Polityczne kryptoshow w Polsce. Sprawa na kilku płaszczyznach [OPINIA]
W sprawie Zondacrypto najłatwiej dziś wpaść w jedną z dwóch politycznych opowieści. Pierwsza brzmi: "gdyby polska ustawa o rynku kryptoaktywów weszła w życie, problemu można byłoby uniknąć". Druga: "cała historia pokazuje, że państwo i tak niewiele mogłoby zrobić". Być może prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś pośrodku - pisze w opinii dla money.pl analityk rynków Daniel Kostecki.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Z perspektywy obserwatora rynku najważniejsze jest dziś nie tyle wskazywanie winnych na politycznej scenie, ile spokojne uporządkowanie pytań. Bo tych pytań jest sporo i dotyczą zarówno samej spółki, jak i działania instytucji po obu stronach granicy.
Kryptoustawa jako remedium
Pierwsze pytanie brzmi: czy w debacie publicznej nie uproszczono zbyt mocno roli polskiej ustawy? Z dostępnych dokumentów wynika, że operator giełdy działał przez estońską spółkę BB Trade Estonia OÜ, a więc w tle od początku był mocny element transgraniczny. Jeśli tak, to czy można uczciwie powiedzieć, że sama polska ustawa automatycznie rozwiązałaby problem? Raczej nie w tak prosty sposób, jak czasem sugerowano. Bardziej prawdopodobne wydaje się to, że poprawiłaby polską architekturę nadzorczą, ale nie zastąpiłaby działań po stronie estońskiej.
O co chodzi w aferze Zondacrypto? "Prezes celowo nam nie odpowiedział"
Drugie pytanie dotyczy samego kształtu ustawy. W finalnym tekście po poprawkach Senatu art. 162 i 163 nie przewidywały już szerokiego dodatkowego okresu przejściowego, o którym wcześniej mówiło się przy starszej wersji projektu. Czy to nie oznacza, że ustawodawca sam postawił bardzo twardą granicę dla podmiotów działających na starych zasadach? I czy przy takiej konstrukcji państwo było gotowe operacyjnie na szybkie przeprowadzenie rynku z dawnego reżimu do MiCA? To są pytania zasadne, bo licencji MiCA nie wydaje się przecież od ręki.
Mnożą się pytania
Trzecia kwestia jest jeszcze ciekawsza. Skoro publicznie wiadomo, że BB Trade Estonia OÜ złożyła wniosek MiCA w czerwcu 2025 r., a w lipcu 2025 r. estoński organ RAB/FIU odnotował wobec niej środek nadzorczy związany z brakiem raportu audytora o funduszach własnych, to warto pytać: jak dalej wyglądała komunikacja między spółką a estońskimi organami? Czy były dalsze wezwania? Czy braki były uzupełniane? Czy sprawa była eskalowana? Tu wydaje się, że odpowiedzi są dziś ważniejsze niż polityczne komentarze.
I tu pojawia się kolejne pytanie: co mogło zrobić polskie państwo, jeśli rzeczywiście już w grudniu 2025 r. miało niepokojące sygnały? Nie chodzi o to, by z góry zakładać bezczynność. Chodzi raczej o przypomnienie, że nawet bez nowej ustawy istniały już pewne legalne instrumenty działania. Jeśli informacje miały charakter karny, możliwy był tor wynikający z art. 304 § 2 k.p.k. Jeśli w grę wchodziły kwestie AML, działały mechanizmy GIIF, KAS i współpracy z prokuraturą. Jeśli potrzebne były materiały z Estonii, można było myśleć o uruchamianiu europejskich instrumentów dowodowych, w tym Europejskiego Nakazu Dochodzeniowego.
Być może część tych działań rzeczywiście podjęto. Tego dziś po prostu nie wiemy w pełni. Ale właśnie dlatego tak ważne wydaje się pytanie o przejrzystość: czy opinia publiczna nie powinna dostać bardziej uporządkowanej informacji, co państwo wiedziało, kiedy to wiedziało i jakie kroki podjęto? W sprawach, które dotyczą bezpieczeństwa środków klientów, zaufanie buduje się nie tylko śledztwem, ale też komunikacją.
Test dla biznesu i polityków
Cała ta historia wygląda dziś mniej jak prosty spór o jedną ustawę, a bardziej jak test kilku systemów naraz. Test dla samej spółki i jej modelu działania. Test dla estońskiego nadzoru. Test dla polskich instytucji, które musiały odnaleźć się w sprawie o wymiarze transgranicznym. I wreszcie test dla klasy politycznej, która zamiast upraszczać sytuację, powinna raczej pomagać ją obywatelom zrozumieć.
Dlatego być może najuczciwsza teza na dziś brzmi nie "państwo zawiodło" albo "ustawa wszystko by naprawiła". Uczciwsze wydaje się pytanie, czy wszystkie dostępne prawnie narzędzia zostały użyte dostatecznie szybko, dostatecznie przejrzyście i w odpowiedniej kolejności?
Jedno natomiast wydaje się pewne. W sprawach krypto mniej potrzeba dziś wielkich słów, a więcej spokojnej, technicznej roboty, dokumentów, procedur, zabezpieczania materiału dowodowego i rzetelnego tłumaczenia ludziom, co naprawdę wynika z prawa, a co jest już tylko polityczną interpretacją.
Najkrótsze podsumowanie tej historii jest chyba takie, że w obecnym kształcie przepisów trudno zakładać, by po 1 lipca 2026 r. polskie podmioty mogły dalej opierać działalność wyłącznie na starym wpisie do rejestru walut wirtualnych. Finalna wersja ustawy po poprawkach Senatu zamyka ten przejściowy most właśnie na tej dacie. To oznacza, że kto do tego czasu nie uzyska zezwolenia MiCA, wypada ze starego reżimu.
To prowadzi do drugiego, dość niewygodnego wniosku. Nawet jeśli jakiś podmiot przetrwałby rynkowo dzięki licencji uzyskanej gdzie indziej w Unii, to i tak nie oznaczałoby to pełnego nadzoru KNF w polskim sensie. W modelu MiCA zasadniczy nadzór nad takim podmiotem sprawuje organ państwa macierzystego, czyli ten, który wydał licencję. Dlatego opowieść, że polska ustawa automatycznie "przejmowałaby" wszystkich pod nadzór KNF, jest zbyt prosta. A w przypadku estońskiego VASP-a, jak BB Trade Estonia OÜ, hipotetyczne wejście w życie polskiej ustawy w grudniu 2025 r. tym bardziej nie dawałoby jeszcze Polsce automatycznego prawa do pełnego nadzoru. Taki podmiot pozostawałby przede wszystkim w reżimie estońskim, zwłaszcza w okresie przejściowym.
Z polskiej perspektywy najważniejsze pytanie dotyczy więc nie tylko ustawy, ale także reakcji państwa na sygnały ostrzegawcze. Jeśli już w grudniu 2025 r. istniały informacje, które uzasadniały podejrzenie popełnienia przestępstwa, to prawo dawało możliwość zawiadomienia prokuratury i uruchomienia zwykłej ścieżki karnoprocesowej, niezależnie od losów ustawy o rynku kryptoaktywów.
Nie przesądza to dziś automatycznie, że państwo nic nie zrobiło. Pokazuje jednak, że nowa ustawa nie była jedynym dostępnym narzędziem. I być może właśnie dlatego tak ważne jest dziś spokojne ustalenie, co było problemem regulacyjnym, co problemem nadzorczym, a co już problemem reakcji instytucji publicznych.
Daniel Kostecki, analityk rynkowy CMC Markets