyzującego spokój i ciszę. Jest więc manifestacją zmieniających się społecznych oczekiwań, a nie rozwiązywaniem realnego dużego problemu społecznego. Wiele wskazuje na to, że ten rozwiązuje się sam – zarówno on, jak i skorelowane z nim zagrożenia, jak np. bójki.