WAŻNE
TERAZ

Dyrektor Pałacu w Wilanowie zdymisjonowany

Jedz polskie, odpoczywaj w Polsce – prosta recepta na zdrowe życie i zdrową gospodarkę

Współczesny człowiek coraz częściej próbuje desperacko powracać do utraconej natury. Poza holistycznymi kursami przytulania się do drzew, istnieją na to znacznie łatwiejsze sposoby. Jak wybierać produkty spożywcze i jak wypoczywać, aby wspierać swoje zdrowie a jednocześnie rodzimą gospodarkę, opowiada Edyta Młynarczyk, Prezes Zarządu ATH.

Źródło zdjęć: © materiały partnera

Jak łączyć miłość do przyrody z biznesem?

Zawsze uważałam, że biznes rodzi się bardzo naturalnie. To jest moja filozofia: że jeśli robi się coś typowo dla biznesu, dla pieniędzy, to on nigdy nie wyjdzie. Dlatego wszystko co robię, robię z pasji, żeby mieć z tego jak najwięcej radości. I żeby tę radość dawać innym. Dzięki temu wokół mnie gromadzą się ludzie, których ta radość zaraża. Z nich tworzy się team a z teamu – biznes.

Obejrzyj podcast - kliknij poniżej!

Patriotyzm na talerzu | Edyta Młynarczyk | ATH

A jak dokładnie wyglądało to u Ciebie?

Początki biznesu wzięły się z mojej miłości do podróżowania. Albo jeszcze wcześniej: z miłości do języka niemieckiego. Podróżowanie było drugą miłością. Z fascynacji j. niemieckim zrodziła się nasza spółka-matka, Agro-TransHandel. Bo zaczęło się od podróżowania po świecie, zdobywania kontaktów i patrzenia, co możemy wspólnie zrobić. Można powiedzieć, że przez przypadek znalazłam się w branży rolnej – bo z wykształcenia jestem germanistką. Ludzie, których spotykałam, przekazali mi wiedzę o zarządzaniu gospodarstwem. Ale tym triggerem był j. niemiecki. W 2004 roku, kiedy wchodziliśmy do UE, pracowałam w agencji celnej, zajmowałam się odprawami. Pojawiły się wówczas firmy niemieckie, które chciały zakładać agrobiznesy w Polsce. A że znałam biegle język i lubiłam wyzwania – tak zresztą jest do dziś – to zatrudniła mnie jedna z takich firm.

Co ciekawego jest w branży agro dla kobiety?

Poza tym, że może używać języka niemieckiego, który kocha i może zwiedzać świat, co też kocha? Przede wszystkim wyzwania, bo to była kiedyś branża typowo męska. Dziś to już się zmienia. Agrobiznes to nie tylko rolnictwo, ale też transport. Trzeba wiedzieć, czym i jak karmić zwierzęta, ale też jak je ładować, przewozić, a czasami wymienić koło czy akumulator. To było dla mnie jako kobiety wyzwanie – aby się tego wszystkiego nauczyć i być w tym profesjonalną.

Czym zajmuje się ATH?

Obecnie nie jest to już jedna firma, ale cztery spółki i jedna JDG. Wiodącą usługą jest import materiału hodowlanego – warchlaków, które wozimy do hodowców – kiedyś z Niemiec, dziś już w 100% z Danii, z uwagi na lepszy materiał genetyczny tamtejszych zwierząt. Pozostałe firmy prowadzą działalność komplementarną. Efektem jest np. schabowy, który może trafić na polski talerz.

Jakie są największe wyzwania tej branży?

Największym z bieżących wyzwań jest zapowiadany Mercosur. Jest to bardzo niepokojący kierunek, który może prowadzić do zaniku rodzimej produkcji żywności, co stanowi ogromne zagrożenie. Zawsze uważałam, że bezpieczeństwo żywnościowe kraju jest ważniejsze od armii. Dlatego, że jeśli dojdzie do sytuacji drastycznych, to każdy z nas weźmie karabin na ramię. Ale jeśli nie będziemy mieli nic do jedzenia, to już nie będziemy mieli siły, aby ten karabin podnieść. Z tego powodu uważam za złe wszystkie działania, które nie wspierają rodzimej produkcji żywności. Zwróćmy też uwagę, kto jest najbardziej zagrożony – wieś sobie poradzi, bo umie produkować. Miasto nie, bo nie ma na to kompetencji ani zasobów. Od wielu lat w polityce obserwujemy brak pomysłu na wsparcie dla rolnictwa. Jakieś rozwiązania się pojawiają tylko wówczas, gdy dochodzi do masowych strajków rolników – ale są to zawsze doraźne działania, bez długofalowego, skutecznego planu. Szczególnie dokuczliwa potrafi być biurokracja – rolnik, zamiast zająć się produkcją, siedzi w biurze i wypełnia stosy dokumentów. Do tego dochodzą jeszcze ceny dumpingowe, stosowane przez pewne markety. Pozbawieni skutecznej i przemyślanej ochrony ze strony państwa, musimy działać w dużej mierze spontanicznie.

Czy świadomy konsument może w jakimś stopniu wesprzeć polskich rolników?

Tak – i jest to bardzo proste. Wystarczy przy zakupach czytać etykiety i wybierać to, co lokalne. A jeśli już nie lokalne, to przynajmniej polskie. W ten sposób wspieramy nie tylko narodowe bezpieczeństwo żywnościowe, ale też własne zdrowie. Oczywiście nie chodzi o zrzucanie całej odpowiedzialności na konsumentów – to normalne, że człowiek spoza branży nie ma świadomości pewnych mechanizmów i nawet nie wie, ile jedzenia, które trafia na jego talerz, pochodzi z zagranicy. Narodowe podejście do żywienia jest już bardzo popularne w krajach starej UE. Ich obywateli można uznawać za spożywczych patriotów. Oni w pierwszej kolejności nie patrzą na cenę, ale na to, skąd pochodzi dany produkt. W Polsce takie podejście ciągle jest nowe. Być może dalej jesteśmy zachłyśnięci Zachodem i możliwością ściągnięcia ze sklepowej półki czegoś pochodzącego z daleka. Tymczasem np. we Francji to naturalne, że sery czy wędlinę kupujemy od sąsiada, jemy lokalnie. Najwyższy czas wyzbyć się tego kompleksu niższości rodem z PRL. Młodsze pokolenia są wolne od wspomnień pustych półek i mają potencjał do tego, by być bardziej świadomymi konsumentami. Oczywiście rozumiem, że w pełni odpowiedzialne społecznie, codzienne zakupy, są technicznie trudne do wykonania. Musielibyśmy chodzić regularnie na targ warzywny, rybny, mięsny, a potem jeszcze do szewca czy po szyte na miejscu ubrania. Ale przecież nawet w markecie możemy po prostu wybierać to, co polskie. Warto też zgłębić ten temat nieco bardziej i sprawdzić, które z tradycyjnych, polskich marek, zostały już przejęte przez globalne koncerny. Takich nie wspierajmy, bo niedługo zostaniemy tylko tanią siłą roboczą. Korzystajmy też z różnych możliwości technologicznych. W większości miast działają rolnicy, którzy w określone dni dowożą zamówione produkty wprost do domów. Możemy także zamówić paczkę chłodniczą z lokalnymi produktami i mieć pewność nie tylko pochodzenia, ale też jakości i smaku.

Walory smakowe żywności są ważnym aspektem decyzji zakupowej. Czy i w tej kategorii polska żywność wygrywa?

Tak, tutaj też. Jeśli chodzi o żywność, to wszystko co jedzie do nas z daleka, musi być jakoś zabezpieczone. Mięso z Hiszpanii ma do pokonania 3,5 tys. kilometrów. Taki transport trwa co najmniej 4 dni. Potem trzeba jeszcze dostarczyć produkt do marketów. A tymczasem mięso zachowuje najwyższe walory smakowe do 7 dni od daty uboju. Więc musimy mieć świadomość, że podróżujące z daleka mięso po prostu nie jest już świeże. Można zrobić prosty test: upiec dwa schaby – jeden polski, świeży, a drugi zagraniczny, który wiele czasu spędził w lodówkach. Różnica będzie natychmiast wyczuwalna.

A co mogą zrobić sami producenci żywności, aby zachęcić nas do zakupów?

Myślę, że już niewiele. Zaryzykuję stwierdzenie, że zrobili już prawie wszystko. Jeśli mamy polskie rodzinne gospodarstwo, które jest prowadzone od lat, z dziada pradziada, rozwija się, dostosowuje do wymogów, które są narzucane – tych środowiskowych czy zdrowotnych, np. żeby używać mniej antybiotyków czy mniej nawozów sztucznych – to tu już chyba zrobiliśmy wystarczająco wiele. Najbardziej palącym problemem w takich gospodarstwach jest obecnie kwestia sukcesji – młodzi ludzie chcą iść na 8 godzin do pracy, wrócić i mieć spokój, pewność – a nie siedzieć w polu przez cały dzień a nocami wypełniać dokumenty, i to przy tak kiepskich marżach oraz ogólnej niepewności agrobiznesu.

Jednak część z tych młodych decyduje się pozostać. Co nimi kieruje?

Myślę, że to zamiłowanie do tego zawodu. Jedni lubią być lekarzami, jedni lubią być prawnikami, a jedni odnajdują się na polu czy w hodowli zwierząt, sprawia im to radość. Idą za tym pewne predyspozycje. W Polsce ważna jest także miłość do ziemi. Wielu moich partnerów biznesowych posługuje się tym terminem: zamiłowanie do ziemi, na której gospodarzył ojciec, dziad, pradziad.

Miłość do przyrody to trzon jeszcze jednego Twojego biznesu.

Tak. Uwielbiam przebywać w naturze, w różnych postaciach. Prywatnie jestem pasjonatką caravaningu. Od 15 lat już z mężem i z dziećmi podróżujemy kamperem. Obecnie starszy syn robi to już sam. Prawdę powiedziawszy, nie wyobrażamy sobie innego urlopu, niż ten kamperowy, w którym nic nas nie ogranicza. I z tej pasji – znów przypadkiem – zrodził się kolejny biznes. Albo może nadal się rodzi, bo temat jest bardzo świeży. Chodzi o Resort Camp Lusówko, gdzie chcemy zarażać naszą miłością do natury. Jesteśmy po pierwszym sezonie. Uważam, że zarówno wypoczynek, jak i praca w naturalnym otoczeniu, mają zupełnie inny wymiar. Ja uwielbiam pracować w takim klimacie: zdalna praca na kamperowisku, z szybkim łączem internetowym. Siadam na tarasie, widzę jezioro, wschód słońca, zachód słońca. Jest to poniekąd wytchnienie od ATH – choć oczywiście i przy prowadzeniu kamperowiska wyzwań nie brakuje.

Dlaczego właśnie Lusówko?

Bo tam była piękna działka, w pierwszej linii brzegowej jeziora. Wspaniałe miejsce, żeby wykorzystać wszystkie zalety natury. Znajduje się na uboczu, na skraju wsi – a więc jeszcze blisko cywilizacji, nie w dzikim lesie. Z uwagi na bliskość mamy wielu klientów z Poznania, sporo także z Warszawy. Przyjeżdżają do nas, żeby naprawdę odpocząć: pójść na spacer, pojeździć rowerem, zrobić sobie trekking dookoła jeziora, popływać sprzętami wodnymi. Albo po prostu się położyć na trawie i poopalać. Mieszkać można natomiast w przyczepach, w kamperach, w namiotach, ale mamy też 13 domków. Każdy może więc spędzać czas tak, jak lubi. Różne metraże pozwalają na wypad we dwoje albo większą grupą. Zapraszamy także rodziny z dziećmi. Resort Camp Lusówko to 3 hektary zagrodzonego terenu. Można spokojnie wypuścić dziecko, które jest tam bezpieczne i się nie nudzi: jest mały park linowy, jest plac zabaw. W tej chwili projektujemy baseny. A rodzic może w tym czasie usiąść z kawą i książką, odpocząć. Albo biegać razem z dzieckiem.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Nowak – StadlerMedia.pl

Zainteresował Cię ten temat? Wysłuchaj całej rozmowy z Edytą Młynarczyk.

Materiał sponsorowany przez StadlerMedia.pl
Źródło artykułu: Materiał Partnera
Wybrane dla Ciebie
Wyłączono komentarze
Jako redakcja Wirtualnej Polski doceniamy zaangażowanie naszych czytelników w komentarzach. Jednak niektóre tematy wywołują komentarze wykraczające poza granice kulturalnej dyskusji. Dbając o jej jakość, zdecydowaliśmy się wyłączyć sekcję komentarzy pod tym artykułem.
Redakcja serwisu Money.pl