Kulisy nominacji do zarządu NBP. Tusk podpisał. Co teraz zrobi Nawrocki?

Widmo paraliżu w NBP przesądziło o decyzji premiera. Donald Tusk kontrasygnował nominacje do zarządu banku centralnego, choć część jego obozu obawiała się, że zostanie to odebrane jako gest wobec prezesa Adama Glapińskiego, którego KO chce stawiać przed Trybunałem Stanu. Nie ma pewności, co zrobi prezydent, choć nasi rozmówcy sądzą, że do podpisu jest niedaleko.

Karol Nawrocki i Donald TuskKarol Nawrocki i Donald Tusk
Źródło zdjęć: © Getty Images | Michael Nagle • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Grzegorz OsieckiTomasz Żółciak

Przed wtorkowym posiedzeniem rządu premier ogłosił, że kontrasygnował wniosek o nominację do zarządu NBP. Skład nominacji jest taki jak wiosną, gdy kontrasygnaty odmówił: Marta Kightley jako pierwszy zastępca prezesa, Przemysław Litwiniuk jako wiceprezes oraz Ludwik Kotecki i Marcin Zarzecki jako członkowie zarządu. Marta Kightley to obecnie doradca prezesa, a pozostali trzej nominaci to członkowie RPP, dwaj pierwsi wskazani przez Senat, a trzeci przez prezydenta.

Teraz pytanie, czy podpis złoży Karol Nawrocki. Z jednej strony sam niedawno wysłał pismo do Donalda Tuska w tej sprawie, z drugiej nie wiadomo, jak na całą sprawę wpłynie polityczna burza wokół Trybunału Konstytucyjnego.


WIDEO
Inflacja skoczyła, wrócił strach. Ekspert uspokaja. "Polacy wierzą"

O co chodzi w dealu

Deadline na nominacje mija w środę, bo wówczas kadencję kończy Adam Lipiński, wiceprezes NBP. Wówczas zarząd będzie liczył pięciu członków oprócz prezesa, podczas gdy ustawa wymaga, żeby było ich od sześciu do ośmiu. Problem polegał na tym, że porozumienie musi być zawarte w trójkącie: Adam Glapiński, Karol Nawrocki, Donald Tusk, bowiem to prezes NBP proponuje kandydatury, premier je kontrasygnuje, a powołania dokonuje prezydent. Każda ze stron ma własne interesy, nie mówiąc już o politycznym napięciu między Tuskiem a Glapińskim, którego KO chce stawiać przed Trybunałem Stanu Nawrockim, między prezydentem a premierem, którzy są w stanie politycznej wojny.

O stanie napięcia i wzajemnej nieufności świadczyły wydarzenia wokół nominacji w ostatnich kilku tygodniach.

Po pierwsze, pismo, jakie trafiło do KPRM, było jednym wnioskiem z czterema nazwiskami, a nie czterema wnioskami na każdego kandydata osobno. Jak tłumaczyli rozmówcy z Pałacu, chodziło o to, żeby premier nie kontrasygnował tylko części kandydatów, np. Koteckiego i Litwiniuka.

Co miałby zrobić prezydent wtedy, zaczynać negocjacje od nowa? – zauważa rozmówca z Pałacu Prezydenckiego.

Ale podobne obawy były po stronie KPRM, bo przecież kontrasygnata premiera nie gwarantowała ostatecznie podpisu prezydenta pod wszystkimi kandydaturami, gdyby wnioski były osobne.

Jeśli są wszystkie nazwiska na jednym piśmie, to nie można ich traktować wybiórczo, bo kontrasygnatę czy podpis składa się pod dokumentem jako całością – tłumaczy rozmówca z kancelarii premiera.

Jak wynika z informacji money.pl, niemal na ostatniej prostej przed wysłaniem wniosków Adam Glapiński chciał podmienić kandydaturę Marty Kightley na inną swoją bliską współpracowniczkę, Kamilę Sukiennik, która jest szefową Departamentu Generalnego.

Tak jak Kightley była prawą ręką w zarządzie, tak Sukiennik jest jego prawą ręką w strukturze banku. Tyle że próba wrzucenia tej kandydatury została przyjęta zarówno z niedowierzaniem, jak i przerażeniem. Bo nasi rozmówcy zorientowani w sprawach NBP uważają, że w przeciwieństwie do Kightley, Sukiennik nie ma dostatecznych kompetencji do tego, żeby znaleźć się w zarządzie. Co więcej, część naszych rozmówców uważała, że w takim przypadku Tusk nie złożyłby podpisu pod wnioskami. – Na pewno to byłoby proszenie się o potężną awanturę – mówi rozmówca z obozu rządowego. Ale ostatecznie pomysł nie został zrealizowany, a Pałac wysłał do Donalda Tuska wniosek w opisanej powyżej formie, taki, jaki przyszedł do kancelarii prezydenta z NBP jeszcze w sierpniu.

Co przesądziło?

Z naszych informacji wynika, że nie było pewności, jaką decyzję podejmie premier. Polityczny spór z prezydentem i starania formacji Tuska o postawienie Glapińskiego przed Trybunałem Stanu były argumentem za tym, by dokumentu nie podpisywać. Chodziło o to, że w momencie politycznej wojny część wyborców KO będzie miała problem z gestem, który będzie formą współdziałania z prezydentem czy może być odebrany jako gest wobec prezesa banku centralnego. Stąd pojawiły się rozważania o scenariuszach zapasowych, takich jak wprowadzenie do banku kuratora, gdyby zarząd utracił ustawowy skład. Z drugiej strony było słychać, że bank szykuje się na taki wariant. Nasi rozmówcy spodziewali się, że w takim przypadku prezes Glapiński pojawi się na posiedzeniu zarządu z opiniami prawników, z których będzie wynikało, że to rodzaj stanu wyższej konieczności, więc zarząd musi działać w aktualnym składzie. Była więc groźba przeciągania liny, plus nawet scenariusz z kuratorem nie gwarantował zmian.

Przecież jak do sędziego zgłosi się prezes NBP i powie, że to nie z jego winy nie ma pełnego składu zarządu i chce być kuratorem, to co zrobi sędzia? – pyta jeden z naszych koalicyjnych rozmówców.

Ale w ostatnim czasie argumenty zeszły na dalszy plan, ponieważ coraz silniej zaczęły się przebijać te dotyczące niechęci do generowania kryzysu w kolejnej instytucji, tak krytycznie ważnej dla bezpieczeństwa ekonomicznego państwa. Co by się stało, gdyby wydarzyły się jakieś gospodarcze turbulencje, a zarząd nie byłby w stanie reagować? Do kontrasygnaty namawiał premiera minister finansów i gospodarki Andrzej Domański. I wydaje się, że to widmo paraliżu zarządu było tym, co ostatecznie przesądziło o decyzji premiera.

Lepiej nie otwierać kolejnego frontu i nie mnożyć ryzyk – mówi rozmówca zorientowany w finansach publicznych.

Inny rozmówca związany z Pałacem uważa, że to był też element budowania przez premiera autorytetu Domańskiego, którego awansuje na wicepremiera.

Dodatkowo pojawiły się sugestie, że w tle dealu może być kwestia zysku NBP za ten rok. W tym przypadku istotne jest zarówno to, by zarząd działał, jak i to, co zrobi prezes NBP. Ostatecznie zysk zależy po pierwsze od kursu złotego na koniec roku, bo pojawia się wtedy, gdy wartość rezerw rośnie w porównaniu z poprzednim rokiem, a to będzie wiadome na początku roku i zależy głównie od kursu waluty. Po drugie, prezes może wygenerować także zysk, sprzedając złoto. Wreszcie, jeśli zysk pojawi się z któregoś z tych dwóch źródeł, to ostateczną decyzję podejmuje Rada Polityki Pieniężnej, której przewodniczy Glapiński. To ona w kwietniu decyduje, ile z zysku banku trafi do budżetu, a ile na rezerwy banku. Na pewno dodatkowe pieniądze w budżecie w obecnej sytuacji to dla ministra finansów prawie manna z nieba, choć z drugiej strony w roku wyborczym może to zwiększyć presję jego kolegów z rządu na hojność budżetu dla wyborców.

Czy prezydent podpisze?

Zagadką jest, co zrobi prezydent. Dotychczasowe postępowanie kancelarii Karola Nawrockiego, wysłanie wniosku do kontrasygnaty premiera świadczą, że z podpisem nie powinno być problemu. Ale z drugiej strony wniosek został wysłany, zanim doszło do konfrontacji w sprawie TK. – Mimo wszystko, skoro prezydent wysłał wniosek, to miał to przekalkulowane i pewnie podpisze -mówi rozmówca związany z obozem prezydenckim.

Konsekwencją podpisu będzie nie tylko uzupełniony skład zarządu, ale także konieczność uzupełnienia wakatów w Radzie Polityki Pieniężnej. Jak wynika z kolejności, to w pierwszym rzucie w zarządzie znajdą się Ludwik Kotecki, Marta Kightley i Przemysław Litwiniuk, zapełnią dotychczasowe wakaty, natomiast Marcin Zarzecki dołączy od początku stycznia, bo wtedy kończy się kadencja Marty Gajęckiej, po której ma objąć funkcję. Ale takie rozdanie oznacza, że pojawią się wakaty w Radzie Polityki Pieniężnej. Dwa w Senacie i, jeśli nic się nie zmieni, to jednego kandydata wskaże KO, a drugiego ludowcy. Także Karol Nawrocki będzie mógł wskazać swojego przedstawiciela w RPP.

Wybrane dla Ciebie