W piątek komisja przyjmie sprawozdanie z prowadzonych prac. Jej przewodniczący Zdzisław Gawlik z KO trzyma karty przy orderach i nie chce powiedzieć, jaka będzie jego rekomendacja dla komisji. Zgodnie z Regulaminem Sejmu po zakończeniu prac komisja przedstawia Sejmowi sprawozdanie wraz z wnioskiem o podjęcie uchwały o pociągnięciu do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu bądź o umorzenie postępowania.
Ale, jak słyszymy od innych rozmówców, rekomendacja dla Sejmu, żeby postawić Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, jest przesądzona.
– Spodziewam się, że Komisja pozytywnie rekomenduje wniosek o postawienie prezesa Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu – mówi nam członek komisji Ryszard Petru.
Podobnie mówi kolejny poseł należący do tego gremium, choć przyznaje jednocześnie, że finalnie zebrany przeciwko Glapińskiemu materiał może się potem nie obronić przed Trybunałem Stanu. – Sprawa była bardziej ewidentna i "utwardzona" w przypadku byłego szefa KRRiT Macieja Świrskiego. Tam były dokumenty, wydawane przez niego decyzje itd., gdzie zakazywał wypłacania pieniędzy mediom publicznym. Tu momentami jest trochę "miękko", ale zobaczymy – przyznaje.
Janusz Cichoń, przewodniczący sejmowej komisji finansów, a jednocześnie przedstawiciel wnioskodawców, spodziewa się, że komisja zgodzi się z nimi.
– Nie jestem członkiem komisji, ale biorąc pod uwagę postawione zarzuty, mam nadzieję, że komisja je pozytywnie zweryfikowała i efektem jej prac będzie wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu prezesa Glapińskiego – mówi Cichoń.
Po tym, jak komisja podejmie decyzję, wniosek trafi do marszałka Sejmu. Zgodnie z ustawą o Trybunale Stanu, Sejm może podjąć decyzję w tej sprawie najwcześniej trzy tygodnie po przyjęciu sprawozdania przez komisję. Wyznaczenie terminu może być początkiem kolejnej burzy.
Prawny galimatias
Oczywiście finalną decyzję o postawieniu szefa NBP przed Trybunałem Stanu podejmie Sejm w głosowaniu. Zgodnie z ustawą o TS, potrzebna do tego jest bezwzględna większość, więc nie powinno to być wyzwaniem dla koalicji rządzącej. Można się jednak spodziewać potężnego sporu, bowiem w sprawie Adama Glapińskiego w 2024 r. orzekał Trybunał Konstytucyjny.
Przede wszystkim TK podważył, że bezwzględna większość jest zbyt niska i wskazał, że powinna to być większość 3/5, co znacznie utrudniłoby koalicji przegłosowanie wniosku (wymagałoby bowiem poparcia części opozycji). TK zakwestionował też zasadę automatycznego zawieszenia prezesa NBP na skutek samego przegłosowania przez Sejm wniosku o postawienie go przed Trybunałem Stanu.
Co więcej, w ujednoliconym tekście ustawy, który można znaleźć na stronie internetowej Sejmu, widnieją odesłania do tego wyroku z adnotacją, że odpowiednie przepisy dotyczące prezesa banku centralnego, większości potrzebnej do postawienia go w stan oskarżenia i skutków, jakie to wywołuje, czyli zawieszenia, utraciły moc.
"Zdanie drugie (art. 11 pkt 1) utraciło moc z dniem 26 stycznia 2024 r., w zakresie, w jakim umożliwia zawieszenie w czynnościach Prezesa Narodowego Banku Polskiego wskutek podjęcia przez Sejm, bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, uchwały o pociągnięciu Prezesa Narodowego Banku Polskiego do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu, na podstawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 11 stycznia 2024 r., sygn. akt K 23/23 (Dz. U. poz. 95)" – czytamy w przypisie do ustawy.
Szykuje się burza o większość
Chodzi o wyrok, który został wydany w składzie: Julia Przyłębska (przewodnicząca), Krystyna Pawłowicz (sprawozdawczyni), Bartłomiej Sochański, Bogdan Święczkowski, Rafał Wojciechowski – a więc bez tak zwanych dublerów – i został opublikowany w Dzienniku Ustaw.
Sędziowie nie ograniczyli się jedynie do uchylenia przepisów, a wskazali, że większość potrzebna do odwołania prezesa NBP powinna być taka sama jak w przypadku członka Rady Ministrów i wynosi trzy piąte ustawowej liczby posłów, co oznacza bardzo duże podniesienie progu większości. O ile zgodnie z ustawą potrzeba zebrać co najmniej 231 głosów, to w przypadku większości wskazanej przez TK w uzasadnieniu jest to co najmniej 276 posłów, co oznacza, że obecnej koalicji brakuje do tego ponad trzydziestu szabel.
– Tylko że Trybunał nie ma prawa wskazywać norm. Orzeka o niekonstytucyjności przepisów, ale nie może tworzyć nowych w uzasadnieniu – zauważa jeden z naszych rozmówców związany z obozem rządzącym i zorientowany w tej kwestii.
I jego zdaniem w praktyce to oznacza, że większość potrzebna do postawienia odwołania prezesa może być mniejsza.
– Uchwały Sejm podejmuje zwykłą większością głosów, chyba że przepisy stanowią inaczej. A skoro przepis o bezwzględnej większości w odniesieniu do prezesa NBP został uznany za niezgodny z konstytucją, to wystarczy większość zwykła. Ten wyrok w praktyce zmniejszył ochronę prezesa – zauważa rozmówca.
To wróży sporą burzę w kontekście samego głosowania. Bo to nie jest interpretacja, z którą zgodzą się wszyscy, na pewno nie prawa strona sejmowej sali.
– Nawet jeśli Trybunał nie może kreować norm, to intencją TK, gdy wydawał ten wyrok, było zwiększenie poziomu ochrony prezesa banku centralnego, a nie jego zmniejszenie. Chodziło o to, że większość rządowa nie mogła de facto decydować o zawieszeniu prezesa NBP. Dlatego Sejm powinien zmienić ustawę i wprowadzić większość kwalifikowaną – podkreśla poseł Rozwoju Plus Krzysztof Szczucki.
Pytanie, co się stanie, jeśli Sejm podejmie decyzję i czy opozycja nie będzie szukała dróg do podważania tej decyzji. Zdaniem Szczuckiego głos w tej sprawie może mieć prezes Trybunału Stanu, czyli I Prezes Sądu Najwyższego Zbigniew Kapiński, który może przesądzić, czy wniosek spełnia wymogi formalne, czyli czy większość była dostateczna.
Jakie są zarzuty wobec prezesa NBP?
We wniosku o postawienie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu znalazło się osiem zarzutów. Pierwszy i drugi dotyczą tego, że w latach 2020-2021 miał wraz z rządem, PFR i BGK uczestniczyć w skupie obligacji, który pośrednio sfinansował deficyt kwotą co najmniej 144 mld zł, i to bez upoważnienia RPP.
Zarzut trzeci dotyczy interwencji walutowych bez dostatecznego upoważnienia zarządu NBP, częściowo osłabiających złotego.
Zarzuty dotyczą też obniżki stóp procentowych w związku z kampanią oraz utrudniania członkom RPP i zarządu dostępu do dokumentów.
Wnioskodawcy punktują też to, że w sierpniu 2023 r. zapowiedział ministrowi finansów 6 mld zł wpłaty z zysku, choć prognozowano stratę co najmniej 17 mld zł. Na celowniku jest również to, że wprowadził sobie cztery automatyczne nagrody kwartalne oraz naruszenie zasady apolityczności przez angażowanie się w kampanię PiS i zatrudnianie działaczy tej partii w NBP.
Pikanterii całej sprawie dodaje jeszcze jeden fakt – że komisja finalizuje prace tuż przed ryzykiem pojawienia się w listopadzie kolejnego wakatu w zarządzie NBP (wskutek odejścia Adama Lipińskiego), co spowoduje, że jego liczebność będzie poniżej ustawowego minimum.
Glapińskiemu zależy na uzupełnieniu składu, ale wymaga to porozumienia z prezydentem i premierem, a choć było do tego blisko, to od miesięcy w tej sprawie trwa klincz.
Dlatego ewentualne sejmowe przyspieszenie w sprawie postawienia szefa NBP przed Trybunałem Stanu może być odbierane jako próba wywarcia na nim politycznej presji przez koalicję rządzącą. Choć nie wszyscy tę wersję kupują.
– Nie łączyłbym tych spraw. Co najwyżej jest to nieintencjonalna koincydencja czasowa. Już mniej więcej w lipcu było wiadomo, że komisja będzie kończyć swoje prace jakoś w październiku – przekonuje rozmówca zbliżony do NBP.