Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Chcieli dorobić przy pracy sezonowej, a trafili do piekła. Nazywali ich tam "polskimi świniami"

Chcieli dorobić przy pracy sezonowej, a trafili do piekła. Nazywali ich tam "polskimi świniami"

15 tys. koron duńskich mieli zarabiać Polacy w Danii. Zamiast tego byli obrażani i spali w busie Fot. Reporters / SCHEIRE/REPORTER
15 tys. koron duńskich mieli zarabiać Polacy w Danii. Zamiast tego byli obrażani i spali w busie

Mieszkali w kilka osób w ciasnym i śmierdzącym autobusie. Spali zaledwie po kilka godzin, a później mieli się kąpać w okolicy ubojni dla świń. Na koniec nie dostali pełnej pensji. Takie warunki pracy czekały na grupę Polaków, którzy wyjechali do Danii. Wytrzymali 37 dni. Gdy zaczęli protestować, szef wywiózł ich na dworzec i po prostu zostawił. Teraz ostrzegają emigrujących rodaków. Radzą dobrze prześwietlić firmę, dla której ktoś ma zamiar pracować.

- Wstawać, polskie świnie! - wykrzykuje szef. To Henning. Niewysoki, nie ma włosów. Na ciele ma wytatuowaną norkę. Na sobie ma z kolei mieszankę ubrań sportowych i roboczych. Jest właścicielem firmy. Obsługa ferm norek - tym się zajmuje. Henning pilnuje porządku, dogląda biznesu 24 godziny na dobę.

Jest 6.30 rano. Już za 30 minut wszyscy mają być gotowi do pracy. Noc spędzili w busie przerobionym na prowizoryczny dom. Jest w nim gorąco, lata pełno much. Do tego cuchnie. Potem i norkami.

Osiem osób powoli zbiera się do pracy. Spali tylko kilka godzin, nie mają sił, nie spieszą się.

Henning wrzeszczy. Najczęściej używa dwóch słów: świnie i idioci. Pracownicy ogarniają się. Nie reagują już.

Przez kolejnych kilkanaście godzin ekipa będzie szczepić norki na duńskich fermach. W ciągu godziny z klatki wyciąga się mniej więcej 300 zwierząt.

Praca wygląda tak: wyciągasz norkę, dajesz zastrzyk i szybko wkładasz do klatki. I przesuwasz się o krok dalej. I tak aż do ostatniego zwierzaka. Najgorsze są matki z młodymi. Walczą jak o życie, gryzą. A do tego szef wydziera się co chwila. Obraża, pogania, wyśmiewa. Raz nawet uderzył. Przeprosił dopiero gdy pojawiła się groźba telefonu na policję.

W takich warunkach pracowała grupka Polaków w Danii. Mieli dorobić, podratować rodzinne finanse. A trafili na małe piekło.

- Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Myślałem, że takie obrazki można zobaczyć tylko w telewizji. Nigdy nie sądziłem, że sam trafię do obozu pracy - opowiada Adam. Historią podzielił się w serwisie Wykop.pl. Skontaktowaliśmy się, by dokładnie opisał, co go spotkało. Nazwiska woli nie ujawniać, choć nie ma z tym problemu. Nie chce jednak robić z siebie ofiary, woli po prostu przestrzec innych.

On, trzech kolejnych Polaków i czterech Rumunów zaczęło pracować w jednej z duńskich firm obsługujących fermy na początku lipca. Oferta sezonowa, dobrze płatna. W ogłoszeniu wszystko było opisane rzetelnie, ale bez przechwałek. - Same informacje, typowe duńskie ogłoszenie o pracę - tłumaczy Adam.

Tak wyglądało jedno z miejsc, gdzie wykąpać mieli się Polacy. Na tyłach była ubojnia świń. Podłoga i wszystkie elementy były brudne

Wytrzymali 37 dni. Codziennie pracowali od 12 do 16 godzin. Ostatniego dnia szef powiedział im, że umyć się mogą w okolicach ubojni świń. Nie wytrzymali. Zaczęli protestować. Wywiózł ich więc na dworzec, otworzył drzwi i powiedział: wynocha. Dyskutować nie chciał, tylko wyganiał z auta. Przespali się na dworcu i wyjechali. Bez części pieniędzy. Jeden stracił 3 tys. koron (1,7 tys. zł), inny 8 tys. koron (w przeliczeniu 4,5 tys. zł).

O co chodzi?

Zacznijmy od początku. Adam w Danii pracuje już ponad 7 lat. Wyjechał jako młody chłopak. Powód jest oczywisty - chciał dorobić. Na miejscu miał siostrę, więc długo się nie wahał. - Miałem wsparcie na start. Wprowadziła mnie w realia, nie było źle - opowiada.

Przez lata chwytał się różnych zajęć. Zaczął od sprzątania biur. Firma podpisała z nim umowę i wysłała na kilkutygodniowy kurs języka. Dopiero później trafił do pracy. - Lekko nie było, bo to ciężkie zajęcie. Ale nie narzekałem. W końcu do Danii pojechałem właśnie pracować - przyznaje. Kurs języka się przydał. Dorabiał czasami jako tłumacz duńskiego.

Od dłuższego czasu myślał o powrocie. W zasadzie do Polski miał przyjechać tuż po wakacjach, we wrześniu. - Miałem już trochę dość pracy i życia poza ojczyzną. W kraju czekała na mnie żona i córka. Ale... kuzyn i jego znajomi chcieli przyjechać. Znaleźli ofertę pracy sezonowej, wydawała się w porządku. Więc uznałem, że zostaję z nimi do końca wakacji i wtedy wracam. Uznałem, że warto to sprawdzić. Wymyśliłem sobie, że to będzie taka opcja zapasowa, gdyby w Polsce jednak nie wyszło - opowiada.

Pod koniec czerwca w czwórkę odwiedzili siedzibę firmy. Zwykły dom, nic, co mogłoby wzbudzać podejrzenia. Wszystko kilkadziesiąt kilometrów od Struer, dziesięciotysięcznego miasteczka.

Podpisali dokumenty, umówili się na rozpoczęcie pracy z pierwszym dniem nowego miesiąca. Jeszcze przed podpisaniem papierów oglądali zdjęcia przyczep, w których mieli mieszkać. Taka praca - każdego dnia zmienia się miejsce, pracuje na innej fermie.

­­­Wypłata miała zależeć od liczby zaszczepionych norek. Za jedną dostaje się pół korony. Miesiąc pracy to mniej więcej 15 tys. koron duńskich. W przeliczeniu cztery polskie pensje minimalne, prawie 8 tys. zł. Szybko można odłożyć na samochód. I cały czas można pomagać rodzinie.

- Ludzie w tej firmie wydawali się mili. Warunki miały być dobre, przyczepy czyste. Mieliśmy spać i mieszkać po dwie osoby w jednej. A gdy dojechaliśmy na miejsce, to zobaczyliśmy czterech obywateli Rumunii, którzy grzebali coś przy dużym busie dostawczym. Przerabiali go na sypialnię. Mieliśmy tam mieszkać wszyscy razem - opowiada.

 

Dwa piętrowe łóżka po lewej, dwa po prawej stronie. Do tego wąski korytarz. I to w sumie tyle. Tak mieli mieszkać pracownicy.

Do pracy albo... won do domu

- Jak się nie podoba, to wracajcie do domu. Ale będziecie musieli opłacić 6 tys. koron duńskich (około 3,4 tys. zł) za kurs - tak szef reagował na każdą próbę protestu. Groził karą, temat się kończył. - Naradziliśmy się, postanowiliśmy, że zostajemy. Może będzie ciasno, ale zaciśniemy zęby i damy radę. W końcu to praca tylko na kilka miesięcy - wspomina Adam.

Szybko jednak się okazało, że to był dopiero początek problemów.

Każdego dnia ekipa budzona była wrzaskiem. - Nie jestem już w stanie policzyć, ile razy usłyszałem, że jesteśmy polskimi świniami. Chłopaki z Rumunii mieli to samo, też dostawali po głowie wyzwiskami - mówi Adam.

Szef krzyczał zawsze. Wystarczył byle powód, by rozpętało się kilkunastominutowe piekło.

Pewnego dnia ekipa dostała zgrzewkę piw od farmera. To było podziękowanie za ciężką pracę. Henning zabrał wszystko, wręczył każdemu po jednej butelce i zniknął w swojej przyczepie. Po chwili przybiegł z krzykiem, że ktoś ukradł mu jedno piwo.

- I tak krzyczał, krzyczał, aż zorientował się, że nie policzył dobrze tego, co ma w przyczepie - opowiada Adam.

Innym razem jeden z kolegów został uderzony pięścią prosto w klatkę piersiową. Otworzył za wcześnie butelkę ze szczepionką. Mają ważność dwie godziny, więc i tak by ją wykorzystał. To nie miało znaczenia. Znów wszyscy słuchali, że są świniami i idiotami. Wtedy wszyscy zaprotestowali. Już mieli dzwonić po policję. Ale szef przeprosił. Wystraszył się.

Gdy pracownikom dał zużyte rękawice ochronne, to się śmiał. Nie obchodziło go, że zaraz wszyscy będą mieli pogryzione ręce. Pilnował za to, by w pracy pojawiali się na czas co do minuty.

"Duński nacjonalista" - tak go przezywali Polacy.

- Dla niego ludzie z krajów dawnego bloku wschodniego byli po prostu złodziejami. Jak spaliśmy w okolicy, gdzie pracowało dużo Polaków lub Litwinów, to kazał nam się zamykać. Więc zamykaliśmy naszego busa i pilnowaliśmy "domu". Bo niby mogli nas okraść, na pewno czaili się na nasze ubrania - opowiada szyderczo Adam.

Henning w pracy dzielił i rządził. Pilnował, poganiał, krzyczał. Czasami sam trochę popracował, pokazał, jak można wszystko robić szybciej. I palił papierosy. W ciągu dnia potrafił w powietrze przepuścić dwie paczki. Czasami znacznie więcej.

Nie wyglądał na zamożnego. Mieszkał w starym i zapuszczonym domu w środku lasu. Ale pieniądze na nowy sprzęt zawsze znajdował. Głośniki były w każdym pomieszczeniu, nawet w łazience. Do tego oczywiście kilka telewizorów, modne gadżety i fotel masujący.

O czym lubił opowiadać? Przechwalał się. A to opowiadał, jak smaczne jest mięso z norki, a to wspominał rodzinny wyjazd do Disneylandu w Paryżu. Miał tam wydać 15 tys. euro. W pracy pomagał mu syn. Mniejsza kopia ojca. Identyczne podejście do Polaków. Identyczne odzywki.

Jeden z pracujących Rumunów nie wytrzymał. I po prostu uciekł. - To frajer - śmiał się Henning.

Adam sam przyznaje, że to nie był typowy obóz pracy. Nie zabrali im dokumentów, nikt ich nie zamykał. Sami nie chcieli wyjechać. Chcieli dopracować do końca.

- Wie pan... Jak człowiek ma odłożone pieniądze, to może rzucić wszystko w cholerę i szukać dalej. Ale jeżeli pojechał, by jakiekolwiek dobre pieniądze dopiero zarobić, to nie chce się poddać. A i w kieszeni ma pusto. Co ma zrobić? Dzwonić do rodziny i prosić o pieniądze na bilet? Przecież wyjeżdża się po to, żeby zarobić. Najpierw tłumaczyliśmy sobie, że to szef nerwowy, ale będzie dobrze. A później mówiliśmy, że dotrzymamy do wypłaty i zwiewamy - opowiada Adam.

Czarę goryczy przelało jedno z miejsc, w których ekipa miała się wykąpać. Bez tego nie sposób było zasnąć. Wszyscy śmierdzieli norkami. Pomagał tylko prysznic. Henning wskazał miejsce, gdzie ubijano świnie. Wtedy zrobili aferę.

Szef kazał im się więc spakować i po prostu wywiózł na dworzec. - Było już sporo po 22, żadne pociągi nie jeździły. A my nie mieliśmy pieniędzy, by zafundować sobie hotel. Dwóch kolegów nie dostało ani grosza. To, co miałem w portfelu, nie pozwalało, żeby postawić za wszystkich. Więc przespaliśmy się na ławkach. A następnego dnia wyjechaliśmy - opowiada Adam.

Pomocy brak

W międzyczasie zadzwonili na policję. Tam odmówili im pomocy. Podobnie na sprawę zareagowały duńskie związki zawodowe, których członkowie mogą prosić ekspertów o pomoc. Związek nie zareagował na prośbę Adama. Inspekcja pracy sprawą zainteresowała się po trzech miesiącach. Gdy Adam ruszył do duńskich mediów. Odpowiedzieli mu dziennikarze kilku stacji.

Jego historia stała się hitem wśród Polaków w Danii. Żywo komentowali sprawę. Oferowali pomoc prawną. Do Adama zgłosił się też chłopak, który u Henninga pracował pięć lat temu. I jak zapewnia - niewiele się zmieniło.

Od kiedy sprawą zainteresowały się duńskie media, firma zniknęła z Facebooka. Nie ma już profilu społecznościowego, nie ma zdjęć uśmiechniętych pracowników z szefem. Z portali z ogłoszeniami o pracę zniknęła też oferta pracy. W serwisach oceniających firmę pojawiły się za to wpisy Polaków. Przytaczają opowieść Adama. Odstraszają potencjalnych pracowników.

Adam wspólnie z prawnikiem pracuje nad odzyskaniem pozostałych pieniędzy z firmy dla całej grupy. Jednocześnie chce ostrzec wszystkich wyjeżdżających Polaków. Jego rady? Zawsze odłożyć pieniądze na ewentualny powrót. To właśnie finanse powodują, że ludzie zostają w takich miejscach dłużej niż powinni.

Na koniec 2016 roku poza granicami Polski przebywało czasowo około 2 mln 515 tys. mieszkańców naszego kraju. To oznacza wzrost emigracji o 118 tys. (4,7 proc.) w porównaniu z końcówką 2015 roku - wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. W Danii przebywa 32 tys. Polaków. Dla porównania - w Wielkiej Brytanii, która króluje w statystykach wyjazdów - prawie 800 tys. zł.
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
oboźniczy
2017-11-16 06:33
Nie duński, tylko polski obóz pracy!
Kolega Bogdana Darek.
2017-11-16 04:29
A kierownik Ochrony Pentagram Olsztyn zabronił wszystkim Niepełnosprawnym Niewolnikom rozmowy z buntującym się niewolnikiem Januszem. Każdy niepełnosprawny niewolnik nawet prywatnie nie może rozmawiać z Januszem. Ponieważ kierownik Ochrony Bogdan zwolni każdego niewolnika z pracy. Przepraszam czy tu biją odpowiedz Tak biją ! Tak byli Milicjanci i Ubeki gnębią niepełnosprawnych niewolników .
Niewolnik Niepełnosprawny.
2017-11-16 04:18
W Olsztynie Warmińsko -Mazurskim też . Prezesi i ich żołnierze Olsztyńskich obozów Pracy Dla Niewolników Niepełnosprawnych na gminie zastraszają , mobbingują i okradają . Mają przyzwolenie , przez Olsztyński Urząd Skarbowy , NIK , Sądy i Urzędników Państwowych. Niech żyją Olsztyńskie Obozy Pracy Dla Niewolników Niepełnosprawnych i ich Komendanci !
Pokaż wszystkie komentarze (325)