Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Zaskakująco dobre dane o sprzedaży. Ukryty podatek już widoczny w statystykach

Zaskakująco dobre dane o sprzedaży. Ukryty podatek już widoczny w statystykach

Fot. Jacek Dominski/REPORTER

W styczniu sprzedaż detaliczna w Polsce wzrosła aż o 11,4 proc. w porównaniu do tego samego miesiąca ubiegłego roku. Po części to efekt inflacji. Zadowolony może być rząd, który dzięki temu "ukrytemu" podatkowi może liczyć na rosnące wpływy do kasy państwa.

Główny Urząd Statystyczny podał właśnie, że w styczniu Polacy kupili wartościowo o 11,4 proc. więcej towarów niż przed rokiem. To oznacza poprawę i tak już wyśrubowanego wyniku sprzed miesiąca, kiedy sprzedaż detaliczna rosła w tempie 6,4 proc.

Dane okazały się sporo lepsze od średniej prognoz analityków, którzy wskazywali na wynik w okolicach 7,6 proc. Najwięksi optymiści szacowali, że wynik może być na poziomie 12 proc.

Największe wzrosty sprzedaży w styczniu zanotowane zostały w kategoriach: paliwa stałe, ciekłe i gazowe (+28,9 proc.), w lekach (+16,8 proc.) i prasie/książkach (+16,2 proc.). Najmniejszy w odzieży i obuwiu (+2,1 proc.).

Skąd tak dobre dane? Jest kilka czynników, które sprzyjały lepszym statystykom. To m.in. efekt programu 500+, z którego miesięcznie do rodzin trafia prawie 2 mld zł. W dużej części pieniądze te są wydawane na bieżącą konsumpcję. Takiego zastrzyku gotówki w styczniu 2016 roku nie było.

Warto też zauważyć, że dane te podawane są w ujęciu wartościowym, a więc duże znaczenie mają ceny. Możemy kupować tyle samo towarów, ale jeśli ich ceny wzrosły, to automatycznie zwiększy się też wykazywana przez GUS sprzedaż detaliczna. W styczniu ceny w Polsce były aż o 1,8 proc. wyższe wobec stycznia 2016 roku. To najwyższy poziom inflacji od ponad 4 lat.

Inflacja na przestrzeni ostatnich 5 lat

- Inflacja ma duży wpływ na poziom sprzedaży detalicznej - przyznaje Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK. - Dużą część wydatków stanowi transport, na który wpływ ma wyraźnie drożejąca w ostatnim czasie ropa naftowa czy żywność, gdzie ceny również idą w górę.

Długo może utrzymywać się taka dynamika sprzedaży detalicznej? Zdaniem eksperta BGK w dłuższej perspektywie czasu będzie znacznie niższa niż w styczniu, ale i tak na bardzo wysokim poziomie około 5 do 5,5 proc.

Rosnąca konsumpcja pozytywnie oddziałuje na gospodarkę, w tym na rozwój niezwykle ważnego sektora przemysłowego. Potwierdzają to również opublikowane w piątek dane na temat produkcji przemysłowej. W ujęciu rocznym wzrosła o 9 proc. wobec 2,3 proc. w grudniu co potwierdza, że polska gospodarka "dołek" może mieć już za sobą.

Dane podbija rosnąca inflacja. A to wyższe wpływy z podatków

Styczniowe doniesienia GUS są dobre również z punktu widzenia kasy państwa. - Rządy lubią inflację, bo to oznacza większe wpływy. Jednocześnie inflacja zmniejsza zadłużenie wyrażane jako stosunek długu do PKB - podkreśla Tomasz Kaczor.

Wyższa inflacja w połączeniu ze wzrostem sprzedaży detalicznej oznaczają, że dochody budżetu z tytułu podatków powinny wzrosnąć. Wyższe ceny mają bowiem bezpośrednie przełożenie na wysokość uzależnionego od nich podatku VAT.

"Wyższa (lub niższa) dynamika wzrostu cen, przyczynia się do wyższej (lub niższej) dynamiki dochodów podatkowych, przy czym efekt ten jest najsilniejszy w przypadku dochodów z podatku VAT" - tłumaczą ekonomiści NBP w jednym ze swoich raportów.

Taka pomoc ze strony Polaków robiących większe zakupy przy rosnącej inflacji z pewnością przyda się rządowi, który w budżecie na 2017 rok dość ambitnie zaplanował dochody budżetu z podatku VAT na poziomie 143,5 mld zł. To stanowi prawie połowę wszystkich dochodów podatkowych zaplanowanych na ten rok. Dla porównania, plan budżetowy na 2016 rok zakładał wpływy z podatku VAT w wysokości 128,7 mld zł.

Źródło: Ministerstwo Finansów.

Ekonomiści nazywają nawet inflację ukrytym podatkiem. - Z punktu widzenia ekonomii jest co do tego pełna zgoda. Dla Kowalskiego nie ma różnicy, w jaki sposób tłumaczymy wzrost cen. Liczy się sam fakt tego, że trzeba zapłacić więcej - komentuje Tomasz Kaczor. Jak dodaje, problem jest tylko w tym, że inflację trudniej kontrolować w przeciwieństwie do podatków.

Niektórzy twierdzą, że inflacja to szczególnie zły podatek dla konsumentów, bo jest po prostu niesprawiedliwy - najbardziej uderza w najbiedniejszych. Dla nich wydatki konsumpcyjne stanowią większą część dochodów niż w przypadku bogatych. Jednocześnie jednak, jak wskazuje ekonomista BGK, inflacja jest podatkiem na oszczędności, a tu dotyka raczej najbogatszych, bo to oni mogą sobie pozwolić na odkładanie większych sum.

Jeśli trafiają one na konto w banku, to realnie pieniądze nawet tracą na wartości. - Realne straty ponosimy już od stycznia ubiegłego roku. Średnie oprocentowanie zakładanych wtedy lokat wynosiło 1,71 proc., a ceny wzrosły w tym czasie o 1,8 proc. Po uwzględnieniu wzrostu cen oraz podatku okazuje się, że przeciętna lokata przyniosła realną stratę w wysokości 0,41 proc. - wylicza Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors.

RPP nie będzie spieszyć się z podwyżkami stóp

Styczniowe doniesienia GUS mogłyby sugerować, że Rada Polityki Pieniężnej zabierze się za podwyżki stóp procentowych - obecnie główna stopa referencyjna jest na najniższym w historii poziomie 1,5 proc. Podwyżka oznaczałaby przede wszystkim wzrost kosztów dla posiadaczy kredytów w złotych - wraz ze wzrostem stóp w górę idzie również ich oprocentowanie. Z drugiej jednak strony - Polacy mieliby szansę na wyższe odsetki z depozytów bankowych.

Na razie ekonomiści są jednak ostrożni w prognozowaniu podwyżek stóp procentowych, sugerując, by poczekać na kolejne dane, które potwierdzą ożywienie gospodarcze w Polsce.

"Styczniowe odczyty mogą wspierać oczekiwania na reakcję ze strony RPP, przy czym naszym zdaniem dla Rady istotna będzie dopiero marcowa projekcja inflacyjna. Bazowym scenariuszem dla stóp pozostaje brak podwyżek co najmniej do końca 2017 roku" - podają ekonomiści z Raiffeisen Bank Polska.
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
miki
2017-02-21 18:39
Jak widać z tabeli, obniżka podatku dla osób prywatnych do poziomu 9% ograniczyłaby dochody Państwa o ok. 26 mld. (500+ to 17 mld rocznie) Rzeczywistość pokazałaby, że nie byłoby różnicy we wpływach, bo wielu wyszłoby z szarej strefy i płaciło podatki, przyjeżdżaliby tacy Depardieu, żeby u nas płacić podatki. Dużo majętnych ludzi zakładałoby tu przedsiębiorstwa, miejsca pracy. Nie trzeba by było dopłacać koncernom, żeby tu inwestowały i zakładały biznesy. Bezrobocie zerowe, ciągłe podwyżki płac, żeby podkupić pracowników. Kasa by wracała w postaci VAT od dodatkowej konsumpcji i inwestycji, sakupu aut do firm. Samo by się kręciło. Ale wtedy rozdawnictwo rządu nie byłoby potrzebne a to nie dobrze dla urzędników i rządzących. Czuli by się niepotrzebni ;)
miki
2017-02-21 18:27
W końcu PiS dopiął swego i konsumpcja rusza. Mam nadzieję, że nie wyskoczy jakiś kryzys światowy bo będzie klapa przy tych podwyżkach i 500+
Grażyna
2017-02-21 13:10
to bolszewicka propaganda
Pokaż wszystkie komentarze (382)