Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Od początku września, kiedy wróciły wyższe ceny benzyny, prawa strona sceny politycznej grzeje "obietnicę" premiera sprzed czterech lat, w której zapowiadał, że za jego rządów paliwo będzie kosztować 5,19 zł za litr. "Wiadomo, co mówił Donald Tusk. Benzyna miała być po 5,19 zł. Tymczasem benzyna dochodzi do 8 zł" – mówił Mateusz Morawiecki kilka dni temu, stojąc obok orlenowskiego pylonu. Rzeczywiście obecny premier – będąc w opozycji – obiecywał gruszki na wierzbie. Takie wilcze prawo tych, którzy nie rządzą: mogą powiedzieć w zasadzie wszystko, ponieważ realnie i tak nie mają na nic wpływu. Ciekawostką jest jednak to, że te gruszki na wierzbie na pewien czas wyrosły, bo paliwo – dzięki decyzjom rządzących – "tak jakby" rzeczywiście kosztowało 5,19 zł. O co chodzi?
Zacznijmy od tego, że obecne ceny na stacjach benzynowych nie są ani "cenami Donalda Tuska" (wersja opozycji), ani "cenami Karola Nawrockiego" (wersja koalicji). To ceny Donalda Trumpa, który z chyba tylko sobie znanych powodów zdecydował się zaatakować Iran. Dalszą część tej opowieści znamy: Iran w odwecie zablokował cieśninę Ormuz, przez którą przed amerykańskim atakiem przepływało około 20 proc. światowej podaży ropy.
DLA CIEBIEPrzetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4
Wbrew temu, co niektórzy mówią, nie ma znaczenia, czy ropa wykorzystywana w danym kraju (na przykład w Polsce) "podróżowała" przez cieśninę. Tak znaczący globalny ubytek podaży surowca spowodował podwyżki cen na międzynarodowych giełdach. W ostatnich dniach sytuację pogorszyły ataki sprzyjających Iranowi sił na saudyjski rurociąg Wschód-Zachód, którym spora część ropy była transportowana do portów na Morzu Czerwonym, dzięki czemu nie musiała przepływać przez Ormuz.
To nie pierwszy szok naftowy w ostatnich latach. Już wraz z atakiem Kremla na Kijów i pospiesznym wycofywaniem się świata zachodniego z zakupu rosyjskich węglowodorów mieliśmy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Wtedy więc za globalne zwyżki cen surowca nie odpowiadał prezydent Stanów Zjednoczonych, a prezydent Rosji.
Według danych historycznych przytaczanych przez serwis Demagog.org w czerwcu 2022 r. za litr 95 płaciliśmy na stacjach 7,80 zł. Rekordowe ceny dla diesla padły w listopadzie wspomnianego roku – za litr ropy trzeba było zapłacić 8 zł.
I to właśnie w czerwcu 2022 r. Donald Tusk w rozmowie z portalem naTemat.pl na pytanie "Krótka piłka: dziś zostaje pan premierem, po ile jutro będzie paliwo?" odpowiedział: "5,19".
Złośliwi mogliby Donaldowi Tuskowi przypomnieć prędkość realizacji obietnic wyborczych w oparciu o casus 100 konkretów – listę 100 obietnic, które miały być wprowadzone w życie w ciągu pierwszych 100 dni rządów obecnej koalicji. Od zaprzysiężenia obecnego gabinetu minęło ponad 1000 dni, a z listy udało się wdrożyć około 1/3 postulatów, w większości nieszczególnie istotnych.
Wróćmy jednak do paliwa i dodajmy do tego obrazka jeden bardzo ważny element. Chodzi o inflację. Otóż 5,19 zł z 2022 r. nie jest równe dzisiejszym 5,19. Tak samo jak niemal 8 zł, jakie trzeba było zapłacić za benzynę.
Zacznijmy więc od tej drugiej wartości. Jeśli zrobimy poprawkę na spadek wartości pieniądza (skumulowana inflacja od rekordowej "benzynowej drożyzny" wyniosła 25 proc.), to okaże się, że do ówczesnej ceny benzyny jeszcze trochę brakuje – 7,80 z czerwca 2022 r. w przeliczeniu na dzisiejsze złotówki to około 9,80 zł. Tyle "na dzisiejsze" wynosiła szczytowa cena benzyny "za PiS-u". Tak się złożyło, że premierem wtedy był nie kto inny jak… Mateusz Morawiecki. Z kronikarskiego obowiązku: 8 zł z listopada 2022 r. po poprawce inflacyjnej przekłada się na dzisiejsze 9,40 zł.
Trzeba przyznać, że Putin podbił więc ceny paliwa znacznie mocniej niż Trump…
To teraz wróćmy do "obiecanych" 5,19 zł za benzynę i zróbmy z tą kwotą to, co zrobiliśmy z poprzednimi. Otóż 5,19 z czerwca 2022 r. w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze to około 6,50. I tak choćby 18 sierpnia w ramach programu CPN (Ceny Paliw Niżej), który został wprowadzony przez rząd Donalda Tuska, cena 95-tki wynosiła… 6,41. Czyli nawet mniej niż 5,19 zł z czerwca 2022 r., kiedy obecny premier zarzekał się, że obniży ceny paliwa!
Oczywiście maksymalne ceny podczas obowiązywania CPN bywały wyższe i przebijały 6,60 zł. Nadal jednak jest to odczyt bliski wartości 5,19 zł sprzed trzech lat! A więc pewnie zupełnie niezamierzenie i trochę na złość opozycji Donald Tusk spełnił jednak swoją obietnicę.
Pamiętajmy, że w ramach interwencji poza wprowadzeniem cen maksymalnych rząd obniżył również akcyzę na paliwa oraz ściął VAT z 23 do 8 proc.
Jak wspomniałem, pierwotnym powodem drożyzny na stacjach jest polityka amerykańskiego prezydenta. Wtórną przyczyną jest zamrożenie w końcówce sierpnia programu Ceny Paliw Niżej.
Obecnie trwa zacięta polityczna walka między obozem prezydenckim a rządem w kwestii kolejnego obniżenia cen paliw. Obie strony wiedzą, że o wysokie stawki widoczne na pylonach wyborcy oskarżają najpierw czynniki rządowe, dopiero później szukają powodów na zewnątrz. W interesie Karola Nawrockiego są więc wysokie ceny paliw, ponieważ powodują one utratę poparcia dla koalicji. No chyba że to dzięki jego ruchom udałoby się zbić ceny. W przypadku gabinetu Donalda Tuska jest odwrotnie: w jego interesie leżą niskie ceny. Chyba że uda mu się udowodnić, że to prezydent odpowiada za podwyżki.
Stąd też brazylijska telenowela, której osią jest legislacyjna kanonada – rządowe propozycje nałożenia na koncerny paliwowe podatku od zysków nadzwyczajnych w celu finansowania ubytków z przycięcia VAT-u i akcyzy, prezydenckie weto do tych rozwiązań i kolejne przepychanie przez rządzących tej samej ustawy. Oraz – w końcu – prezydencki projekt PKN (Paliwo Kosztuje Normalnie), który również opiera się na obniżeniu podatków i na wprowadzeniu maksymalnych marż dla firm z branży.
Jak to wszystko się skończy? Czas pokaże. Najlepiej oczywiście byłoby zawalczyć z przyczynami choroby, a nie z jej objawami. Niestety jednak trudno jest wpłynąć na Donalda Trumpa.