Postępowanie dotyczy naruszenia art. 9 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów oraz art. 102 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – obu przepisów, które zakazują nadużywania pozycji dominującej.
UOKiK wskazał dwa konkretne zarzuty:
- po pierwsze, narzucanie wydawcom publikacji prasowych nieuczciwych warunków udzielania prawa do korzystania z ich publikacji,
- po drugie – utrudnianie im prowadzenia negocjacji dotyczących wynagrodzenia za korzystanie z tych publikacji.
Działania wszczęto przeciwko czterem podmiotom: Alphabet Inc. z siedzibą w Wilmington (Stany Zjednoczone), Google LLC – również z siedzibą w Wilmington, Google Ireland Limited z siedzibą w Dublinie oraz Google Poland sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie.
UOKiK: działali w stanie asymetrii
Zdaniem urzędu Google – przed skierowaniem sprawy do mediacji UKE – prowadził z wydawcami negocjacje w sposób nieuczciwy, bo nie przekazywał im informacji oraz dokumentacji, które miały istotne znaczenie dla określenia wysokości wynagrodzenia, pomimo ciążącego na nim obowiązku wynikającego z prawa autorskiego.
Wydawcy prasy podczas tych negocjacji działali w stanie asymetrii informacji wobec Google, który jako jedyny dysponował pełnymi danymi mającymi istotne znaczenie dla określenia wynagrodzenia – tj. informacjami, w jaki sposób oraz w jakich usługach Google korzysta z publikacji prasowych wydawców, a także z jakich źródeł i w jakiej wysokości czerpie przychody z tytułu korzystania z tych publikacji prasowych – ocenia UOKiK w komunikacie.
Jak dodaje urząd, Google "przekazywał wydawcom informacje w sposób wybiórczy, a zaproponowane przez Google wynagrodzenie było nieweryfikowalne dla wydawców". W efekcie – jak wskazuje UOKiK – koncern pozbawił wydawców możliwości zweryfikowania składanych przez siebie propozycji wynagrodzenia, a także sformułowania przez wydawców prasy własnej, opartej na tych danych propozycji.
UOKiK kontra Google. Negocjacje z wydawcami
Takie prowadzenie negocjacji przez dominanta może być nieuczciwe i stanowić nadużywanie pozycji dominującej – podkreśla UOKiK.
Zastrzega wyraźnie, że ocenia zachowanie Google wyłącznie w toku negocjacji z wydawcami – czyli przed skierowaniem sprawy na drogę mediacji w UKE. Urząd nie ocenia również wysokości wynagrodzenia zaproponowanego przez Google.
Postępowanie jest dopiero wszczęte, a opisane zarzuty mają charakter podejrzeń – nie przesądzają jeszcze o winie koncernu.
Przypomnijmy, że według wyliczeń firmy doradczej Fehr Advice & Partners, wykonanych na zlecenie Związku Pracodawców Wydawców Cyfrowych, wartość przychodów z wyszukiwarki Google, które powstają z udziałem treści dziennikarskich z Polski, to ok. 862 mln zł. 577 mln euro (2,4 mld zł) – tyle wynoszą przychody z rynku wyszukiwarek w Polsce.
Jak podkreślono w specjalnym raporcie, nie cała ta kwota wędruje do Google, ale jej znacząco większa część – tak. Gigant bowiem, według firmy doradczej Fehr Advice & Partners, zgarnia 91,14 proc. tych przychodów, czyli 525 mln euro (2,2 mld zł).
Jak podkreślali autorzy raportu w trakcie konferencji, Google nie dzieli się tymi pieniędzmi z nikim na polskim rynku.
Walka polskich mediów z Google
Przypomnijmy, że w 2024 r. polskie media walczyły z amerykańskim gigantem o ustawę o prawie autorskim. Wydawcy apelowali, by uwzględniono w niej ich postulaty dotyczące wprowadzenia mechanizmów pozwalających na uzyskanie wynagrodzenia od Google za korzystanie z treści rodzimych mediów. Z początku rządzący ignorowali ten problem.
Chodziło o to, by media miały możliwość ubiegania się o wynagrodzenia za korzystanie z ich treści, a proces był jasno określony w prawie. Jak przekonywał wtedy Związek Pracodawców Wydawców Cyfrowych, chodziło nawet o kilkaset milionów złotych rocznie.
Nowelizację ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wraz z poprawkami Sejm uchwalił pod koniec czerwca. Zgodnie z nią dziennikarze i wydawcy mają prawo ubiegać się o wynagrodzenie za treści wykorzystane przez big techy. W ocenie środowiska była to jednak zmiana tylko teoretyczna, bo ustawa nie wprowadzała mechanizmów, z których wydawcy mogliby skorzystać w staraniach o rekompensaty z tego tytułu.
W reakcji na odrzucenie postulatów zgłaszanych w trakcie prac nad nowelizacją w Sejmie media przeprowadziły 4 lipca akcję protestacyjną pod hasłem "Politycy! Nie zabijajcie polskich mediów", która miała zwrócić uwagę rządzących na niekorzystną dla wydawców tytułów internetowych i drukowanych nowelizację ustawy o prawie autorskim.
Senat i Sejm ostatecznie przyjęły poprawki wprowadzające mechanizmy, o które apelowały polskie media. Najważniejsza z nich zakłada, że mediatorem w ewentualnych sporach między wydawcami a platformami internetowymi ma być Urząd Komunikacji Elektronicznej.
W pierwszej kolejności zakłada się jednak polubowne ustalenie wynagrodzenia w drodze negocjacji, a następnie dopiero mediację przeprowadzoną przez prezesa UKE. Ten ma ingerować dopiero, gdy nastąpi "bezskuteczne" przeprowadzenie mediacji przez obie strony. Wydawcy będą mogli uczestniczyć w postępowaniu samodzielnie lub w grupie kilku wydawców w ramach jednego postępowania. Dodatkowo zostały wyznaczone terminy dla każdej czynności prowadzonej przez strony, jak i przez UKE.
Wydawcom i usługodawcom zapewniono też prawo do wniesienia sprzeciwu do sądu powszechnego specjalizującego się w sprawach własności intelektualnej. Sądy mają orzekać w skróconych terminach – 18 miesięcy w przypadku pierwszej instancji i 12 miesięcy w przypadku drugiej instancji.
Nowelizacja prawa autorskiego to efekt unijnej dyrektywy
Nowelizacja była wynikiem konieczności dostosowania polskiego prawa do unijnej dyrektywy DSM. Polska była wówczas ostatnim krajem Unii Europejskiej, który nie wprowadził dwóch unijnych dyrektyw dotyczących prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym. Przepisy były przestarzałe i nie obejmowały np. regulacji dotyczących platform streamingowych.
Dwie dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE, które mają zostać wdrożone do prawa krajowego, zostały przyjęte 17 kwietnia 2019 r. Pierwsza, zwana dyrektywą SATCAB II, ma stworzyć warunki umożliwiające szersze rozpowszechnianie w państwach członkowskich programów telewizyjnych i radiowych pochodzących z innych państw członkowskich.
Druga zaś, zwana dyrektywą DSM, była unijną odpowiedzią na wyzwania związane z rozwojem technologii cyfrowych w obszarze prawa autorskiego. Przepisy wprowadzają m.in. nowe formy dozwolonego użytku utworów, przedmiotów praw pokrewnych i baz danych (eksploracja tekstów i danych, zwielokrotnianie dla zachowania zbiorów dziedzictwa kulturowego) oraz znacznie modyfikują formy już istniejące w unijnym prawie (korzystanie z utworów na potrzeby edukacji zdalnej). "Dyrektywa ta wprowadza także nowe zasady dotyczące wynagradzania twórców i wykonawców, mające zapewnić, aby należne im wynagrodzenie było godziwe" – zapisano w projekcie.