"Sprzedałem mieszkanie, by włożyć pieniądze w firmę". Przejął szwalnię giganta

Jan Spekter to polska marka spodni założona przez Daniela Kurowskiego. Po zamknięciu fabryki Levi Strauss w Płocku przedsiębiorca przejął część zakładu, zatrudnił ponad 50 osób z dawnej załogi i chce zbudować ogólnokrajową markę szyjącą w Polsce.

Łukasz Kijek
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

"Biznes Klasa" to program dostępny na money.pl i w serwisie YouTube. Szef redakcji Łukasz Kijek prowadzi w nim rozmowy z obecnymi i byłymi szefami największych firm, a także z ludźmi z otoczenia biznesu - o ich życiu, biznesie, zarobkach i wielu innych. Gościem najnowszego odcinka był Daniel Kurowski, założyciel marki Jan Spekter.

Polak przejął fabrykę Levis'a

Daniel Kurowski mówi, że nie ma czasu budować firmy przez następne 40 lat. Dlatego, gdy dowiedział się o zamykanej fabryce Levi Strauss w Płocku, pojechał na spotkanie z pracownikami. Po spotkaniu podszedł do prezydenta miasta i powiedział, że działa w niszy spodniowej oraz chce porozmawiać o potencjalnym zatrudnieniu części ludzi.

Dziś Jan Spekter działa w miejscu, z którego globalny gracz wycofał się po 33 latach. Kurowski nie ukrywa, że była to dla niego szansa biznesowa, a nie wyłącznie gest ratowania miejsc pracy. - To też nie jest tak, że ja tam pojechałem, żeby ich wszystkich uratować, bo ja w tym miałem też od początku biznes - mówi.

Z dawnej załogi zakładu pracuje u niego ponad 50 osób. Jak opowiada, udało się zatrudnić specjalistów: trenerów, organizatorów produkcji, mechaników, technologów i szwaczki. Wspomina, że dla części pracowników rozmowa o pracę była drugą taką rozmową w życiu, pierwsza odbyła się po szkole, ponad 30 lat wcześniej.

- Dla mnie to była megaokazja. Co miałem w głowie, to na pewno ogromna szansa dla siebie, dla tych ludzi, dla naszej branży - mówi Kurowski.

Polska marka chce podbić rynek

Firma obsługuje dziś również zewnętrzne marki, bo skala zakładu wymaga dużego obłożenia. Kurowski mówi, że szwalnia musi produkować ok. 15-20 tys. sztuk miesięcznie, czyli ok. 200 tys. par rocznie. Jednocześnie największe nadzieje wiąże z własną marką.

- Skupiamy się też na naszej marce. Tam liczymy, że ta marżowość i możliwości rozwojowe będą największe. To B2B jednak tego nam nie daje. I tak, chcemy stworzyć z Jana Spektera ogólnokrajową, rozpoznawalną markę - podkreśla.

Na razie spodnie marki Jan Spekter są dostępne w ponad 150 punktach partnerskich w kraju. Kurowski mówi, że marka sprzedaje w ten sposób wiele tysięcy sztuk miesięcznie, choć nie ma jeszcze punktu m.in. w Warszawie. W jego ocenie możliwości rozwoju tej sieci są duże. - Potencjał jest przeogromny. Możemy to podwoić i potroić spokojnie, i to w ciągu roku, dwóch - mówi.

Sprzedał mieszkanie, by zainwestować w firmę

Historia Jana Spektera zaczęła się jednak wcześniej. Kurowski otworzył firmę 7 stycznia 2020 r., po narodzinach syna. Wcześniej był handlowcem w firmie odzieżowej. Jak wspomina, zaczął szukać własnej drogi, bo w pracy często brakowało mu towaru, który sprzedawał klientom. Znalazł więc niszę: marki, które miały swoje kolekcje, ale nie miały własnej produkcji.

Tak trafił m.in. do środowiska hip-hopowego. Opowiada, że produkował dla marek związanych z raperami i streetwearem, a później przejął pierwszą szwalnię w Nowym Mieście nad Pilicą, która przez 32 lata szyła spodnie. Właściciele chcieli odejść na emeryturę, ale obawiali się o pracowników.

Decyzja o rozwoju firmy oznaczała dla niego ogromne ryzyko. Przyznaje, że bał się momentu, w którym rodziło mu się dziecko, a on odchodził z pracy i inwestował wszystko w biznes. Na pytanie, ile własnych pieniędzy włożył w firmę, odpowiada krótko: wszystko. W rozmowie wskazuje, że jego wspólnik Tomek zainwestował 1,5 mln zł, a on sam - ok. 1,5-2 mln zł. Dodaje też, że dwa miesiące wcześniej sprzedał z żoną mieszkanie, żeby włożyć pieniądze w firmę. - Całe swoje życie. Ponad 20 lat pracy jest zainwestowane w tę firmę - mówi.

Co jest najważniejsze w prowadzeniu firmy?

Najtrudniejszą lekcją okazał się cash flow. Po przejęciu fabryki w Płocku miał być klient, który deklarował 50 proc. obłożenia produkcji. Po uszyciu 100 sztuk miał się jednak wycofać. - Ja to wszystko przejąłem, a on po 100 sztukach powiedział, że teraz to on nie chce - mówi Kurowski.

Jak dodaje, wtedy stracił płynność. Był grudzień, styczeń i luty, czyli miesiące, w których praktycznie nikt nie produkuje, a sprzedaż jest słabsza. Gotowy towar trafiał na magazyn, ale koszty stałe, wypłaty, opłaty i podatki trzeba było regulować.

- Dla mnie wypłaty są najważniejsze. Po zabezpieczeniu wypłat zabezpieczam środki na podatki. Dopiero na spłatę i tak co miesiąc - mówi.

Czy Polska może mieć znów silne szwalnie?

Kurowski przekonuje, że produkcja w Polsce może mieć sens nie tylko z powodów emocjonalnych, ale też biznesowych. Wspomina Zgierz i zakłady, w których pracowały jego babcia i mama. Mówi o fabrykach, po których pozostały zniszczone budynki albo gruzowiska. - Wiem, jak to się kończy, wiem, że to jest niebezpieczne dla lokalnej społeczności, dla naszego społeczeństwa, tak że tu jest bardziej ta romantyczna strona. Strona biznesowa jest taka, że cały czas można zarobić na ciuchach, produkując w Polsce - mówi.

Jego zdaniem przewagą polskiej produkcji jest jakość, kontrola i krótszy czas realizacji. Produkcja w Azji oznacza transport morski liczony w miesiącach. W Polsce można szybciej testować mniejsze serie, sprawdzać, które modele się sprzedają i powtarzać je w sezonie.

Kurowski porównuje przejęcie części zakładu po Levi Strauss do przejęcia fabryki Mercedesa z know-how, maszynami i ludźmi.

- Tylko zmieniliśmy znaczek na Jan Specter i możemy mieć, mamy w tym momencie takiego Mercedesa z naszym polskim znaczkiem - mówi.

Nie ukrywa, że produkcja w Polsce jest droższa niż w Chinach, ale jego zdaniem różnica nominalnie nie musi przesądzać o decyzji. Podaje przykład produktu szytego w Chinach za 10, 12 lub 15 dolarów. W Polsce taki produkt może kosztować o ok. 10 dolarów więcej. - My jesteśmy w stanie na pewno takie produkty już robić wysokiej jakości w Polsce z certyfikowanych, sprawdzonych tkanin, nici, w bardzo dobrych warunkach - mówi.

Jednocześnie przyznaje, że europejskie marki często mówią o lokalnej produkcji, ekologii i skracaniu łańcuchów dostaw, ale za deklaracjami nie zawsze idą zamówienia. - I chyba za te kilka dolarów trochę się jako Polacy, Europejczycy niestety czasami sprzedajemy - ocenia.

Jan Spekter zaczynał od mężczyzn, bo - jak tłumaczy Kurowski - to bardziej przewidywalna grupa. Mężczyźni są bardziej konserwatywni zakupowo, bardziej lojalni i częściej wracają po ten sam model.

- Jak przychodził facet, to przychodził ubrany w spodnie i prosił o dwie sztuki takich samych, które kupił rok temu w tym punkcie. On nawet nie musi ich mierzyć, żeby to było to samo - mówi.

Firma szyje też produkty damskie, które mają pojawić się na stronie marki. Kurowski zaznacza jednak, że damska odzież jest trudniejsza z powodu większej liczby sylwetek i fasonów.

W 2024 r. spółka miała 4 mln zł przychodów, choć Kurowski zastrzega, że nie pokazuje to pełnej skali, bo część sprzedaży była wcześniej na jednoosobowej działalności. Na 2025 r. planuje 12 mln zł przychodów i uważa ten cel za realny. Mówi też, że przy obecnym modelu EBITDA może wynosić dwadzieścia kilka procent, ale przy sprzedaży całej produkcji w detalu firma mogłaby osiągnąć ok. 70 mln zł rocznego przychodu: - Na razie największym marzeniem jest pełne obłożenie szwalni z wyprzedzeniem na trzy miesiące i większy udział własnej marki w sprzedaży.

Kurowski mówi, że firma wypuszcza też kolekcję dzianinową: koszulki, bluzy i dresy. A gdy pada pytanie, gdzie jest sufit, odpowiada, że według niego "przy firmie odzieżowej nie ma sufitu".

W poprzednich odcinkach "Biznes Klasy" Łukasz Kijek rozmawiał z:

Wybrane dla Ciebie