Notowania

"Ten moment, w którym człowiek ma myśli samobójcze". Jak Jan K. grał na rynku forex, a bank ściga rodzinę o dwa miliony złotych

- Na samą myśl, że miałbym tam ulokować jakieś pieniądze, żołądek podchodzi mi do gardła - mówi gracz, którego przygoda z rynkiem walutowym może kosztować utratę całego majątku.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Andreyuu/iStockphoto)

"Czarny czwartek" 15 stycznia 2015 r., krach na franku. Jan K. widzi, że z rachunków foreksowych jego oraz żony wyparowuje nagle około 200 tys. zł. Nie wie jeszcze, że następnego dnia rano obudzi się z debetem na 2 mln zł. To kwota, jakiej dziś żąda bank inwestycyjny Saxo Bank. - To jakiś horror - mówi gracz, który skutecznie wyleczył się z gry na foreksie. - Na samą myśl, że miałbym tam ulokować jakieś pieniądze, żołądek podchodzi mi do gardła.

Nazwijmy go Jan K. (prawdziwe dane osobowe i dokumentacja opisanej sprawy w posiadaniu redakcji). Lat około 50, mieszkaniec kilkusettysięcznego miasta w Polsce. Od dawna zainteresowany rynkami finansowymi. Gdy w 1991 r. na warszawskiej giełdzie było notowanych tylko pięć spółek, on miał ich akcje. Z wykształcenia ekonomista. Zajmował stanowiska menedżerskie w niedużych spółkach. Nic dziwnego, że przez wszystkie lata rodzina i znajomi zadawali mu pytanie: "w co inwestować?".

Jana K. poznajemy w sądzie w Warszawie. Przyjechał, by przysłuchiwać się, jak inny gracz foreksowy zmaga się ze swoim brokerem. Na spotkanie i rozmowę z money.pl zgadza się po kilku tygodniach. Ale tylko pod warunkiem zachowania pełnej anonimowości. - Wie pan, to nie jest tak, że się boję. Ale po prostu jest mi wstyd, że wpakowałem w taką historię nie tylko siebie, ale całą swoją rodzinę i kilkoro znajomych - przyznaje.

Założenie rachunków foreksowych w Saxo Banku polecił nie tylko swojej żonie, ale też bratu, matce, teściowej i paru kolegom. Wszyscy mieli pomnożyć swoje oszczędności dzięki temu, że Bank Szwajcarii bronił kursu franka szwajcarskiego do euro. Jednak zamiast pomnażać, stracili. Nie tylko to, co zainwestowali, ale wpadli też w debet.

"Czarny czwartek" był jak upadek Lehman Brothers

6 września 2011 r. Bank Szwajcarii ogłasza, że będzie bronił kursu franka do euro przy poziomie 1,20. Inaczej mówiąc, jedno euro nie będzie kosztować mniej niż 1,20 franka. Bank centralny chce w ten sposób chronić opartą o eksport szwajcarską gospodarkę. Od tamtego dnia kurs 1,20 jest traktowany przez wielu graczy i analityków jak "świętość", a więc i bariera, o którą można opierać strategię gry na foreksie.

Na rynku walutowym wybucha panika. Taki scenariusz przez większość graczy w ogóle nie był przecież brany pod uwagę. Jan K. wielokrotnie słyszał z ust ekspertów, że złamanie bariery 1,20 jest nie do pomyślenia.

- Mało osób zdaje sobie z tego sprawę, ale 15 stycznia 2015 roku był dla firm foreksowych na całym świecie wydarzeniem, którego skalę można porównać chyba tylko do upadku banku Lehman Brothers - mówi money.pl Andrzej Tomczyk, szef polskiego oddziału firmy brokerskiej Admiral Markets. - Tamtego dnia cały rynek stanął na głowie. Brokerzy mieli poważne problemy z realizowaniem zleceń na parach walutowych powiązanych z frankiem.

Bank informuje, że ceny zostaną zmienione

Jan K. i jego rodzina mniej więcej od 2012 roku lokują na foreksie duże pieniądze. Najwięcej on i jego żona. To kwoty rzędu od kilkunastu do około 200 tys. zł. Obstawiają, w jakim kierunku będą zmieniać się pary walutowe, czyli np. euro do franka. Jeżeli obstawią trafnie, zarabiają. Przeciwny wynik przynosi stratę. W największym skrócie, właśnie na tym polega forex. Każda transakcja jest rozliczana według obowiązującej na daną chwilę ceny jednej waluty w stosunku do drugiej.

Zakładają się o kurs euro do franka z przekonaniem, że wspomniana bariera 1,20 jest nie do ruszenia, a więc że szwajcarska waluta się nie umocni. Używają przy tym tzw. dźwigni finansowej, a więc mechanizmu, który pozwala lokować na rynku większe pieniądze niż się w rzeczywistości posiada.

- Wiem, że ludzie mogą nazwać nas hazardzistami, ale dla nas było jasne, że w razie dużego niepowodzenia, możemy stracić nawet wszystkie środki zgromadzone na rachunkach. Takiego ryzyka byłem świadomy, tym bardziej, że bank wcześniej dwa razy zamykał moje zlecenia z dużymi stratami i nigdy nie miałem o to pretensji. Nigdy też nie korzystałem z maksymalnej dźwigni - przyznaje Jan K. Tym razem jednak nie skończyło się "tylko" na wyczyszczeniu rachunku.

15 stycznia 2015 roku po godzinie 10.30 polskiego czasu dla większości inwestorów rozpoczyna się koszmar. Trwa kilka minut. Większość Polaków pamięta tę panikę, bo w jednej chwili za franka szwajcarskiego trzeba było zapłacić nawet 5,19 zł! Gracze na rynku forex są z niego "wyrzucani" przez zlecenia tzw. stop-loss i stop-out. Najprościej mówiąc, to narzędzia, które mają ich chronić przed dużymi stratami - gdy klient nie ma wystarczających środków na ich pokrycie, wówczas zamykają zlecenie.

Gdy sytuacja się uspokaja, Jan K. i jego rodzina widzą, że z ich rachunków wyparowała zdecydowana większość środków. - Co tu dużo mówić, skala przeceny była gigantyczna. Myślałem, że dostanę zawału - przyznaje.

Jeszcze większe emocje zaczynają się jednak, gdy kilka godzin później dostają e-mail z Saxo Banku o tytule "Luka cenowa na CHF". Instytucja informuje w nim o problemach z płynnością w handlu walutami. I pada kluczowe zdanie: "W momencie, kiedy będziemy w stanie określić rzeczywistą płynność rynku, wszystkie wykonane transakcje zostaną ponownie sprawdzone, a ceny ich realizacji zrewidowane do bardziej odpowiednich poziomów".

"Ten moment, w którym człowiek ma myśli samobójcze"

Jan K.: - Zmroziło mnie. Jak to możliwe, że transakcja może zostać cofnięta, a cena zmieniona? - zastanawia się. Ale nawet wtedy nie docierała jeszcze do niego skala problemu.

16 stycznia rano zauważa, że na jego rachunku widnieje na czerwono kwota ponad 950 tysięcy złotych. U żony - ponad milion złotych. Brat, matka, kolega - każde z nich ma debety idące w sumie w kolejne dziesiątki tysięcy złotych.

Znajomy Jana K. (debet na ponad 100 tysięcy złotych) od razu pisze do banku: "Nikt nigdy nie informował mnie, że możliwa jest strata w wysokości wielokrotności zainwestowanej sumy. Absolutnie nie jestem w stanie zapłacić takiej sumy pieniędzy. Jest ona dla mnie niewyobrażalna. Mam bardzo niskie dochody i pięć osób na utrzymaniu".

W odpowiedzi pracownik Saxo Banku odpisuje mu m.in. że w regulaminie jest mowa o tym, iż strata może w znacznym stopniu przekroczyć wpłacone środki. I dalej, że "w przypadku błędnego wykonania zlecenia, Saxo Bank zastrzega sobie prawo skasowania zlecenia bądź zmiany ceny wykonania".

W mailu pojawia się jeszcze inne ważne zdanie: "W związku z tym, iż klienci nie mieli wystarczających środków na pokrycie depozytu, postanowiliśmy zamykać transakcje po cenach obserwowanych, ale nie rynkowych, dlatego też pierwsze ceny wykonania nie odzwierciedlają cen rynkowych".

Mijają dwa miesiące. Pod koniec marca klienci Saxo Banku dostają listy ze znanej warszawskiej kancelarii prawnej. A w nich przedsądowe wezwania do zapłaty wskazanych sum na rzecz Saxo Banku. Jan K. na ponad 950 tysięcy złotych, jego żona na ponad milion złotych.

Jan K.: - To jest ten moment, w którym człowiek ma myśli samobójcze. Całe życie pracujesz, dorabiasz się, a tu okazuje się, że nagle ktoś z niezrozumiałych powodów chce ci zabrać wszystko, a i tak zostaniesz z długami. Po co dalej żyć, pracować...

Skąd bank wziął ceny do ponownych rozliczeń?

Saxo Bank to globalna instytucja finansowa z siedzibą w Danii. Jej oddział jest również w Polsce. Z mediami bank dość aktywnie kontaktuje się za pośrednictwem agencji public relations, głównie wysyłając komentarze rynkowe. Jest również znany ze swoich corocznych, czarnych prognoz dla rynku.

Jednak w opisywanej sprawie - również za pośrednictwem agencji PR - przedstawiciele banku odmówili money.pl rozmowy.

W dokumentach dostępnych na stronie banku możemy znaleźć informację, że instytucja oszacowała swoje maksymalne straty w związku z wydarzeniami z 15 stycznia 2015 roku na równowartość ponad 100 milionów dolarów. Jak tłumaczą nam przedstawiciele firm foreksowych, straty brokerów brały się stąd, że powstałe na rachunkach klientów debety trzeba było spłacić np. wobec innych banków inwestycyjnych.

Chcieliśmy dowiedzieć się, w jaki sposób bank wyliczył nowe ceny, po których ponownie zostały zawarte transakcje. Z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika, że przy drugim podejściu bank podzielił okres pomiędzy godziną 10:30:00 a 10:52:56 na trzy fazy i dla każdej z nich przyjął określony kurs euro do franka. Miało to odzwierciedlać sytuację rynkową.

Z maila pracownika Saxo Banku do klienta: "Wybraliśmy metodologię, która pozwoliła potraktować wszystkich klientów równo zamiast selektywnego umieszczania cen wykonania".

Jan K. - Nie pojmuję tego. Kto to widział, żeby cofnąć wykonane zlecenia, a potem jeszcze "uśrednić" cenę w sytuacji, gdy kurs pary walutowej na foreksie zmienia się bez przerwy - mówi.

Nagana dla Saxo Banku od duńskiego nadzorcy

Nie czekając, aż bank zacznie dochodzić spłaty debetów przed sądem, niektórzy polscy klienci sami postanowili pójść do sądu i domagać się tego, by przywrócono im stan rachunków po pierwszej, ale sprzed drugiej transakcji (czyli tej, która już przyniosła straty). - Ze stratą po pierwszym rozliczeniu absolutnie się nie sprzeczam. Ale nie do pomyślenia jest to, że bank ponownie wykonał transakcje i chce wpędzić nas w długi - zaznacza Jan K.

Bank odpowiedział na pozew jednego z klientów. W obszernym dokumencie znajdujemy informację o tym, że pierwsza transakcja z klientem została zamknięta. Bank twierdzi, że później jednak nie mógł zawierać transakcji z tzw. dostawcami płynności (a więc z innymi bankami inwestycyjnymi) po cenach udostępnionych klientowi. Ceny zostały więc uznane za błędne, a transakcje ponownie rozliczone.

Jan K.: - Tylko nie rozumiem, dlaczego ja mam odpowiadać za to, że bank miał problem z późniejszym rozliczeniem transakcji. Dodaje, że wcześniej bank wyraźnie reklamował się gwarancjami płynności dla klientów.

Jak ustaliliśmy, sprawę badała Duńska Komisja Nadzoru Finansowego, ponieważ zaczęły do niej płynąć skargi od klientów. W jej raporcie czytamy, że Komisja udziela Saxo Bankowi nagany za to, że na swojej stronie internetowej podał on niewystarczające informacje dotyczące ograniczeń w płynności na rynku. Bank został również upomniany za zwłokę w udzielaniu informacji "o znaczących trudnościach w wykonywaniu zleceń klientów" 15 stycznia 2015 roku. Sprawę dotyczącą zmian ceny transakcyjnej Komisja pozostawiła jednak do rozstrzygnięcia sądom.

Duńska Komisja Nadzoru Finansowego w odpowiedzi na pytania money.pl poinformowała, że po udzieleniu nagany nie podejmowała dalszych kroków w sprawie Saxo Banku.

"Problemy zostały już załatwione przez bank lub nie są już istotne. Dlatego też nie było bezpośredniego powodu do podjęcia dalszych kroków wobec banku w sprawach, które zostały opisane w raporcie" - informuje money.pl Carsten Stege Rasmussen z Duńskiej Komisji Nadzoru Finansowego.

Skutecznie wyleczył się z foreksu

Jan K. obecnie liczy na to, że uda mu się przekonać sąd do tego, że sprawa powinna toczyć się w Polsce, a nie w Danii. Wszak rodzima Komisja Nadzoru Finansowego w 2012 roku napisała w oświadczeniu, że oczekuje od Saxo Banku "zapewnienia, aby wszelkie powództwa cywilnoprawne dotyczące zawartych umów poddawane były rozstrzygnięciom sądów polskich na takich samych warunkach, jak powództwa dotyczące umów zawieranych przez banki krajowe".

Jan K. przyznaje, że od roku boi się włączyć komputer, by uruchomić jakąkolwiek platformę transakcyjną. Skutecznie wyleczył się z foreksu. - Na samą myśl, że miałbym tam ulokować jakieś pieniądze, żołądek podchodzi mi do gardła - mówi.

Byli brokerzy, którzy zniechęcali do gry na franku

Sprawa 15 stycznia 2015 roku pokazała, jak różną politykę wobec własnych klientów potrafią stosować firmy brokerskie i banki oferujące grę na foreksie. Dla wielu z nich gwałtowny wzrost kursu franka oznaczał straty. Sporo firm na świecie zdecydowało się jednak umorzyć debety powstałe na rachunkach klientów. Tak np. zrobiła firma FXCM. W Polsce na taki krok zdecydował się np. DM XTB.

Część firm brokerskich ostrzegała też klientów przed tym, co może wydarzyć się na franku i wręcz zniechęcała ich do gry na parach walutowych powiązanych ze szwajcarską walutą. Tak zrobił np. działający w Polsce brytyjski broker Admiral Markets. W październiku 2014 roku firma aż czterokrotnie zwiększyła wymaganą wartość minimalnych depozytów od klientów, którzy chcieli grać na franku. "Zmiana ta ma na celu zminimalizować ryzyko związane ze zmianą trendów monetarnych i politycznych w Unii Europejskiej" - informował klientów broker.

Jak się później okazało, to uchroniło przed kłopotami zarówno graczy, jak i samą firmę.

Na rynkach zagranicznych sytuacja z frankiem z 15 stycznia spowodowała, że niektórzy brokerzy, którzy ponieśli duże straty, zniknęli z rynku. Tak było m.in. w przypadku firm Boston Prime oraz BT Prime. Jak donosił portal "Finance Magnates", w e-mailu do swoich klientów jako powód swojej niewypłacalności firma podała to, że niektórzy klienci odmówili spłaty debetów powstałych w wyniku zamieszania na rynku z 15 stycznia.

Inwestorzy, którzy chcą grać na rynku forex, powinni pamiętać o tym, że jest to rynek niezwykle ryzykowny. KNF podaje, że ponad 80 procent osób obecnych na tym rynku ponosi straty. Jeszcze większy problem pojawia się jednak wtedy, gdy klienci muszą bronić się przed tym, by nie wpaść w długi.

Jan K. miał prawo uważać, że stop-loss zadziała

Rafał Wojciechowski, dyrektor Działu Prawa Rynku Kapitałowego z kancelarii prawnej Sadkowski&Wspólnicy:

Problematyka poniesienia znaczących strat przez osoby fizyczne w związku z ryzykiem dźwigni finansowej lub ryzykiem kursu walutowego stała się w ostatnich miesiącach istotnym tematem w dyskusji o stanie rynku kapitałowego.

Klienci oskarżają domy maklerskie lub banki o nieprawidłowości w polityce informacyjnej, zaś instytucje bronią się postanowieniami umów i regulaminów. Jak bowiem jest możliwe, że ktoś stracił kilkaset tysięcy złotych inwestując kilkanaście?

Tak bowiem działa rynek instrumentów pochodnych - multiplikuje ryzyko, nęcąc potencjalnymi zyskami. Ale z taką szansą wiąże się również ciemna strona - wysoka stopa zwrotu jest skorelowana ze znacznym ryzykiem.

Z prawnego punktu widzenia każdy z przypadków będzie rozpatrywany ad casum i weryfikowany z punktu widzenia zgodności działania instytucji finansowej z regulacjami rynkowymi, przepisami konsumenckimi albo starannością w wyborze tzw. dostawców płynności.

W niniejszej sprawie Saxo Bank przyjmuje najbardziej logiczną strategię obrony, czyli wskazywanie na należytą staranność w wyborze partnera oraz nadzwyczajne okoliczności. FSA (Duńska Komisja Nadzoru Finansowego) stwierdziła, że co do istoty Saxo Bank postąpił poprawnie w tej niecodziennej sytuacji w obliczu braku płynności na rynku. Pamiętajmy też, że sam musiał niezwłocznie pokryć straty wynikające z rozliczonych transakcji, a teraz domaga się jedynie zwrotu poniesionej szkody.

Z drugiej jednak strony sytuacja, która się zdarzyła w dniu 15 stycznia 2015 roku, była nieprzewidywalna dla przeciętnego inwestora, stąd też profesjonalne instytucje powinny posiadać wdrożone mechanizmy ochrony swoich klientów (ale i tym samym siebie) przed negatywnymi konsekwencjami "chwilowych kryzysów". Jan K. miał pełne prawo uważać, że stop-loss lub stop-out zadziała prawidłowo i transakcja zostanie zamknięta niezwłocznie po przekroczeniu określonych parametrów zlecenia.

Tak się nie stało. Należy więc zważyć, że wiele domów maklerskich unikało drobiazgowej potyczki prawnej dotyczącej poszukiwania wad regulaminów, które dość łatwo odnaleźć w dobie nieprecyzyjnych i skomplikowanych przepisów o niejasnej wykładni. Przystępowały do rozmów z klientami o spłacie zadłużenia lub umarzały jego część - brały więc część ryzyka, ale i odpowiedzialności na siebie.

Nie ma więc jednego standardu, jaki można przyłożyć do wszystkich poszkodowanych na foreksie. Na pewno jednak, nauczeni doświadczeniem, powinniśmy edukować społeczeństwo, nie zaś straszyć potężnymi korporacjami i złymi bankierami. Tylko wtedy unikniemy sporów, na których nie zyskuje nikt, a traci cały rynek kapitałowy.

Wojciech Chabasiewicz, specjalista w zakresie prawa rynku kapitałowego z kancelarii CK-Legal, autor bloga prawainwestora.pl:

Sytuacja klientów nie jest tragiczna. Opisane klauzule regulaminu są bardzo ogólne i opieranie na nich twierdzenia, że bank może dowolnie modyfikować transakcje, jest karkołomne. Jedna strona umowy nie może mieć dowolnej możliwości kształtowania jej treści w odniesieniu do tak kluczowego parametru, jak cena wykonania. Szczególnie w umowach na rynku finansowym i to wobec klientów indywidualnych.

Klauzule wprost przewidujące taki mechanizm były w Polsce uznane za nieważne (np. spready walutowe). W tym przypadku nie mamy nawet takiej wątpliwej klauzuli, tylko bardzo ogólny zapis. Moim zdaniem to za mało by modyfikować treść umowy i anulować transakcje.

Tu dochodzi jeszcze wątpliwy argument z brakiem płynności po stronie banku. Przywołanie czegoś takiego wprost prowadzi do wniosku, że całe ryzyko i koszty sytuacji mają w ten sposób zostać przerzucone na klienta. I to jeszcze na podstawie arbitralnej decyzji banku, czyli jednej strony umowy. Dodatkowo mamy do czynienia z wyjątkową sytuacją (czarny czwartek) i zupełnie odmiennym postępowaniem innych brokerów (praktyka rynkowa dla takiej sytuacji).

Tagi: rynek forex, giełda, wiadomości, waluty, gospodarka, pieniądze, najważniejsze, gospodarka polska, giełda na żywo, banki
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz