- W listopadzie dobiegnie końca kadencja wiceprezesa NBP Adama Lipińskiego. Liczba członków zarządu banku spadnie wtedy z wymaganych minimum sześciu do pięciu. – Trudno mi sobie wyobrazić, jak będzie wtedy działać NBP – mówi Ludwik Kotecki.
- Członek Rady Polityki Pieniężnej był na początku roku jednym z kandydatów do zarządu Narodowego Banku Polskiego. Porozumienie w tej sprawie nie doszło ostatecznie do skutku. – Nigdy nie byłem częścią żadnego "dealu" – zapewnia w rozmowie z money.pl.
- Zarząd NBP to najważniejszy organ decyzyjny banku centralnego.
Zgodnie z ustawą o Narodowym Banku Polskim zarząd tej instytucji powinien się składać z co najmniej sześciu osób. Dokładnie tylu członków ma obecne kierownictwo NBP.
Sytuacja zmieni się na początku listopada tego roku. Wygaśnie wtedy 6-letnia kadencja wiceprezesa Adama Lipińskiego. Jeśli do tego czasu prezes NBP, w porozumieniu z premierem i prezydentem, nie uzupełni składu zarządu, najważniejszy organ decyzyjny NBP przestanie spełniać ustawowe warunki i nie będzie mógł wykonywać obowiązków.
Problem niepełnej obsady zarządu miał zostać rozwiązany w pierwszej połowie tego roku. Prezes Adam Glapiński na przełomie lutego i marca skierował do prezydenta Karola Nawrockiego wnioski o powołanie do władz banku byłej wiceprezes NBP Marty Kightley oraz trzech obecnych członków Rady Polityki Pieniężnej: Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego.
DLA CIEBIEPrzetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4
Dokumenty w tej sprawie wymagały kontrasygnaty, czyli zgody premiera Donalda Tuska. Tej jednak zabrakło. Wnioski o powołanie wspomnianych osób do zarządu wróciły do Narodowego Banku Polskiego bez podpisu z Kancelarii Premiera.
Działo się to zaraz po tym jak szef NBP wspólnie z prezydentem przedstawili publicznie inicjatywę "SAFE 0 proc.", która miała być przeciwwagą dla unijnego mechanizmu SAFE, dotyczącego niskooprocentowanych pożyczek na wydatki zbrojeniowe.
O liście kandydatów, którzy mieli wejść w skład władz banku, opinia publiczna dowiedziała się dopiero w połowie maja. Poruszyliśmy ten temat w rozmowie z Ludwikiem Koteckim, członkiem RPP.
"Paraliż NBP nikomu nie jest potrzebny"
Tomasz Setta, money.pl: Na początku listopada dobiegnie końca kadencja wiceprezesa NBP Adama Lipińskiego. Tym samym liczba członków zarządu banku centralnego spadnie poniżej ustawowych wymogów. Czeka nas paraliż tej instytucji?
Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej: Mam nadzieję, że do paraliżu NBP nie dojdzie, choć nie jest ta nadzieja oparta na żadnych konkretnych przesłankach. Na rozwiązanie tego problemu mamy wciąż około półtora miesiąca. To wymaga jednak porozumienia trzech stron, czyli prezesa Narodowego Banku Polskiego, prezydenta i premiera. A warto przypomnieć, że obok prezesa NBP i Rady Polityki Pieniężnej to właśnie zarząd jest najważniejszym organem banku, pod kątem liczby ustawowych kompetencji.
Dokumenty dotyczące projekcji inflacyjnych NBP, przed ich przekazaniem do RPP, muszą zatwierdzić właśnie członkowie zarządu Narodowego Banku Polskiego. Trudno mi sobie wyobrazić, jak by to miało działać bez uzupełnienia składu zarządu do ustawowego minimum. Ale to nie jest największy problem.
Zarząd kieruje działalnością banku. Ustawa o NBP jest tutaj bezlitosna: w skład zarządu NBP wchodzą prezes NBP, jako przewodniczący, oraz 6–8 członków, w tym dwóch wiceprezesów. Z pięciu osób, które tam pozostaną, nie da się zrobić sześciu. Dodatkowym problemem byłyby całkowite wakaty na stanowiskach wiceprezesów.
Sprawa zarządu miała zostać rozwiązana na początku tego roku. Media pisały wówczas o politycznym "dealu", zgodnie z którym do władz NBP miało trafić trzech obecnych członków RPP, w tym pan. Porozumienie nie doszło ostatecznie do skutku.
Zacznę od tego, że nie byłem częścią żadnego "dealu". Przy czym to wszystko działo się na przełomie lutego i marca. Mamy wrzesień i jesteśmy dziś w zupełnie innym miejscu. A problem jest aktualny.
Toczą się obecnie jakieś rozmowy na ten temat? Bierze pan w nich udział?
Nie mam pojęcia. Nie uczestniczę w takich rozmowach. To poza kompetencjami członka RPP.
Wniosek o powołanie pana do zarządu NBP był gotowy na przełomie lutego i marca. Opinia publiczna dowiedziała się o tym z oficjalnych źródeł dopiero w połowie maja. W międzyczasie pan, ale też pozostali członkowie RPP, wskazani do zarządu, brali czynny udział w głosowaniach nad wysokością stóp procentowych. Zastanawiam się, jak pogodzić ten fakt z tym, że członkowie Rady powinni być co do zasady niezależni.
Kiedy mówimy, że jacyś ludzie lub instytucje "powinni być co do zasady niezależni", oznacza to, że główną regułą jest ich całkowita niezależność, ale dopuszcza się od niej pewne wyjątkowe sytuacje. Nie mogę się z takim sformułowaniem zgodzić.
Główną, nienaruszalną regułą jest całkowita niezależność członków RPP od rządu, partii politycznych i instytucji komercyjnych, aby mogli bez nacisków dbać o utrzymanie stabilnego poziomu cen i wartość polskiego złotego.
Bycie stroną jakiegoś "dealu" byłoby oczywiście niezgodne z mandatem członka RPP i absolutnie nieakceptowalne. Formalnie to prezes NBP jest wnioskującym o powołanie członków zarządu, którym zresztą kieruje. Członków zarządu NBP powołuje i odwołuje prezydent RP na wniosek prezesa NBP, ale potrzebuje do tego kontrasygnaty premiera.
A jednak pańskie nazwisko przewija się w tej historii.
"Przewijało", bardziej odpowiedni jest tutaj chyba czas przeszły. Po drugie, powiedział pan, że cała historia trwała kilka miesięcy. W rzeczywistości było to o wiele krócej. Kiedy światło dzienne ujrzał tzw. SAFE zero, a był to początek marca tego roku, wtedy było już wiadomo, że do uzupełnienia zarządu w marcu nie dojdzie.
Wracając jednak do meritum, mam nadzieję, że zarząd zostanie uzupełniony. Paraliż NBP nie jest nikomu do niczego potrzebny. Instytucja, jaką jest bank centralny, powinna działać bez zakłóceń. Jego użyteczności przeciętny Kowalski może na co dzień nie dostrzegać, ale żyjemy w czasach, w których lepiej nie testować paraliżu banku centralnego.