Ci z nas, którzy mają małe lub większe problemy finansowe i skarżą się na problemy ze spięciem domowego budżetu, często otrzymują "złotą radę" w postaci frazesu: no to zmień pracę! I chociaż faktycznie mamy obecnie do czynienia z tzw. rynkiem pracownika, bo w wielu sektorach ich brakuje, to zrealizowanie tej rady w praktyce okazuje się dużo trudniejsze. Pomijając bowiem dość rzadkie przypadki, kiedy zmieniany pracę lub awansujemy, co wiąże się ze znaczną i bezdyskusyjną podwyżką, często jest to sytuacja z serii "wymienił stryjek siekierkę na kijek". Okazuje się bowiem, że w nowej pracy, owszem, zarobimy trochę więcej, ale różnicę wydamy na dalsze dojazdy albo opiekunkę do dziecka, która wcześniej nie była potrzebna, a godziny pracy w nowym miejscu będą tego wymagać. Problemem może być też fakt, że wdrożenie się na nowym stanowisku zajmie kilka miesięcy, podczas których nie będziemy mogli liczyć np. na premie, albo konsumować będzie tyle naszego czasu, że nie będziemy mieli czasu na dodatkowe zlecenia, sprzątanie czy gotowanie w domu, co generować będzie inne koszty, o których nie pomyśleliśmy. Bezpieczniej jest więc na początek poszukać możliwości dorobienia sobie i maksymalnego wykorzystania czasu, który mamy. Szybko okaże się, że poświęcając codziennie 3 lub 4 godziny czasu wolnego na pracę dorywczą, dołożymy do domowego budżetu naprawdę odczuwalną kwotę. Dodatkowo warto rozejrzeć się, czy w naszym gospodarstwie domowym nie zalegają rzeczy, których nie lubimy,lub z których już nie korzystamy, a które mogą okazać się źródłem dochodu. Nieczytane od wielu lat książki, obrazy, nienoszone ubrania, poprzednie telefony albo designerskie gadżety dekoracyjne - wszystkie te rzeczy można sprzedać np.przez internet. To, co wydaje się nam niepotrzebne, jest na pewno poszukiwane przez kogoś komu bardzo się przyda.