Nie ma komu budować. Inwestycjom samorządów grozi paraliż
Zarówno duże miasta, jak i małe gminy mają problem. Nierozstrzygniętych lub odwołanych przetargów jest coraz więcej. Zdarza się, że nikt nie składa ofert albo zgłasza się jeden wykonawca, który proponuje cenę wyższą nawet o 100 procent od zakładanego kosztorysu.
Takie sytuacje to nieodosobniony przypadek. Jak podaje czwartkowa "Rzeczpospolita", w Kielcach za rozbudowę dworca autobusowego miasto chciało zapłacić 32 mln zł, oferent zaproponował 64 mln zł. Z kolei we Wrocławiu na rozbudowę linii tramwajowej z budżetem 148 mln zł, najtańsza oferta w przetargu wyniosła 193 mln zł.
Wówczas gminy muszą wielokrotnie rozpisywać przetargi na nowo, co kosztuje, a wiele z nich jest unieważnianych.
Zdaniem przedstawicieli samorządów powodem takiej sytuacji jest brak ludzi do pracy na budowach, co już w zeszłym roku przekładało się na dotrzymanie terminów. A w tym roku - jak wskazuje "Rzeczpospolita" - jest gorzej. Janusz Gromek, prezydent Kołobrzegu, w rozmowie z dziennikiem wyjaśnia, że wielu Polaków wyjechało za granicę, część odeszła na wcześniejszą emeryturę, inni zrezygnowali z powodu 500+. Dlatego na polskich budowach coraz częściej można spotkać już nie tylko Ukraińców, ale także robotników z Mongolii czy Nepalu.
Będą pieniądze dla samorządów. Ministerstwo inwestycji przygotowuje się na nowe czasy
Braki kadrowe to niejedyny problem. Dodatkowym są rosnące ceny materiałów budowlanych.